Dolnośląskie tajemnice

O sztolniach i gigantycznych halach wykopanych w Górach Sowich nadal wiadomo niewiele. Jedno jest tylko pewne – drążyli je więźniowie Gross Rosen, górnicy sprowadzeni z różnych niemieckich kopalń oraz członkowie organizacji Todt.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

O sztolniach i gigantycznych halach wykopanych w Górach Sowich nadal wiadomo niewiele. Jedno jest tylko pewne – drążyli je więźniowie Gross Rosen, górnicy sprowadzeni z różnych niemieckich kopalń oraz członkowie organizacji Todt. Po co je budowano – do dzisiaj nie wiadomo. Ile kilometrów podziemnych budowli wzniesiono i co w nich zostało ukryte – też nie wiadomo. Co więcej, współczesna niemiecka administracja państwowa nie wykazuje specjalnej ochoty na odtajnienie swoich archiwów i tym samym ostateczne wyjaśnienie tajemnic II wojny światowej. Skazani więc jesteśmy na relacje świadków, które mogą mijać się z prawdą.

Jan Nowak
był zatrudniony jako pisarz w głównej kancelarii KZ Gross Rosen w Rogoźnicy. Do jego obowiązków należało prowadzenie ewidencji więźniów zatrudnionych w poszczególnych filiach obozu. Takich filii było ponad 110, a najliczniejsza znajdowała się w okolicach Walimia. Pod koniec wojny Jan Nowak otrzymał rozkaz „skreślenia z ewidencji” wszystkich więźniów pracujących w tej filii. Było to dwadzieścia trzy tysiące osób! Jan Nowak rozkaz oczywiście wykonał, zaś po wojnie próbował dotrzeć do więźniów pracujących w tej filii. Niestety, nikt z nich nie przeżył. Jan Nowak wysnuł więc wniosek, że wszyscy ci ludzie zostali jednego dnia zatopieni w podziemiach Gór Sowich.
Czy tak było w istocie? Czy te podziemia są gigantycznym grobowcem? Czy właśnie ta straszliwa zbrodnia nie pozwala Niemcom na ujawnienie prawdy o Walimiu? Trudno bowiem sobie wyobrazić, że w ogóle nie zachowały się jakiekolwiek plany tych gigantycznych budowli.

Roman Granowski
w styczniu 1945 roku znalazł się w grupie więźniów ewakuowanych z podobozu w Tłuczowie. W okolicach Kamiennej Góry więźniowie zostali zapędzeni na drogę gorszej klasy, prowadzącą tuż nad rzeką. Na peryferiach tego miasta, po lewej stronie drogi, znajdowała się dość wysoka góra, a w niej tunel. Eskortujący więźniów SS-mani, nie zważając na protesty majstra z organizacji Todt, kazali więźniom wejść do tunelu. Po pewnym czasie, z filii obozu Gross Rosen, znajdującej się w Kamiennej Górze, przyniesiono zupę. Po posiłku wyznaczono Romana Granowskiego i kilku jego kolegów do odniesienia kotłów. Przyszli do obozu, oddali kotły, ale do tunelu nie wrócili z uwagi na późną porę. Umieszczono ich w jednym z baraków. Około godziny czwartej lub piątej obudzono ich i popędzono pod tunel. Okazało się, że duszą się więźniowie, którzy nocowali w sztolni.
Roman Granowski i jeden Holender umieli posługiwać się aparatami tlenowymi, dlatego też dano im aparaty i kazano wejść do tunelu. Wyciągali, kogo się dało. Razem około kilkudziesięciu osób. Roman Granowski nie pamięta dokładnie, ale kilkunastu jego kolegów udusiło się lub po kilku dniach umarło. Z tego, co zauważył w trakcie akcji ratowniczej, tunel był drążony w skale bez jakiejkolwiek obudowy. Miał wysokość około dwóch metrów i taką samą szerokość. Środkiem szedł tor kolejki, po którym jeździły wagoniki, tzw. koleby, z urobkiem.

Janusz Karpiński
również więzień Gross Rosen, który od marca 1945 roku pracował w fabryce łożysk kulkowych w Kamiennej Górze, tak wspomina ten sam tunel. Otóż w czasie alarmu lotniczego, ogłoszono apel całego podobozu i popędzono więźniów do lochów pod górę, po drugiej stronie rzeki Bóbr. Więźniowie szczuci psami i bici przez SS-manów wbiegli w otwór w zboczu góry. Przebiegli przez potężną bramę zrobioną z żelaza, która po ich wejściu szczelnie zakryła otwór w zboczu góry. Kilka metrów dalej była druga brama zrobiona z żelaznej kratownicy, która również została za więźniami zamknięta.
Więźniów wpędzono w długi korytarz, dosyć wąski, wykuty w skale. Tunel nie posiadał żadnej obudowy. Po bokach leżały żelazne rury, metalowe pręty i druty. Korytarz był bardzo słabo oświetlony. Z korytarza więźniów przepędzono do obszernej hali. Hala nie była zabudowana. Musiała być bardzo duża, skoro zmieścili się w niej wszyscy więźniowie. Trudno było jednak określić jej wymiary, bo była oświetlona tylko światłem dochodzącym z korytarza.
Gdy zamknięto za więźniami kolejne żelazne wrota, wszystkich ogarnął strach, że Niemcy będą chcieli wpuścić do groty gaz. Janusz Karpiński zauważył kilku ludzi ubranych po cywilnemu. Zwrócił się do jednego z nich po niemiecku pytając, czy hitlerowcy chcą wykończyć więźniów gazem. Usłyszał po polsku odpowiedź, że tu gazów Niemcy nie używają, gdyż są zrobione wietrzniki do samego szczytu góry. Niczego więcej Janusz Karpiński nie mógł się dowiedzieć, gdyż nadszedł jeden z SS-manów i rozmowę przerwano.
Z głębi sztolni Janusz Karpiński nie słyszał żadnych odgłosów kucia, ani głosów ludzkich. Panowała przeraźliwa cisza. Więźniowie przebywali tam około godziny. Następnie otworzono bramy i popędzono więźniów znów do obozu.

Stanisław Majorski
oglądał po wojnie w Okręgowym Urzędzie Górniczym w Wałbrzychu plany tych tuneli. Wynikało z nich, że w Kamiennej Górze miało być wydrążonych kilka podziemnych obiektów. Jeden z nich nosił nazwę „schronu przeciwlotniczego dla 3087 osób”. Długość sztolni głównej wynosiła 345 metrów. Wejście do niej znajdowało się w kamieniołomach. Obok kamieniołomów znajdowało się polowe lotnisko. Wylot sztolni wychodził wprost na tor kolejowy. Z planu wynika, że sztolnia posiada jeszcze liczne boczne komory.
Drugi „schron przeciwlotniczy dla 3659 osób i 135 osób personelu medycznego” wydrążony miał być w porfirowym Wzgórzu Zamkowym. Z planów wynikało, że posiada 12 wejść lub wyjść i to doskonale zamaskowanych. Wychodzą one bowiem na boisko sportowe, do ogródków działkowych i na cmentarz. Ogólna długość wszystkich pomieszczeń miała wynosić 430 metrów, szerokość 2,4 metra.
Trzecia sztolnia miała się znajdować pod Górą Kościelną. Czy zgodnie z planami miała dziewięćset metrów długości, tego nie wiadomo. Była jednak przynajmniej częściowo oddana do użytku, gdyż więźniowie z filii Gross Rosen uzbrajali w niej pociski artyleryjskie.

Jerzy Roztocki
twierdzi, że z Dzikowca na wysokości 652 metrów nad poziomem morza wypływa Rycerskie Źródło. W 1941 roku od tego źródła więźniowie filii Gross Rosen w Kuźnikach Świdnickich rozpoczęli drążenie sztolni. Jak wynika z ich relacji, wydrążono je w głąb na odległość około dwustu metrów, a następnie wybito labirynt wyrobisk górniczych w dwóch poziomach, na ogólną długość 240 metrów. Na zboczu góry, około sto metrów nad sztolnią, wykuto taras, na który można dojechać samochodem. Droga na taras i sam taras pilnowane były przez wartowników. Pod koniec wojny ze sztolni usunięto wszelkie ślady działalności górniczej, jak tory, podkłady, wentylację, rurociągi, kable elektryczne, druty strzałowe i tym podobne.
Jak zeznali świadkowie mieszkający na tym terenie podczas wojny, między 1 a 11 maja 1945 roku w rejon Kuźnic przyjechała kolumna kilkunastu ciężarówek pod silną eskortą SS. W czasie przejazdu kolumny esesmani terroryzowali mieszkańców, nie pozwalając nikomu wychodzić z domu, ani zbliżać się do rejonu koncentracji kolumny samochodowej. Kolumna udała się w kierunku góry Dzikowiec i tam zniknęła.

Anna Maria Jung
twierdzi, że w kwietniu 1945 roku została umieszczona wraz z pewnym chłopcem z Hitlerjugend w budynku znajdującym się obok obecnej wałbrzyskiej  mleczarni. Miała pilnować, by mieszkańcy tego budynku nie wyglądali przez okna. W każdym pokoju w tym budynku z oknami wychodzącymi na sąsiednie wzgórze był ktoś, kto pilnował mieszkańców tak jak oni. Kiedy jej kolega i lokatorzy zasnęli, wyjrzała ukradkiem przez okno i zobaczyła dużą kolumnę samochodów wojskowych. Zdejmowano z nich duże skrzynie i wnoszono do otworu wydrążonego we wzgórzu. Nosili te skrzynie mężczyźni z Waffen-SS. Każdą skrzynię niosło czterech mężczyzn, więc musiały być bardzo ciężkie. Przez okno wyglądała tylko moment, gdyż się bała, ale cała akcja ukrywania tajemniczych skrzyń trwała przez całą noc, gdyż przez całą noc słyszała warkot przyjeżdżających i odjeżdżających samochodów ciężarowych. Po wkroczeniu wojsk radzieckich słyszała, że jakiś żołnierz rosyjski wszedł do tego otworu na wzgórzu, ale zabił go wybuch podłożonej tam miny.

Do tej pory
czyli przez sześćdziesiąt lat od zakończenia II wojny światowej tysiącom poszukiwaczy skarbów nie udało się ani spenetrować tych tajemniczych budowli, ani też ustalić ich przeznaczenia. A przecież wystarczyłaby tylko dobra wola władz niemieckich, aby ujawnić zawartość swoich archiwów. Przecież czas zimnej wojny mamy już za sobą, a nawet jesteśmy w tej samej Unii Europejskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*