DYSONANS

Zapytany przez dziennikarkę o masowe wycinanie drzew w Polsce, minister Szyszko – inicjator i niezłomny obrońca ustawy umożliwiającej rzeź drzew – odpowiedział: „Gdyby pani oglądała to, co ja czytam i to co oglądam –  Telewizję Trwam, Radio Maryja, „Nasz Dziennik”, „Gazetę Polską” – tam nie ma tego rodzaju informacji, o które się pani pyta”.

Wypowiedź ta zrobiła furorę w tych wszystkich mediach, których pan minister nie czyta i nie ogląda, a które czyta i ogląda ten „gorszy sort”. Ja wszakże nie podzielam powszechnego zdziwienia wypowiedzią przedstawiciela toruńskiego wielmoży w rządzie. Pan minister Szyszko powiedział tylko, że jest zwolennikiem znanego od wieków filozoficznego poglądu – zwanego idealizmem subiektywnym – że „istnieje tylko to, co nazwane”. Oczywiście tę myśl biskupa Berkeleya nasz minister interpretuje i praktykuje dość osobliwie – że mianowicie „nie istnieje to, o czym nie czytam” – ale jednak jest to myśl, koncepcja, a nawet strategia, więc pełen szacun.

Unikanie lub nieprzyjmowanie do wiadomości informacji niezgodnych z własnymi przekonaniami jest praktykowane powszechnie, nie tylko w Polsce zresztą i nie od dzisiaj. Bo jeśli tak się nieszczęśliwie zdarzy, że zobaczymy albo usłyszymy coś, co sprzeczne jest z naszą dotychczasową zaakceptowaną wiedzą, naszym światopoglądem (a tym bardziej wiarą) – to wyjściem najlepszym jest takie informacje od razu odrzucić i mieć święty spokój. W mózgu dzieją się w takich przypadkach skomplikowane i nader ciekawe procesy, które współczesna nauka nazywa likwidacją dysonansu poznawczego. Najprostszy przykład: jeśli kochamy żonę, a sąsiad donosi nam, że widział ją baraszkującą z listonoszem, to – żeby nie burzyć sobie obrazu świata – dajemy w dziób sąsiadowi, a nie listonoszowi.

Gdyby więc minister Szyszko zobaczył fotografie ściętych dębów na pl. Grunwaldzkim, najpewniej uznałby to za masońską prowokację i powiedział, że to nie dęby, a lipy, i nie we Wrocławiu, a w Minnesocie po inwazji Siuxów.

Owszem, są ludzie, którzy świadomie a nawet celowo narażają się na dysonans poznawczy: a to czytając uczone księgi, a to wertując różne gazety, a to uczestnicząc w różnych dysputach czy zwiedzając różne kraje i poznając różne ludy. Ale tacy ludzie stanowią kilka procent populacji i dla narodu są tylko egzotyczną ciekawostką – tolerowaną w czasach spokojnych, a pogardzaną w czasach różnych przełomów i rewolucji. Bo w takich czasach nie ma miejsca na wątpliwości, wahania, rozterki (czyli myślenie!), a ważny jest triumf woli i działanie wbrew wszelkim przeciwnościom. „Alleluja i do przodu”, jak to celnie ujął  klasyk z Torunia, a co po francusku niegdyś szeptała Ludwikowi XV Madame de Pompadur: „Après nous, le déluge” (po nas choćby potop).

Zdecydowana większość ludzi unika jednak stresu w sposób najprostszy: mianowicie nikogo nie słuchają i nic nie czytają, dzięki czemu nie mają żadnych wątpliwości w żadnej sprawie, a tylko niezłomną pewność własnych racji. Ambitniejsi, żeby się nie irytować i nie męczyć poznawczymi wątpliwościami, czytają i słuchają tylko tych, których lubią. Jedni „Gazetę Wyborczą” i „Neesweeka”, drudzy – „Nasz Dziennik” i „Do Rzeczy”. A jeśli wbrew ich woli ta wredna obca wiedza ich atakuje, udzielając jakichś rad naukowych na przykład, to się sprawę załatwia elegancko: minister Zalewska zwolniła z ministerialnych gremiów doradczych wszystkich profesorów wątpiących w sens jej reformy, minister Szyszko zwolnił w komplecie całą Radę Naukową, bo sprzeciwiała się rżnięciu puszczy Białowieskiej, a minister Macierewicz wyrzucił wszystkich fachowców od katastrof lotniczych z komisji mającej takie katastrofy badać.

I to jest najlepszy sposób na dobre samopoczucie i triumf woli w polityce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*