JEDEN PIES

Piękne i wzruszające było inauguracyjne przemówienie Joe Bidena: żebyśmy się słuchali, starali się zrozumieć, bo tylko tak do czegoś dojdziemy. Prawda, prawda i tylko prawda. Lecz dzisiaj utopia niestety.

Owszem, słuchanie różnych argumentów, ewentualny kompromis są warunkiem sukcesu –  w fabryce, w banku, w rodzinie. Ale polityka żywi się konfliktem. Wzbudzanie emocji – my kontra oni – jest podstawowym  narzędziem jej uprawiania. Politycy więc, jak Biden i Trump, a u nas Tusk i Kaczyński, różnią się osobowością, wykształceniem, kulturą, ale łączy ich zawsze i wszędzie żądza  władzy. Strategię walki o władzę określają zaś przede wszystkim stan świadomości i oczekiwania elektoratu.  Tak więc  programy polityczne partii i przemówienia piszą sztaby fachowców pod te oczekiwania, a nie kierując się prawdziwymi poglądami pretendentów do władzy (tych poglądów nie znamy).

Tymczasem społeczeństwa, jak amerykańskie, polskie, są drastycznie podzielone, zamknięte – jak to się uczenie definiuje – w bańkach plemiennych, wrogie plemiona nie chcą się słuchać, a tym bardziej rozumieć. Dlatego apel Bidena jest  dzisiaj utopią. Triumfuje populizm, demagogia, powiększanie swojej bańki.

Owszem, bywali w historii politycy, którzy zrealizowali swoją polityczną wizję manipulując konfliktami interesów i idei,  nie dzieląc definitywnie społeczeństwa. Tylko tak bowiem osiąga się trwały historyczny sukces. Jak Bismarck jednoczący dwa tuziny państewek niemieckich; jak De Gaulle rezygnujący z kolonii i przywracający potęgę Francji; jak Brandt klękający pod pomnikiem warszawskiego getta z wizją likwidacji berlińskiego muru….

Alternatywną strategią jest rewolucja: kto nie z nami, ten na szafot! Potem jednak zawsze nastąpi kontrrewolucja, a w końcu i tak musi dojść do kompromisu (heglowska triada: teza-antyteza-synteza). Ale pokojowy kompromis następuje na ruinach państwa i społeczeństwa, rany zabliźniają się przez dziesięciolecia. Swoją drogą, Robespierre, Lenin, Franco, Pinochet w dzisiejszym świecie czuliby się znakomicie.

Dzwoni do mnie czytelnik, przedstawia się jako profesor, i mówi, żebym przestał w porządnej (czyli naszej!) gazecie „drukować takie rzygi” i szerzyć nienawiść, bo „my sobie tego nie życzymy”. Nie chciał powiedzieć, co go tak wściekło w moim styczniowym felietonie, jakie były tam kłamstwa i do kogo nienawiść serwowana. Tylko, że to są „rzygi” i zniżać się do rozmowy ze mną nie zamierza. Oto typowa „rozmowa” w kształtującej się nowej cywilizacji postoświecenia.

Wiara w ostateczne zwycięstwo liberalnej demokracji (jej fundamentem były oświeceniowe ideały) legła w gruzach, nie ma „końca historii”, jak wieszczył Fukuyama. Miliony szukają innej sprawiedliwości, godności i tożsamości (polecam panu profesorowi lekturę Iwana Krastewa i Stephena Holmsa „Światło, które zgasło”). Mówiąc Heglem: oświeceniowa synteza stała się już tezą nieuchronnie wzbudzającą radykalną antytezę. Jak będzie nowa synteza? Może, jakby chciał profesor, znowu zakaz pisania dla niektórych, chociaż to już było i się nie sprawdziło.

Jaki się urodzi nowy porządek bez sporów, dyskusji, wymiany myśli? W świecie mediów społecznościowych, w Internecie, podaż informacji i opinii (a więc i idei) przestała być weryfikowana i kontrolowana, a wpisane w sieć algorytmy dostarczają informacje i opinie oczekiwane i lubiane przez ich odbiorcę. Coraz bardziej żyjemy w bańkach medialnych, w plemionach tak samo myślących, czujących i wrogich innym.

Pewność, że każdy obcy to wróg do eliminacji, gwarantowała bezpieczeństwo plemionom oddzielonym od siebie puszczami i pustyniami. Nie da się jednak dzisiaj oddzielić jednej połowy Ameryki (na Bidena głosowało 53 proc. wyborców) od drugiej; nie da się podzielić na pół Polski (Andrzej Duda otrzymał 51 procent). Tej drugiej połowy trzeba więc słuchać. Albo będzie syndrom chiński, albo rządy właścicieli Google’a, Instagrama, Facebooka… Jeden pies.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*