Nowości

Ekshumacyjne dezinformacje

Od kilku tygodni na Cmentarzu Osobowickim pod patronatem miejscowego IPN trwają prace ekshumacyjne. Społeczeństwo informowane jest, że odkrywane są groby ofiar UB. Tymczasem prawda jest bardziej skomplikowana i całe to kosztowne przedsięwzięcie może zakończyć się wielkim blamażem.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Od kilku tygodni na Cmentarzu Osobowickim pod patronatem miejscowego IPN trwają prace ekshumacyjne. Społeczeństwo informowane jest, że odkrywane są groby ofiar UB. Tymczasem prawda jest bardziej skomplikowana i całe to kosztowne przedsięwzięcie może zakończyć się wielkim blamażem. Informowałem o tych zamiarach cztery lata temu śp. ministra Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, i wiem, że był on przeciwnikiem tych prac. Teraz, po jego śmierci, „wrócono do tematu”, lekceważąc wszelkie dokumenty. Więc jeszcze raz podaję fakty, o których (świadomie lub nieświadomie) społeczeństwo nie jest informowane.

Nieco historii

Po pierwsze, mimo że cmentarz na Osobowicach był przed wojną cmentarzem miejskim, to administracja niemiecka prowadziła go tak, że poszczególne kwatery cmentarza przypisywane były określonym parafiom ewangielickim i rzymsko-katolickim. I w tych kwaterach chowani byli parafianie. Natomiast osoby bezwyznaniowe, niezidentyfikowane ofiary napadów rabunkowych oraz skazańcy grzebani byli w kwaterach komunalnych, w najodleglejszym kącie cmentarza. Kwatery oznaczone były numerami 77, 102 i dalszymi w tym rejonie. W drugiej połowie 1945 roku w biurze cmentarza pracowali nadal Niemcy i to w taki sam sposób, jak przed wojną. Świadczą o tym zapisy w księdze cmentarnej z 1945 roku, jak i z lat następnych.

Po drugie, w drugiej połowie 1945 roku w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej miał swoją siedzibę zakład medycyny sądowej. Każda osoba, którą znaleziono zabitą w gruzach Wrocławia, przewożona była do zakładu, gdzie przeprowadzano sekcję zwłok i podejmowano próbę identyfikacji. Następnie władze więzienne zarządzały pochówek na Cmentarzu Osobowickim, na polach komunalnych, czyli między innymi w kwaterze 77, w której pochowani już byli Niemcy, którym przed wojną i w czasie wojny przysługiwał pochówek komunalny. Wprawdzie w księdze cmentarnej odnotowywano zleceniodawcę pochówku, czyli władze więzienne, ale to wcale nie oznaczało, że zmarły (zabity) był więźniem.

Po trzecie, w latach 1945–1956 przy więzieniu na ul. Kleczkowskiej istniał okręgowy szpital więzienny. Przywożono do niego więźniów z całego Dolnego Śląska oraz dzisiejszego województwa lubuskiego i opolskiego. Z fragmentarycznych danych wynika, że chorzy wymagali specyficznego żywienia i leczenia, co było raczej niewykonalne. Wówczas w powojennym Wrocławiu zaopatrzenie w żywność i leki było bardzo złe. Śmiertelność wśród więźniów była więc bardzo duża.

Po czwarte, jak wynika z zeznań świadków, w latach 1945–1956 na Cmentarzu Osobowickim nie kopano masowych grobów. Jeżeli jednego dnia dokonywano pochówku kilku zmarłych przewiezionych z więzienia, to dla każdego kopano oddzielny grób, a jego dane (numer kwatery i numer w kwaterze) zapisywano w księdze cmentarnej. Oczywiście zapisywano też dane personalne zmarłego, jego datę urodzenia i datę pochówku. Zaś przy grobie stawiano kamienna tabliczkę z numerem zapisanym w księdze cmentarnej.

Po piąte, w powojennym Wrocławiu brakowało też trumien, więc przyjęto od Niemców metodę „pochówku komunalnego”. Do pochówku tego służyła jedna trumna z ruchomym dnem. Ustawiano ją na belkach nad wykopaną mogiłą. Kiedy zaś ksiądz lub pastor odprawili modły i odchodzili, grabarz wyciągał dno i zwłoki same wpadały do grobu. Trumna wędrowała z powrotem do kaplicy, a ciało zasypywano.

Odkrywanie „odkrycia”

Po raz pierwszy komunikat o więźniach pochowanych na Osobowicach podano do publicznej wiadomości pod koniec 1956 roku. Zaproponowano też, że państwo pokryje koszty ekshumacji do miejsca wskazanego przez rodzinę. Wtedy z  propozycji skorzystało 19 rodzin, w tym rodziny dwóch straconych. Zaś 51 rodzin postawiło swoim najbliższym nagrobki na Cmentarzu Osobowickim.
Po raz drugi grobami na Osobowicach zajęła się na początku 1988 roku specjalna komisja powołana przez ówczesnego wojewodę wrocławskiego. Stało się to za sprawą działaczy opozycji i nacisków opinii publicznej, aby sprawę raz na zawsze wyjaśnić. Rozpowszechniane były bowiem ulotki, że w kwaterach nr 81 A i nr 120 znajdują się groby przeszło tysiąca AK-owców straconych we wrocławskim więzieniu. W skład komisji weszli sędziowie, prokuratorzy, pracownicy więziennictwa, działacze organizacji kombatanckich, naukowcy oraz przedstawiciele wojewody.

Pierwszą publikację o pracach tej komisji zamieściłem w prasie dolnośląskiej 25 lipca 1988 roku. Cykl kolejnych pięciu publikacji ukazał się tuż po zakończeniu prac komisji (od 8 października do 2 listopada 1989 roku). W publikacjach tych podałem nie tylko pełne dane zmarłych, zawarte w księgach cmentarnych, ale również nazwiska tych, którzy zostali straceni w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej i ślad po nich zaginął. W większości byli to niemieccy zbrodniarze wojenni. Kolejne publikacje na ten temat ukazały się 20 stycznia 1995 roku w „Słowie Polskim” oraz w 2001 roku w nr 18 (60) „Gazety Południowej”. Nie udało mi się zainteresować tym tematem żadnej instytucji rządowej, ani pozarządowej.

Ustalenia komisji

W komunikacie końcowym komisji czytamy: „Komisja postanowiła zbadać nie tylko okoliczności pochówku więźniów na polach 81a i 120, ale na wszystkich polach Cmentarza Osobowickiego i dlatego przeanalizowała:
a. istniejące akta byłego Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu,
b. repertoria byłej Wojskowej Prokuratury Rejonowej,
c. repertoria byłego Specjalnego Sądu Karnego dla okręgu Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu,
d. repertoria Sądu Okręgowego we Wrocławiu,
e. repertoria byłego Sądu Okręgowego w Świdnicy,
f. protokoły sekcji zwłok więźniów zmarłych w latach 1950–1953,
g. księgi cmentarne.

W oparciu o wyżej przytoczone dokumenty komisja ustaliła, że na Cmentarzu Osobowickim w latach 1946–1954, na zlecenie więzienia pochowało 773 zmarłych. W tym:
– 114 osób – to straceni z wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego, Sądu Okręgowego i Specjalnego Sądu Karnego,
– 94 osoby – to tymczasowo aresztowani lub skazani na terminowe kary więzienia przez sądownictwo wojskowe lub specjalne, którzy zmarli lub popełnili samobójstwo.
– 35 osób – to niemowlęta zmarłe w przywięziennym żłobku,
– 64 osoby – to ofiary zabójstw, wypadków drogowych i nagłych zgonów na terenie miasta Wrocławia w latach 1946–1947,
– 466 osób – to zmarli w okręgowym szpitalu więziennym.

Na podstawie analizowanych dokumentów komisja stwierdziła, że wśród 114 straconych, 19 – to obywatele niemieccy skazani za zbrodnie wojenne, 6 – to obywatele polscy skazani za zdradę narodu polskiego w czasie wojny, 56 – skazano za zabójstwa lub spowodowanie ciężkich uszkodzeń ciała z pobudek politycznych, 6 – skazano za przestępstwa sabotażu, a pozostałe osoby skazane zostały za popełnienie przestępstw kryminalnych.

Propozycja komisji

„Zważywszy fakt, że obok siebie są pochowani więźniowie polityczni, zbrodniarze wojenni, kolaboranci i kryminaliści, należy rozważyć propozycję wzniesienia obelisku dla uczczenie pamięci tych, którzy zginęli tylko i wyłącznie z powodu przekonań i działań politycznych w specjalnie wydzielonym sektorze Cmentarza Osobowickiego”.
Komisja zobowiązała również Wydział Społeczno-Administracyjny Urzędu Wojewódzkiego do gromadzenia wszelkich dokumentów poświęconych sprawie pochówku więźniów na Cmentarzu Osobowickim oraz udostępniania ich wszystkim tym krewnym, którzy noszą się z zamiarem ubiegania się o rehabilitację swoich bliskich.
Mimo apelów w prasie centralnej i lokalnej, a także w radiu i TV, w czasie ponad rocznej działalności komisji zgłosiła się do niej tylko jedna osoba zainteresowana rehabilitacją swego ojca. Była to pani Larysa Gruszecka, córka Wiktora Komorowskiego. Dzięki jej uporowi i pomocy ówczesnego ministra sprawiedliwości Aleksandra Bentkowskiego, jej ojciec (zakatowany przez UB) został zrehabilitowany.

Ostatnio w środkach masowego przekazu

wypowiadał się mężczyzna (nie zapamiętałem nazwiska), że wreszcie teraz wie, gdzie jest pochowany jego stryjek. Możliwe, że w 1956 roku był za mały, aby szukać mogiły krewnego, ale dlaczego nie odpowiedział na apele komisji w 1988 roku? Inny mężczyzna (ponoć specjalista z zakresu medycyny sądowej) na podstawie jednej wykopanej czaszki stwierdza, że ofiary zabijane były strzałami w tył głowy. Otóż zgodnie z art. 110. § 1 kodeksu karnego wykonawczego z 1932 roku (obowiązywał do 1969 roku): „Karę śmierci wykonuje się przez powieszenie, a wobec żołnierza – przez rozstrzelanie; wykonanie następuje w miejscu zamkniętym, niepublicznie”.
W więzieniu przy ul. Kleczkowskiej wykonywano wyroki śmierci tylko przez powieszenie, bo zarówno niemieckich zbrodniarzy wojennych, jak i bojowników antykomunistycznego podziemia nie traktowano jako żołnierzy. No cóż, pan specjalista pomylił rzeczywistość z filmem Andrzeja Wajdy.

Prace ekshumacyjne

mają być prowadzone co najmniej do marca przyszłego roku. W związku z tym wielu naszych Czytelników zadaje sobie pytanie: po co wydawać setki tysięcy złotych na rozkopywanie cmentarza, czy nie lepiej przeznaczyć je na budowę solidnego pomnika ofiarom stalinowskiego terroru?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*