Nowości

Virginia Woolf, Siedem szkiców

Miłośników twórczości Virginii Woolf wypada uprzedzić od razu – niezbyt wiele Woolf z Woolf znajdziemy w tym tomiku. Tytułowe siedem szkiców to raptem tylko kilkanaście kartek literackiego notatnika, który pisarka prowadziła w 1909 roku.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Miłośników twórczości Virginii Woolf wypada uprzedzić od razu – niezbyt wiele Woolf z Woolf znajdziemy w tym tomiku. Tytułowe siedem szkiców to raptem tylko kilkanaście kartek literackiego notatnika, który pisarka prowadziła w 1909 roku, czyli w czasie, gdy nazywała się jeszcze Virginia Stephen, mieszkała z bratem Adrienem przy londyńskiej Fitzroy Square i – choć pisywała od czasu do czasu recenzje dla „Guardiana”, „The Times Literary Supplement” i innych gazet –  w gruncie rzeczy zaczynała dopiero swoją przygodę ze słowem (jej pierwszy utwór prozatorski, który wysłała w tymże 1909 roku do „Memoirs of a Novelist”, został odrzucony).

Notatnik to zbiór paru obrazków, literackich wprawek, które Doris Lessing nazwała we wstępie (objętościowo znacznie  przekraczającym komentowane zapiski) „palcówkami przyszłej biegłości”. Opis domu Carlyle’a, portret lady Ottoline Morrell, czy wrażenia z wizyty w Hampstead, gdzie Woolf spotkała się ze starymi przyjaciółkami, pannami Case – choć zgrabnie napisane – są jednak ledwie naszkicowane i wyraźnie niedokończone. Właściwie trudno patrzeć na nie inaczej niż jak na literacką ciekawostkę.

Zapiski Woolf odkryto niedawno, w prywatnych papierach niejakiej Teresy Davies, która w latach 60. zajmowała się – na polecenie Leonarda Woolfa – przepisywaniem na maszynie notatek pisarki.

Entuzjazm, z jakim przyjęto je na brytyjskim rynku i polemiki jakie wzbudziły (czy Woolf była czy nie była snobką, czy była antysemitką, czy była zrzędą, czy była osą…) można zrozumieć tylko, jeśli spojrzy się na nie z tej perspektywy: schedy po genialnym pisarzu, który stał się już narodowym dobrem.

Wspomniana już Doris Lessing przywołuje fragmenty siedmiu szkiców – nie zawsze pochlebnych, czasem uszczypliwych (nie tak jednak, jak późniejsze „Dzienniki”) – by walczyć ze stereotypowym wizerunkiem pisarki jako łagodnej i melancholijnej damy: „Wydaje się, że potomność musi przydawać szacunku, łagodzić i wygładzać, niezdolna zrozumieć tego, że to co szorstkie, surowe, nieharmonijne może być źródłem inwencji twórczej. Virginia Woolf musiała nieuchronnie skończyć jako wytworna literatka (…) dobry Boże, ta kobieta, kiedy nie chorowała cieszyła się życiem, lubiła przyjęcia, swoich przyjaciół, pikniki, wycieczki, wypady. Jakże kochamy kobiece ofiary, jakże je kochamy”.

Biografka Woolf, Hermione Lee zwraca z kolei uwagę na fakt, że pełen (ogromny przecież) zakres pracy Virginii Woolf ujawnia się stopniowo – „zmieniając percepcję jej osoby od autorki kilku eksperymentalnych powieści i szkiców, kilku esejów i dziennika, do jednego z najbardziej profesjonalnych, szukających doskonałości, energicznych, odważnych i zaangażowanych pisarzy języka angielskiego”.
W tym kontekście nawet fragmenty znalezionych na strychu notatek stają się więc elementem wielowymiarowej biograficzno-literackiej układanki.

Czy polski czytelnik jest jednak w stanie zrozumieć te niuanse? Zwłaszcza, że znaczna część spuścizny Woolf, a także kilka wartościowych biografii pisarki, nie doczekało się jeszcze w Polsce wydania?
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że poza takimi pozycjami jak „Siedem szkiców” – bez wątpienia cennymi z punktu widzenia badacza literatury – edytorzy zechcą przedstawić wreszcie polskiemu czytelnikowi choćby wczesne powieści Woolf, nigdy dotąd nie tłumaczone – jak „The Voyage Out” czy „Night and Day”.
(kaj)

 Virginia Woolf, Siedem szkiców, przeł. Maja Lavergne, Prószyński i S-ka

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*