Bez lęku

Gdyby polscy biskupi zechcieli wyjrzeć ze swoich pałaców i spróbowali zrozumieć współczesny świat – ujrzeliby Amerykę i nieustający w niej triumf wiary; i ujrzeliby puste kościoły w Europie; i ujrzeliby w tym związek przyczynowo-skutkowy.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Wszystko wskazuje na to, że republikański kandydat na prezydenta USA w listopadowych wyborach będzie głosił poglądy będące bardziej na prawo od głoszonych w Polsce przez Radio Maryja. W każdym razie dwaj obecnie główni pretendenci do nominacji, ultrakatolik Rick Santorum, jak i mormon Mitt Romney,  darwinizm odrzucają ze wstrętem, podobnie jak gejostwo, aborcję czy dinozaury. Niechętni są też rozbuchanym prawom obywatelskim, bo najważniejsza jest rodzina, i żeby kobiety posłusznie rodziły dużo posłusznych dzieci.

I trzeba przyjąć do wiadomości, że w najbardziej rozwiniętym i najbogatszym kraju świata zwyciężyć może – jak w XVII-wiecznych Niderlandach – religijny fundamentalizm. Owszem, jakoś przyzwyczailiśmy się, że w Arabii Saudyjskiej – u wielkiego przyjaciela USA – kamienuje się niewierne żony i wsadza do więzienia kobiety, które bez brata czy męża wyjdą do sklepu; przyzwyczailiśmy się, że dotychczas chłodne religijnie kraje północnej Afryki właśnie zakrywają twarze swoim kobietom i uznają za słuszne okaleczanie dziewczynek, aby zawczasu wygnać z ich ciał demona seksu. Przyzwyczailiśmy się, że takie straszne rzeczy dzieją się na peryferiach cywilizacji, no, ostatecznie w Jerozolimie, w której pejsaci ortodoksi wprowadzają segregacje kobiet i mężczyzn w miejskiej komunikacji…

Ale w Ameryce! W kraju, którego konstytucja w sposób oczywisty i jednoznaczny nakazuje rozdzielić sacrum od profanum, czyli państwo od religii – czy to możliwe?

Oczywiście, że możliwe. Więcej – twierdzę, że właśnie dzięki temu kategorycznemu i bezwzględnie pilnowanemu rozdziałowi państwa i religii, religijność Amerykanów święci tak wielkie triumfy. Europa zmęczona stosami, inkwizycją, wojnami religijnymi i wyznaniowym terrorem (zasada „cuius regio, eius religio” – czyj kraj, tego religia – obowiązywała blisko 500 lat!). Amerykanie nie mieli takich doświadczeń – od Jeffersona i Waszyngtona religia była prywatną sprawą obywatela, każdy mógł sobie wierzyć w co tylko chciał, jak chciał.

I przez to właśnie – że wiara jest wyłącznie prywatną sprawą – są Amerykanie najbardziej obecnie religijnym ludem na świecie. Dość powiedzieć, że wiarygodne badania z ostatnich miesięcy wykazały, że ponad 60 procent Amerykanów uznaje tzw. Inteligentny Projekt za równie wiarygodną koncepcję powstania życia i człowieka, jak teoria ewolucji i że ponad 80 procent Amerykanów szczerze w Boga wierzy i praktykuje wiarę, chociaż w tysiącach najróżniejszych kościołów, nieraz najdziwniejszych.

Gdyby polscy biskupi zechcieli wyjrzeć ze swoich pałaców i spróbowali zrozumieć współczesny świat – ujrzeliby Amerykę i nieustający w niej triumf wiary; i ujrzeliby puste kościoły w Europie; i ujrzeliby w tym związek przyczynowo-skutkowy. A związek ten jest taki, że Amerykanie mogą sobie wybrać na prezydenta nawet ichniejszą Annę Sobecką, bo się nie boją, a Europejczycy sobie takiego wyboru nie wyobrażają, bo się boją.
Amerykańcy księża, pastorzy, rabini i inni religijni zbawcy nie chcą od Kongresu, aby dawał im pieniądze na życie i na emerytury, aby wprowadzał religie do szkół, aby dawał im kamienice, pałace, pola i lasy, aby uchwalał prawa pod ich dyktando. Ich królestwo nie z tego jest świata..
I dlatego religijność triumfuje w Ameryce. Bo się nikt nie boi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*