Kultura

Na językach / autor:jk

 

„Fraszki moje (coście mi dotąd zachowały),/Nie chcę, żebyście kogo źle wspominać miały./Lecz jeśli wam nie g’myśli cudze obyczaje,/Niechaj karta występom, nie personom łaje!”, pisał blisko pół tysiąca lat temu Jan Kochanowski. Innymi słowy – jeśli już uprawiamy satyrę, obśmiewajmy przywary, nie konkretne osoby.

Nie tak dawno temu pewien znany satyryk, można by nawet powiedzieć – satyryk etatowy, ojciec kilku słynnych polskich kabaretów, stanął na scenie i dał występ, od którego Mistrz z Czarnolasu (niestroniący przecież od grubych słów, choć nie znajdziemy tego w szkolnych czytankach) spłonąłby z zażenowania. A kanał nazywany TVP Kulturą bez zażenowania występ ten wyemitował. „Sukinkot, waliknot, palikmiot, hołota, szajka, banda, bydło na pastwisku” – takimi dowcipami bawił satyryk publiczność –  „tępy umysłowo gajowy” (o byłym prezydencie), „klępa latająca po peronach” (o byłej premier), „profesor owadologii, jego naturalne środowisko to wszy, mendy, gnidy i to jest również jego elektorat” (o pewnym pośle opozycji).

Powie ktoś, że to kwestia smaku. Indywidualnej wrażliwości. Kultury osobistej wreszcie. Że jednych stek inwektyw, nazwanych dla niepoznaki żartami, zabawi, a innych zniesmaczy – i to niezależnie od politycznych sympatii. Bo jedni z nas są bardziej finezyjni, inni mniej i nic na to, człowieku, nie poradzisz.

Czy jednak na pewno tylko o to chodzi? Czy to raczej nie kwestia niebezpiecznego przesunięcia granic? Przyzwolenia na świat, w którym wszystko jest już dozwolone?

Mamy tego ślady w codziennym języku. Zwrot „nie uchodzi” – niegdyś w powszechnym użyciu – praktycznie wypadł ze słownika i, jako staromodny, trąci teraz myszką. Kto go używać jednak ma i po co, skoro nie myślimy już takimi kategoriami? A nie myślimy – bo dziś „uchodzi” niemal wszystko. Sejmowe dyskusje zmieniły się w pyskówkę, rzeczową argumentację politycznych debat zastąpiły obelgi i insynuacje, kto głośniej krzyczy –  lepiej jest słyszany.

W niebyt odeszła trudna sztuka prowadzenia sporów. Sztuka, która w czasach Kochanowskiego, a i dużo wcześniej, bo w średniowieczu (nazywanym przez nas, jak na ironię, wiekami ciemnymi) stanowiła element podstawowego wykształcenia i była, obok gramatyki i retoryki, obowiązkowo wykładana w szkołach. Cyceron nazywał ją, dialektykę, skondensowaną sprawnością argumentacji, święty Augustyn – ukoronowaniem wszelkich nauk.

Ale co tam Cyceron, co tam i Augustyn… Dziś sprawność argumentacji przestała się liczyć. Elokwencja jest nudna, ma być widowisko. A cóż lepiej się sprzeda na medialnych igrzyskach od inwektyw, pomówień, oskarżeń i zniewag?

Język polityki przyzwyczaił nas do tego. Język szeroko pojętej kultury – nie. Póki co, taki kabaret więc, zamiast śmieszyć, straszy. Ale jak długo jeszcze?

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 137)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*