Edukacja

Na językach / autor:jk

 

Najważniejszą rzeczą jest obudzić chęć i zamiłowanie, inaczej fabrykuje się jedynie „osłów objuczonych książkami”, ostrzegał Michał z Montaigne, słynny  renesansowy pisarz i filozof. Jego niechęć do tępego bakalarstwa i mechanicznego wtłaczania w dziecięce głowy sztywnych formułek, bez rozwijania otwartości, wrażliwości, ciekawości świata wpisuje się w chór głosów, jakie przez wieki, i chyba bezskutecznie, szukały idealnego modelu powszechnej edukacji.

Słowa „powszechnej” nie należy, rzecz jasna, traktować dosłownie –  dawniej nie korzystały z niej ani dzieci ludu, ani tym bardziej dziewczynki, bo jeśli w ogóle czegokolwiek je uczono, to raczej dziergania pończoch, by sprostać mogły swej społecznej roli. Ba, jeszcze sto lat temu Józef Dobrowolski na łamach „Głosu Narodu” przekonywał, że przeciętna kobieta „wszechstronnej nauki nie potrzebuje, bo jej umysł niezdolny jest do obejmowania wyższych horyzontów wiedzy”, a znakomity chirurg i szacowny profesor Jagiellonki, Ludwik Rydygier, sprzeciwiał się przyjmowaniu kobiet na medyczne kierunki, twierdząc że„ani siłami ducha, ani ciała do tego nie dorosły”.

Pierwsze szkoły – parafialne, częściej miejskie niż wiejskie – pojawiły się u nas około XIV wieku – wcześniej nauka była domeną klasztorów – i od następnego stulecia liczba ich systematycznie rosła. Samo słowo, obecne zresztą we wszystkich europejskich językach, zostało zapożyczone z łaciny, choć  źródłosłowem właściwym była greka. Greckie ‘schole’ oznaczało‘odpoczynek, czas wolny’, z czasem jednak jego znaczenie ewaluowało: od ‘zajęć podejmowanych w czasie wolnym’, przez ‘zabawianie się dysputą’, po ‘instytucję, która zajmuje się kształceniem’. 

Uczniów nazywano wówczas szkolniakami bądź szkolarzami (to drugie oznaczało też każdego, kto szkołą trąci – nudziarza bez polotu), choć oni sami najczęściej wołali o sobie: pauperes (biedacy).

Ich życie w ogóle do najłatwiejszych nie należało. „Nauczanie było wyłącznie pamięciowe”, pisał Brückner, nazywając szkołę katownią i zaznaczając, że rózgi świszczały nie tylko w sobotę. W osiemnastowiecznym „Opisie obyczajów” Jędrzeja Kitowicza znaleźć można pełne instrumentarium stosowanych wówczas kar, od oślich ław i słomianych koron dla „osła nad osłami” po rzemienne dyscypliny i kańczugi, które spadały na plecy niezbyt pilnych uczniów.

Dziś i czasy są inne, i inne metody wychowawcze, nad czym zresztą niektórzy po cichu boleją, ale pytanie o jakość i efektywność systemowej edukacji pozostaje boleśnie aktualne. Zwłaszcza w polskiej szkole, którą od lat próbuje się reformować – bez specjalnego powodzenia.

Może więc warto powrócić do Montaigne’a, tak napominającego potencjalnych belfrów: „Niech każe uczniowi wszystko w głowie przesiewać przez sito, niech nic w nią nie wkłada jedynie mocą powagi, na wiarę magistra. Raczej trzeba mu przedstawić przed oczy różnorodne mniemania: jeśli będzie mógł, wybierze, jeśli nie, zostanie w wątpliwości. Tylko szaleńcy są pewni i zdecydowani”. 

W 1580 roku musiało to brzmieć zbyt awangardowo. A w 2017? Obawiam się, że też.

 

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 93)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*