Sfokusowany? Komprenuję

Na językach / autor:jk

W styczniu kolejne, siódme już dziecko wybudziło się ze śpiączki w warszawskiej klinice Budzik, założonej przez Fundację Akogo Ewy Błaszczyk. Dwie Kamile, Klaudia, Wiktoria, Dawid i Filip. Teraz Amanda. Rodzice mówią o kolejnym cudzie, ale dyrektor kliniki, Andrzej Lach, wyjaśnia tylko skromnie: „Jesteśmy bardzo mocno sfokusowani na tych dzieciach i prawdopodobnie to jest tajemnicą sukcesu”.  

Słowo zaszeleściło, załaskotało w ucho. Zaskoczyło. Sfokusowani? Czemu nie skupieni, ostatecznie – skoncentrowani?

Co prawda, jak zauważa językoznawca Jan Grzenia, rzeczownik „fokus” jako termin fizyczny (cytuję: punkt, w którym skupiają się promienie odbite lub załamane w soczewce, jeśli padają równolegle do głównej osi optycznej zwierciadła lub soczewki) zadomowił się w polskich słownikach już kilkadziesiąt lat temu, znane są również takie sformułowania jak autofokus (automatyczny system dobierania ostrości w aparatach fotograficznych) czy badania fokusowe (zwane też bardziej swojsko zogniskowanymi wywiadami grupowymi), ale „sfokusowania” nikt przecież dotąd jakoś nie oswoił.

A jednak to nieistniejące w naszych słownikach słowo robi ostatnio błyskawiczną karierę. Ba, staje się modne po prostu! Tak jak i wiele innych anglojęzycznych zwrotów zresztą, by wymienić tylko kilka z nich, jak choćby mainstreamowy (czyli dotyczący głównego nurtu) czy lifestylowy (poświęcony stylowi życia).

Do niedawna były one jeszcze używane w sposób niszowy – raczej w określonych tylko zawodowych grupach, branżach – ale ostatnio coraz częściej wchodzą, by tak rzec, na medialne salony.

Ich spolszczenie przebiega zresztą w sposób dość skomplikowany i nie do końca logiczny – polonizują się fleksyjnie, to znaczy są odmieniane według reguł naszej gramatyki, ale ortograficznie już nie, być może dlatego, że zapisane zgodnie z polskimi regułami wyglądałyby dziwacznie i raczej niezrozumiale (mejnstrimowy, lajfstajlowy). Kto jednak wie, czy z czasem i do tak daleko idącej adaptacji nie dojdzie?

Puryści językowi drą sobie włosy z głowy i protestują przeciwko takiemu zachwaszczaniu języka ojczystego. Inni wyśmiewają te tendencje: „muszę zrobić risercz w moim sołsziety na temat tego słowa”, jak pisze jeden z internatów.

To akurat nic nowego pod słońcem.

Kto dziś pamięta, że w XIX wieku Bolesław Prus w swoich drukowanych niemal przez 40 lat w „Kurierze Warszawskim” kronikach krytykował techników i fabrykantów posługujących się niemiecką terminologią techniczną i wytykał im wprowadzanie do polszczyzny wyrazów niemieckich?

Prus parodiował też z upodobaniem język salonowy, naszpikowany zapożyczeniami francuskimi: „Czego chce parweniuszowska demokracya od naszego langażu? Nie komprenuję! Dawniej pana poznawało się po cholewach, dziś więc, gdy cholewy stanowczo wyszły z użycia, nie rozumiem, dlaczego ich językiem zastąpić nie można?”.

Polszczyzna przetrwała niegdysiejszy napór niemczyzny i francuszczyzny, wzbogacając się dzięki nim przy okazji niebywale – przetrwa więc także zapewne modę na „anglojęzyczność”.

I tylko jednego żal: zachęta naszego znakomitego pisarza – gdyby ją obrać z ironii i antyzapożyczeniowego kontekstu –  by „pana” nie po cholewach, a po jego języku poznawać, byłaby może ratunkiem dla ubożejącej na potęgę i brutalizującej się polszczyzny, dla której akurat nie anglicyzmy są największym zagrożeniem, tylko mizeria i trywializacja, również języka elit. Ale to życzenie bardzo demode. Chyba.

 

 

 

 

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 101)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*