Gruzińska rzeczywistość

W Gruzje oczeń prijatno atdychat, no żyt – nie oczeń, mówi z powagą Alik. Ta myśl tak mu się podoba, że powtarza ją jeszcze kilkakrotnie podczas naszej rozmowy.

Gruzja Gruzja

W Gruzje oczeń prijatno atdychat, no żyt – nie oczeń, mówi z powagą Alik. Ta myśl tak mu się podoba, że powtarza ją jeszcze kilkakrotnie podczas naszej rozmowy. Pijemy wino domowej roboty, pod gwiazdami, u stóp Morza Czarnego, wpatrując się w świetlistą panoramę pobliskiego Batumi i utyskując od czasu do czasu, że ograniczenia językowe pozwalają nam na wygłaszanie jedynie tak nieskomplikowanych fraz.

Alik jest jednym z niewielu młodych ludzi, którzy znają język rosyjski – dziś już nie uczy się go w szkołach. Swój szlifował w praktyce; kilka lat przepracował w Rosji, bo, jak twierdzi, tylko tam da się zarobić prawdziwe pieniądze. Zarabiał całkiem nieźle, dorobił się nawet niewielkiego sklepu, ale dobrze prosperujący biznes zniszczyła ostatnia wojna – gruzińsko-rosyjski konflikt sprzed pięciu lat. Wtedy w trybie natychmiastowym wydalono go z kraju, nie zdążył nawet zwinąć interesu. Dzięki przyjacielowi, który sklep zamknął i sprzedał, trochę pieniędzy zdołał odzyskać, ale te zainwestowane w mieszkanie  – miał tam dziewczynę, planowali ślub – poszły na zmarnowanie. Dziewczyna wyszła za innego, ma już syna, dała mu na imię Alik – Alik na to wspomnienie uśmiecha się gorzko.

Alikowe wino smakuje naprawdę wyśmienicie, a przy tym rozwiązuje języki, więc Alik opowiada dalej – o rodzinie, świeżo poślubionej żonie i planach, by w niedalekiej przyszłości postawić dom, na tyle duży, by wystarczyło miejsca także dla turystów. To na wybrzeżu główne źródło utrzymania. – Poza tym nic nie ma, nic, żadnej pracy, stąd aż do Tbilisi.

Batumi, ech Batumi

Herbaciane pola Batumi

Cykadami dźwięczący świt

Świadkiem był szczęścia chwil.

Gdy w latach 60. Filipinki wyśpiewywały swój wielki przebój, gruzińska herbata cieszyła się w Polsce sporą popularnością. Była wtedy zresztą jednym z głównych towarów eksportowych maleńkiej republiki – obok win i koniaków oraz słynnej wody mineralnej Borżomi o zatrważająco słonym smaku. Hodowli sprzyjał subtropikalny klimat i bardzo żyzne gleby, a areały upraw zwiększały się w tak szybkim tempie, że z czasem zaczęło brakować rąk do pracy, czemu zaradzono, konstruując pierwszą na świecie maszynę do zbierania herbaty. Herbaciany boom skończył się jednak wraz z rozpadem ZSRR. W targanym wewnętrznymi i zewnętrznymi walkami kraju tereny uprawne dziczały, pozostawione same sobie, i dziś nie ma już praktycznie po nich śladu. Nie opłaca się, krzywi się Alik i dodaje, że tutejsi mieszkańcy szukają teraz pracy na niedalekich plantacjach tureckich, bo tam, w okolicach Trabzonu i Rize, to ciągle dochodowa rzecz. Ot, taki chichot historii.

Położone kilkanaście kilometrów od granicy z Turcją Batumi – ten starożytny port i modny od dziewiętnastego stulecia kurort, opiewany w pieśniach i rozpalający wyobraźnię – jest niczym symbol odczuwalnego w całym kraju rozdarcia pomiędzy aspiracjami a możliwościami, historią a teraźniejszością, liryką a prozą. Złote czasy Rothschildów i Noblów, którzy budowali fortuny na ropie odkrytej w azerbejżdańskim Baku i transportowali ją koleją do Batumi, by stamtąd wypuszczać tankowcami w szeroki świat, przez co batumski port – położony idealnie na trasie „nowego jedwabnego szlaku” – bogacił się i kwitł, upojony wizją trwałego dobrobytu, dawno odeszły w zapomnienie. Miasto – choć połączone ropociągiem z Baku i uprzemysłowione – szuka dziś swojej niszy przede wszystkim w turystyce. Program rewitalizacji ruszył kilka lat temu i wpompowano weń grube miliony, powstały nowe luksusowe hotele, świeżo wyremontowane drogi, parki i eleganckie nadmorskie bulwary. Te emblematy wielkoświatowej nowoczesności dziwnie tu jednak nie pasują, sąsiadując z rozpadającymi się kamieniczkami, kleconymi byle jak i byle gdzie straganami, pękającymi ulicznym brukiem. Tubylcy rozkładają wprost na chodnikach swoje ubożuchne towary – słomiane miotły, ręcznie plecione sieci, nikomu niepotrzebne bibeloty; urok starej zabudowy ginie w cieniu kolosów ze szkła i betonu. Obraz Batumi jest więc pęknięty, jak tutejsze witryny sklepowe – fascynuje i odpycha, zadziwia i smuci, i tylko okoliczny krajobraz, bujny i wspaniale żywotny, zostawia niezatarte wrażenie absolutnego piękna.

Tbilisi od Batumi dzieli 367 kilometrów, mniej upalny i wilgotny klimat oraz połacie pól o barwie soczystej zieleni, z zarysowanymi gdzieniegdzie na horyzoncie szczytami Wielkiego Kaukazu. Marszrutki, czyli załadowane pasażerami do granic możliwości i niemiłosiernie brudne mikrobusy, pokonują tę odległość w niecałe sześć godzin. To sukces, zważywszy, że droga – mająca status międzynarodowej, bo wiedzie hen na północny-wschód aż do Władykaukazu – przypomina miejscami podrzędną dwupasmówkę, a ruch tamują przechadzające się środkiem najspokojniej krowy, pojedynczo lub stadami. Marszrutki, co do jednej, pamiętają z pewnością czasy sowieckie, kierowcy dokładają jednak starań, by uprzyjemnić znękanym pasażerom drogę. Nie ma klimatyzacji, są za to ciekłokrystaliczne ekrany i dvd, odpalane z dumą zaraz po starcie. Umierając z gorąca i z bólu odrętwiałych nóg, mamy zatem możliwość przyjrzenia się teledyskom z najpopularniejszą muzyką gruzińską.

Tu jest przestrzeń, tam ciasnota… 

Tyflis… to swego rodzaju Janus, 

który jednym obliczem spogląda w kierunku Azji, 

a drugim w kierunku Europy…

Zadziwiające, jak bardzo aktualne pozostają słowa, zamieszczone w gazecie „Kawkazkij wiestnik” i opisujące stolicę Gruzji lat czterdziestych XIX wieku. Niemal półtoramilionowe Tbilisi – nazwa Tyflis obowiązywała w carskiej Rosji i uchowała się do końca lat 30. ubiegłego wieku – to miasto zaskakujących kontrastów. Niby metropolia, a o wyglądzie spokojnej prowincji. Doskonale skomunikowana, z nowoczesnymi udogodnieniami w postaci elektronicznej karty miejskiej, która umożliwia przejazdy nie tylko rozbudowaną siecią autobusową, ale również metrem – tak, tak, w Tbilisi jest metro! – i kolejką linową, prowadzącą z centrum na szczyt pobliskiej średniowiecznej twierdzy Narikala, jednej z atrakcji turystycznych, których jest tu zresztą bez liku; a jednak na wschodni sposób rozlazła, spowolniona. Didube, największe w Tbilisi centrum przesiadkowe, dworzec autobusowy, stacja metra i olbrzymie targowisko jednocześnie, jest tego najlepszym przykładem: tu załatwia się interesy, dobija targów, obgaduje najnowsze wydarzenia, je, pije i gra w tryktraka. Tysiące twarzy i harmider głosów nie zakłócają jednak specyficznego charakteru tego miejsca, jakby zastygłego, stężałego pod kopułą zapachów – azjatyckich kolorowych przypraw, surowego, pożółkłego od upału mięsa i ryb świeżych już tyko z nazwy. Ta sama senna atmosfera panuje w uliczkach stolicy, gdzie wygrzewają się w słońcu sklepikarze, bezpańskie psy i schorowane koty.

Sercem miasta jest aleja Szoty Rustawelego, dwunastowiecznego księcia, malarza i poety, który stworzył znany na całym świecie epos „Rycerz w tygrysiej skórze”. Aleja była świadkiem wszystkich politycznych perturbacji niepodległej Gruzji: tu entuzjastycznie witano pierwszego niezależnego prezydenta, Zwiada Gamsachurdię i tu stawiano przeciw niemu barykady, szykując głośny pałacowy przewrót; tu fetowano Eduarda Szewardnadze, licząc, że ten doświadczony polityk, dawny namiestnik gruzińskiej socjalistycznej republiki i niegdysiejszy minister spraw zagranicznych ZSRR, położy kres krwawej wojnie domowej i wygasi konflikty ze zbuntowanymi republikami, Abchazją i Osetią, tu wreszcie, po niemal dekadzie, wygwizdywano go, lokując nowe nadzieje w młodym i głodnym władzy Michaelu Saakaszwilim, podczas słynnej „rewolucji róż”.

Saakaszwili, tak jak jego poprzednicy, stracił już sympatię tłumów, ale nawet przeciwnicy prezydenta przyznają, że w pierwszych latach jego rządów udało się przeprowadzić to, w co mało kto chyba już wierzył: zreformować służby mundurowe, ukrócić powszechny po latach wojen bandytyzm, powściągnąć rozpanoszoną w całym kraju korupcję: Zrobił dla Gruzji wiele dobrego, przeprowadził ważne reformy, zlikwidował przestępczość, dzięki czemu jest u nas teraz bardzo bezpiecznie, choć wcześniej ludzie bali się wychodzić na ulicę. Ale władza uderzyła mu do głowy. Traktował kraj jak własny folwark. Zaczął prześladować swoich przeciwników, coraz więcej osób trafiało do więzień pod byle pretekstem, mówi Nana, moja przewodniczka po Tbilisi. No i działał niepolitycznie, z małpią złośliwością, umyślnie drażniąc Putina. Wojna 2008 roku była niepotrzebna, sprowokował ją Saakaszwili. Przełomem okazały się taśmy, jakie puszczono w niepublicznej telewizji na kilka miesięcy przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi, ukazujące drastyczne sceny bicia, gwałtów i znęcania się nad więźniami w tbiliskim więzieniu. Wybuchł skandal, demonstrowano na ulicach i choć władze twierdziły, że to prowokacja i film został sfałszowany, silnie odbiło się to na wynikach wyborczych. Saakaszwili stracił większość w parlamencie na rzecz zwolenników Bidziny Iwaniszwilego i jego partii Gruzińskie Marzenie. Iwaniszwili, nowy premier, od razu rozpoczął próbę łagodzenia napiętych stosunków z Rosją – z powodzeniem.

Gruzini zdają sobie sprawę, że rozwój gospodarczy ich kraju zależy w dużej mierze od sytuacji politycznej panującej w regionie, a już zwłaszcza – od kontaktów z Rosją. Ta, po trwającym od siedmiu lat  embargo na produkty gruzińskie, otworzyła swój rynek dla producenta tak lubianej przez Rosjan  wody Borżomi, powoli na rynek rosyjski wracają też gruzińskie wina – a warto wiedzieć, że przed 2006 rokiem wchłaniał on ponad 80 proc. gruzińskiej produkcji.

Ludzie chcą dziś przede wszystkim stabilizacji. I pracy. Choć oficjalny wskaźnik bezrobocia nie przekracza tu 16 proc. – rzeczywiste jest dużo większe. Blisko jedna trzecia obywateli żyje poniżej progu ubóstwa, wysokość emerytur nie przekracza 75 dolarów, a średnia płaca kształtuje się na poziomie kilkuset lari, czyli niewiele powyżej tysiąca złotych. Nic więc dziwnego, że na wiecach najczęściej powtarzanym przez demonstrantów hasłem było słowo kmara – już dość!

Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę,

a gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić,

zwołam wiernych przyjaciół

i serce przed nimi otworzę…

Bo doprawdy – czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

śpiewał niegdyś Bułat Okudżawa i jego melancholijna „Pieśń gruzińska” bardzo trafnie oddaje klimat tego przedziwnego kraju. W przewodnikach Gruzja sprowadzana bywa najczęściej do krainy wspaniałych krajobrazów, wina płynącego strumieniami i niekończących się toastów… Wiele w tym cepeliady, jeszcze więcej tour-reklamy, bo gruzińskie supry, czyli tradycyjne uczty, oferuje się dziś turystom na specjalne życzenie i za pieniądze, a jednak nie ma chyba takiego podróżnika, który by w swojej wędrówce po Gruzji nie trafił chociaż raz do gościnnego, przyjaznego domu. Bo Gruzini naprawdę bywają otwarci i szczodrzy, a ze swojego kraju – dumni jak mało kto. Bez ich uczynnej pomocy turysta, rozpięty pomiędzy dukanymi nieśmiało słowami gamardżoba (dzień dobry) a madloba (dziękuję), byłby w tym kraju, korzystającym wciąż ze starożytnego alfabetu o finezyjnie nieczytelnych, płynnych liniach, bezradny jak dziecko.

By nacieszyć się tą atmosferą, trzeba jednak uciec z dużych miast – których jest zresztą w Gruzji ledwie kilka –  na prowincję, do wiosek otulonych wzgórzami, w góry Kaukazu. To tam drzemią na wzniesieniach stareńkie VI-wieczne cerkiewki, w oparach kadzideł i miodowych świec; fortyfikacje pamiętające czasy wielkich władców, Dawida Budowniczego i królowej Tamary; ruiny zamków i twierdz, niemy ślad najazdów scytyjskich, perskich, mongolskich, tureckich, pustoszących Gruzję przez stulecia.

Tutaj natura zderza się z historią, tworząc oszałamiającą mieszankę. I dopiero tutaj  naprawdę pojmuje się, czemu Gruzini tak rzadko wyjeżdżają ze swojego kraju w daleki świat, nawet jeśli – jak Alik – twierdzą, że bardzo trudno jest w nim żyć.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 103)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*