Bananowa ośmiornica

Próżno szukać w naszych środkach masowego przekazu relacji z sądu federalnego w Miami. A przecież to agencja Associated Press podaje, że toczy się tam pięć procesów i to nie o przysłowiową pietruszkę, ale o to, kto jest wspólnikiem zamordowania w Kolumbii pięciu misjonarzy.

Misjonarze
nie należeli do kościoła rzymsko-katolickiego, ale reprezentowali protestancki New Tribes Mission. NTM ma swoją siedzibę na Florydzie i jest jedną z największych grup misyjnych w Ameryce Łacińskiej.  Zrzesza 3,2 tys. misjonarzy działających w 17 krajach świata. Zajmuje się przede wszystkim krzewieniem chrześcijaństwa wśród indiańskich plemion. W latach 90. misjonarze działali w kolumbijskiej głuszy. Tam zostali porwani przez Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii (FARC) i po długim czasie spędzonym w niewoli zostali zamordowani.
Teraz rodziny amerykańskich misjonarzy wytoczyły proces korporacji Chiquita, gdyż ich zdaniem przyczyniła się ona do ich śmierci. Dostarczała bowiem FARC znaczne ilości pieniędzy, broni i innych towarów, które podtrzymywały terrorystyczną działalność rebeliantów.

Rzecznik Chiquity oświadczył, że zarówno FARC, jak i Zjednoczona Samoobrona Kolumbii (AUC) – prawicowa bojówka powołana do walki z FARC, która przekształciła się z czasem w organizację przestępczą – pobierały od korporacji haracz, w zamian za bezpieczeństwo jej pracowników. I dlatego korporacja musiała się zachowywać tak, a nie inaczej. Rzecz jednak w tym, że akurat ta korporacja nie po raz pierwszy staje przed amerykańskim sądem oskarżona o wspieranie organizacji terrorystycznych.

W wielu państwach Ameryki Łacińskiej
samo mówienie o tej amerykańskiej firmie wywołuje strach. Chociaż miała już wiele nazw, tam zawsze określa się ją w ten sam sposób – „el pulpo”, ośmiornica. To dlatego, że od lat jej macki oplatają cały kontynent. Są to macki tak silne, że potrafią zmiażdżyć każdą przeszkodę. Często to zresztą robią. Jej historię i metody działania skrupulatnie opisał Joel Bakan, profesor prawa z kanadyjskiego Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej, między innymi w książce „The Corporation” .

W 1899 roku
powstała United Fruit Company. Błyskawicznie odniosła finansowy sukces i zdobyła wpływy w całej Ameryce Łacińskiej. Stworzyła tam ogromne plantacje owoców, a w wielu krajach zmonopolizowała także przemysł kolejowy oraz usługi pocztowe i telegraficzne. Przez długi czas UFC była największym pracodawcą w świecie latynoskim. Zaś państwa, w których firma działała, określano mianem „bananowych republik”. Dzięki swoim wpływom zmuszała rządy do utrzymywania bardzo niskiej płacy minimalnej, a praca na plantacjach była katorgą. Do krajów, w których były uprawiane banany, wracało zaledwie kilkanaście centów z każdego dolara zarobionego przez koncern.

Nic więc dziwnego, że w 1928 roku na plantacjach w Kolumbii wybuchły strajki pracowników UFC. Domagali się oni m.in. wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy oraz wolnych niedziel. W protestach brało udział kilkanaście, a według niektórych źródeł nawet 30 tysięcy ludzi. 6 grudnia kolumbijskie wojsko otworzyło ogień do tłumu. Armia twierdziła, że zginęło 47 robotników. W tym czasie jednak amerykański ambasador w Bogocie, po konsultacji z przedstawicielami UFC, informował Departament Stanu o ponad tysiącu ofiar. Cortes Vargas, generał odpowiedzialny za operację, tłumaczył potem, że wydał rozkaz stłumienia strajku siłą, aby ochronić Kolumbię przed zbrojną interwencją USA w obronie interesów UFC.

Przez następne lata
biznes kwitł bez większych zakłóceń. Amerykańska korporacja zapewniała latynoskim dyktatorom przychylne nastawienie Waszyngtonu, za co oni odwdzięczali się ulgami podatkowymi i nie wtrącali się w sprawy firmy. No ale niespodziewanie w Gwatemali został wybrany w demokratycznych wyborach Jacobo Armenz Guzman. W kraju tym UFC była największym właścicielem ziemskim. Koncern użytkował jednak zaledwie kilka procent swoich gruntów, podczas gdy większość gwatemalskich chłopów nie posiadała najmniejszego nawet skrawka pola. Znaczna część społeczeństwa głodowała. W 1953 roku Arbenz rozpoczął więc proces redystrybucji ziemi, konfiskując za rekompensatą część odłogów należących do UFC, które zostały następnie przekazane rolnikom. Stany Zjednoczone uznały, iż jest to niepodważalny dowód na to, że Gwatemala wpadła w kleszcze komunizmu. Przyznały tym samym sobie prawo do „ochrony amerykańskich interesów”. No i rok później Gwatemala miała już nowego przywódcę – Carlosa Castillo Armasa, usłużnego pułkownika, który za pieniądze CIA wynajął armię najemników i obalił prezydenta. Następnie w całym państwie rozpoczęły się krwawe represje na tysiącach rzekomych „agentów Moskwy”.

Do dzisiaj Biały Dom utrzymuje, że to „zagrożenie komunistyczne i względy bezpieczeństwa” były jedynymi motywami obalenia Arbenza. Skargi UFC nie miały wywrzeć żadnego wpływu na tę decyzję. Wiarygodności tej wersji ujmuje kilka specyficznych zbiegów okoliczności. Gwatemalski prezydent zaczął być otwarcie określany przez Waszyngton jako komunista dopiero po tym, gdy zaczął planować konfiskatę ziem bananowego giganta. Funkcję Sekretarza Stanu w tym czasie pełnił John Foster Dulles, który przez wiele lat był prawnikiem tego koncernu, a w 1954 należał do wspólników United Fruit. Na szczycie CIA stał jego brat, Allen Dulles. Oczywiście, po przewrocie Armas zarządził zwrot gruntów UFC, a potencjalni przeciwnicy korporacji zostali zgładzeni. Szacuje się, że w czasie dyktatury Armasa zostało zamordowanych przeszło ćwierć miliona osób.
„Wariant gwatemalski” próbowano powtórzyć na Kubie, kiedy to Fidel Castro, początkowo protegowany USA, dokonał najpierw rewolucji, a następnie ku zaskoczeniu swoich mocodawców rozpoczął w 1959 roku nacjonalizację plantacji trzciny cukrowej należących do UFC. Dwa lata później doszło do zaplanowanej przez CIA inwazji w Zatoce Świń. United Fruit pomogła w ataku na wyspę, wypożyczając dwa statki do transportu żołnierzy, ale na niewiele to się zdało.

W 1989 roku
United Frui Company zmieniła nazwę na Chiquita Brands International, ale nie zmieniła swoich wypróbowanych metod działania. Już w 2004 roku korporacja została oskarżona przez Departament Sprawiedliwości USA o przekazanie 1,7 miliona dolarów znanej z bestialstwa bojówce Zjednoczonych Sił Zbrojnych Kolumbii (AUC). Organizacja ta była od 2001 roku wpisana na listę organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu USA, ale korporacji wcale to nie przeszkadzało.

Podczas trwającego trzy lata procesu korporacja broniła się w sposób wręcz idiotyczny. Jej reprezentanci twierdzili, że władze korporacji nie wiedziały, iż opłacana grupa została umieszczona na „czarnej liście” Departamentu Stanu, choć informacja ta była powtarzana nie tylko w amerykańskich, ale we wszystkich światowych mediach. W końcu prawnicy firmy zaproponowali ugodę: koncern przyzna się do jednego przypadku przekazywania pieniędzy AUC i poniesie karę finansową, ale osobom odpowiedzialnym za cały bałagan nie zostaną postawione żadne zarzuty. Departament Sprawiedliwość przystał na propozycję i zarządził grzywnę w wysokości 25 milionów dolarów. Tym samym Chiquita stała się pierwszą amerykańską firmą, której udowodniono opłacanie organizacji terrorystycznej.
Wyrok ten miał bardzo dużo znaczenie dla Kolumbijczyków. Pokazał on bowiem, że „ośmiornica” nie jest już nietykalna. 

W 2009 roku
do amerykańskiego sądu wpłynął więc kolejny akt oskarżenia. Tym razem krewni 173 osób zamordowanych przez bojówkę na terenach plantacji w Kolumbii oskarżyli Chiquitę o to, że sama zlecała zabijanie konkretnych osób. Miało to zastraszyć innych pracowników i zniechęcić ich do organizowania się w związki zawodowe lub żądania podwyżek.
W grudniu 2009 roku oskarżyciele otrzymali niespodziewany „wsparcie”. Jose Lugo (alias ‘Carlos Tijeras’), jeden z dowódców AUC, został ujęty i ekstradytowany do USA. W czasie przesłuchania przez prokuratora przyznał on, że przedstawiciele bananowego koncernu regularnie kontaktowali się z bojówkarzami i wydawali wyroki na poszczególnych ludzi.
A przed sądem zeznał pod przysięgą:
 – Nazywali ich „problemami”. Wszyscy wiedzieliśmy, że to znaczy, że mamy zabić te osoby. Zazwyczaj byli to liderzy lub członkowie związków oraz osobnicy, którzy chcieli zatrzymać albo odzyskać ziemie przewidziane na plantacje.

Ten proces już trwa, a nowych pięć aktów oskarżenia czeka na wejście na wokandę sądu federalnego w Miami. Korporacja Chuquita nie czeka bezczynnie na ich zakończenie. Już sprzedała swoje kolumbijskie tereny uprawne. Jej prawnicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że płacenie za ochronę to co innego, niż zlecanie zabójstw. Jeśli to drugie zostanie korporacji udowodnione, wysokość odszkodowań i spadek reputacji mogą być dla niej wręcz zabójcze. A jak do tej pory rodziny misjonarzy nie przedstawiły jeszcze wszystkich dowodów, jakimi dysponują.

PS.
Wenezuela prowadzi obecnie prace nad reformą rolną, przyznającą ziemię tubylczej ludności poprzez m.in. uspołecznienie wielkich gospodarstw rolnych. Plan ten krytykują USA i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Amerykański kaznodzieja telewizyjny wręcz wezwał Stany Zjednoczone do zabicia prezydenta Cháveza. W odwecie prezydent Wenezueli Hugo Chávez zapowiedział wydalenie z kraju grupy północnoamerykańskich misjonarzy z chrześcijańskiej organizacji New Tribe Mission. Oskarżył ich o powiązania z CIA, nazwał imperialistami, a ich obecność w Wenezueli określił jako haniebną. Jego zdaniem NTM buduje luksusowe ośrodki misyjne w regionach najbardziej dotkniętych biedą. Decyzję o wydaleniu misjonarzy Chávez ogłosił podczas ceremonii przyznania ziemi i sprzętu rolniczego przedstawicielom indiańskiej społeczności w jednym z odległych regionów kraju.
– Podjąłem nieodwołalną decyzję. Nie chcemy tutaj New Tribe Mission. Dosyć kolonializmu! – powiedział.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*