Nowości

CZYTANIE

Różne historie opowiada premier nasz o sobie: że w szkole walczył z komuną, a po szkole negocjował wejście Polski do Unii, że jako dziecko chciał być harcerzem, narciarzem, strażakiem i zdaje się w Kole Gospodyń Wiejskich też. Teraz mnie jednak zaskoczył. A mianowicie, kiedy powiedział (nie pomnę z jakiej okazji) że on też nie czyta książek, bo nie ma na to czasu.

Z przywódców naszego państwa tylko jeden szczycił się tym, że nie przeczytał żadnej książki. Ale to był Lech Wałęsa, elektryk po zawodówce, wychowany na głębokiej wsi i w jeszcze głębszej biedzie. Doprawdy, nie miał kiedy i nie miał jak wyrobić w sobie nawyku czytania. Wszyscy inni premierzy i prezydenci Polski – tej przed i powojennej, z komuszymi włącznie – czytali, niektórzy bardzo dużo, i do braku czasu na czytanie nie przyznałby się żaden, nawet na mękach.

Raczej nie wierzę premierowi (nie tylko w tej sprawie zresztą). Człowiek po studiach humanistycznych na prawdziwym dawnym uniwersytecie, wychowany w inteligenckim domu, nie może żyć bez książki, choćby do poduszki. Tak mi się wydaje. Więc dlaczego wygłosił takie zdumiewające oświadczenie publicznie?

Cóż, jest kilka możliwości. Pierwszą, najbardziej chyba prawdopodobną jest, że tak mu kazali spin doktorzy. Dzisiaj, jak wiadomo, wszystko co mówi polityk, szczególnie przed wyborami, jest wynikiem naukowej analizy  dokonywanej przez sztaby doradców: psychologów, socjologów, specjalistów od wizerunku, medioznawców itd., itp.

Owi doradcy, za duże pieniądze (a tych premierowi i jego partii nie brakuje) przeprowadzają ciągłe badania masowe i fokusowe, ilościowe i jakościowe tudzież eksperymentalne w celu określenia oczekiwań elektoratu. Między innymi tego, co taki elektorat chce usłyszeć od polityka, aby tego polityka polubił. I jeśli z tych licznych wyrafinowanych badań wychodzi, że polski lud, który przecież w zasadniczej większości ksiąg się brzydzi, nie chce słuchać przemądrzałych czytaczy – to się na wiecu ogłasza ludowi, że się z ludem solidaryzuje, krew z krwi, i że się książek, Boże broń, nie czyta. I to się ludowi podoba.

Bo czasy się zmieniły. Gdyby premier Wincenty Witos przyjechał do swoich Wierzchosławic i ogłosił małopolskim chłopom, że nie czyta książek, bo taki zalatany, to ci chłopi pospadaliby ze swoich furmanek i pewnie wyłysieli ze zdumienia i rozpaczy. Oni wybierali Witosa, bo mądry i oczytany, inny niż oni. A dzisiaj chcą swojaka i to wie każdy polityk od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy.

No dobrze, ale czy nie jest to trochę wstyd? Skądże! Czasy rządów przemądrzałych elit, kształconych od młodości do kierowania państwem (na dworach i we dworkach, ale też wychodzących, jak wspomniany Witos, z chłopskich chat) mijają bezpowrotnie. Kto się dzisiaj wstydzi? Tylko wariat chyba. Wstyd to pojęcie z innej epoki (tej kodeksu Boziewicza, oficerskich kodeksów, kupieckiego słowa).

Jednakowoż szef pana premiera nie tylko dużo czyta, również filozofów, ale jeszcze tego nie kryje, co rusz zaskakując opinię publiczną a to trudnym słowem (jak ojkofobia) czy zręcznym cytatem (jak  ten „inni szatani byli tam czynni”). Więc można. Otóż niekoniecznie. To, że prezes może pokazywać się intelektualistą, nie znaczy, że każdy może. Quot licet Jovi, not licet bovi, mawiali starożytni (Polacy przetłumaczyli: co wolno wojewodzie…) i ta zasada świętą jest. Chwalili się czytaniem Dorn i Ujazdowski, i gdzie dziś są? A przykład działa! Prezydent Duda czy wicepremierzy Gowin i Gliński przeczytali kiedyś sporo i czyż nie robią dzisiaj wszystkiego, aby się z tym nie zdradzać? I stąd może to oświadczenie premiera?

Oczywiście, istnieje możliwość, że premier, historyk z wykształcenia, naprawdę nic nie czytał i nie czyta, poza dokumentami na biurku i SMS-ami wiadomo skąd. Ostatnie wypowiedzi na temat ukochanej przez prezydenta Dudę Brygady Świętokrzyskiej NSZ – która nie uznawała rządu premiera Mikołajczyka ani władzy prezydenta Raczkiewicza, której dowództwo porozumiewało się z Niemcami w czasie Powstania – że to byli najwięksi patrioci, wzmacnia takie podejrzenie. A jednak wolę wierzyć, że to też kazali premierowi powiedzieć doradcy od public relations i spin doktorzy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*