Pochwała czytania

Na językach / autor:jk

„Co czytasz, książę? Słowa, słowa, słowa”. Gdy Szekspir pisał tę nieśmiertelną frazę, w Polsce czytelników nazywano jeszcze czytaczami, czytańcami lub czcicielami. Zwłaszcza ta ostatnia forma może dziś budzić zdziwienie. Bo co łączy, powie ktoś, czytanie z czcią? Wbrew pozorom, całkiem sporo – tak samo, jak z ucztą, poczciwością, cnotą czy poczęstunkiem.

Wyrazy te tworzą arcyciekawą i bardzo bogatą znaczeniowo rodzinę. Staropolska cześć  – czyli szacunek, poważanie, uwielbienie –  dała początek przymiotnikowi czestny/czesny/czsny, z czego powstały cny, cnotliwy i cnota oraz  pokrewne: zacny, niecny, bezecny, ale także, na przykład, dobrze nam znane czesne, oznaczające pierwotnie nie opłatę szkolną a sądową, ot, taki podarunek dla sędziego.

Szczególną formą okazywania czci była od najdawniejszych czasów uczta oraz – dużo mniej wystawny – poczęstunek. „W XVI wieku proszono na ‘cześć’, to jest na obiad, stąd znaczenie częstowania”, notuje w swoim słowniku Bruckner. Cześć okazywano, rzecz jasna, osobom jej godnym, czyli – poczciwym. (Z czasem słowo to zmieniło swoje znaczenie i obecnie określa człowieka nie tyle zasługującego na podziw i szacunek, ile dobrodusznego i życzliwego innym; czasem niesie też w sobie nieco lekceważący ładunek (poczciwiec, poczciwina).

Czcić to jednak nie tylko oddawać cześć, poważać, ale także – czytać. W staropolszczyźnie istniało kilka form czasownikowych na określenie składania liter: czcić, obok czyść i czytać, było jednym z nich. (Ślady tej dawnej formy odnajdujemy obecnie w słowie czcionka). A że składanie liter to przecież nic innego jak ich sumowanie – więc czyść/czcić/czytać oznaczało też rachowanie i liczenie. Stąd staropolskie „poczytywać sobie kogoś między przyjacioły”, ale też funkcjonujące do dziś słowo poczytny (to jest: zdobywający licznych czytelników).

Oboczność czytać/czcić otwiera przed nami jednak daleko szersze pole interpretacyjne – wszak nie o składanie liter w czytaniu chodzi, ale o obcowanie z duchem i myślą autora, skupienie, zrozumienie, rozszyfrowanie czegoś, słowem: wejście w krąg osób wtajemniczonych, tych, którzy posiedli mądrość i wiedzę. To oni – wiedzący (i my, w ich grono wciągnięci przez lekturę) zasługują na szacunek, są poważani i czczeni. 

   Takie właśnie, poświadczone zresztą i w innych językach, konotacje towarzyszyły dawniej czytaniu. Niektórzy historycy języka przypuszczają więc, że pierwotnie – to znaczy, hen w mroku pradziejów – wyraz ten mógł być związany z jakimś tajemnym kultem o charakterze religijnym.

    Dzisiaj tych dawnych sensów już nie dostrzegamy, nie odczytujemy. Czytanie, powiedzmy sobie szczerze, przestało być jakąkolwiek sztuką, a za chwilę przestanie po prostu w ogóle być. 19 milionów Polaków nie przeczytało w ostatnim roku ani jednej książki. Ponad 6 milionów nie miało kontaktu z  ż a d n ą  formą tekstu drukowanego. Dramat? Dramat.

Nikt nic nie czy­ta, a jeśli czy­ta, to nic nie ro­zumie, a jeśli na­wet rozumie, to nic nie pamięta”, ironizował niegdyś Lem i jak na wielkiego wizjonera i futurologa przystało, niestety, zdaje się, trafił w samo sedno. 

 

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 99)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*