Moje spotkania ze spółdzielczością (1)

Był to ewenement, gdyż partia drobiazgowo kontrolująca każdą dziedzinę życia, otworzyła – wąskie co prawda, ale jednak znaczące okno na świat samorządności*. Pamiętam uczucie prawdziwej satysfakcji, że oto mamy wpływ na kształt naszego przyszłego mieszkania i miejsce jego lokalizacji.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Rozpoczynamy druk wspomnień prof. dr. hab. Mieczysława Inglota – znanego wrocławskiego uczonego,  mieszkańca i działacza Spółdzielni Mieszkaniowej „Cichy Kącik”. We wspomnieniach tych znajdziemy przekazaną przez bezpośredniego uczestnika prawdziwą historię organizowania się spółdzielczości mieszkaniowej i jej funkcjonowania we Wrocławiu, mocno osadzoną w ówczesnych realiach. Zachęcamy do lektury i podzielenia się z redakcją swoimi uwagami.

MOJE SPOTKANIA ZE SPÓŁDZIELCZOŚCIĄ
Zakładamy spółdzielnię
Mieczysław Inglot

26 maja 2007. Wybieram się na Walne Zgromadzenie Przedstawicieli Spółdzielni Mieszkaniowej „Cichy Kącik”. To moje ostatnie spółdzielcze spotkanie, bo w tym roku kończy się moja kadencja jako przedstawiciela. Więcej nie będę już kandydował. Pora ustąpić miejsca młodszym. Zbliża się też skłaniająca dodatkowo do wspomnień 50 rocznica naszej spółdzielni. Jest to tym samym dobry moment do refleksji na temat:

Jak się to zaczęło?

Czy istnieje piętno dziedzictwa? Spółdzielczość była domeną zainteresowań mojego ojca, prof. Stefana Inglota. Zajmował się nią w aspekcie naukowym i historycznym. W Krakowie, w roku 1946 utworzył Studium Spółdzielcze, oparte na założeniach spółdzielczości duńskiej. Ale komuniści nie tolerowali takiej formuły, importując wzory z zacofanej pod tym względem Rosji sowieckiej. W 1951 roku Studium zostało zamknięte i ojciec ograniczył się do działań badawczych. Czasem tylko brał udział w uroczystościach jubileuszowych polskich instytucji spółdzielczych, np. tych, które powstawały z inicjatywy Stanisława Staszica, czy też rocznic spółdzielni ogrodniczej Tymbark. Był też członkiem w dużej mierze fasadowej instytucji jaką była Naczelna Rada Spółdzielcza. Tam też zaprzyjaźnił się ze starym pepeesowcem, potem pezetpeerowcem, Stanisławem Szwalbe.

Kiedy w 1957 pojawiłem się we Wrocławiu na stałe, zaczęliśmy z żoną Hanią szukać mieszkania. Hania mieszkała przy ul. Wolbromskiej, w sporym, ale w połowie zrujnowanym pokoju, ogrzewanym przez piecyk typu „koza”, z sufitem podpieranym stemplami. Tam też zamieszkaliśmy po ślubie. Ale szukaliśmy większego mieszkania, składając bezskutecznie podania do kwaterunku*. Zawsze było jakieś „ale”: a to, że mamy zbyt duże dochody, albo, że nie mamy dzieci. Pierwszeństwo miały rodziny wielodzietne i mieszkańcy domów zagrożonych zawaleniem. Do Wrocławia przybyłem jako asystent i to z własnej woli (to znaczy bez przydziału pracy), a tym samym uczelnia nie mogła mi ze swojej strony zapewnić lokum. 

 Działało już wtedy we Wrocławiu parę spółdzielni mieszkaniowych, wyłanianych na ogół według kryteriów zawodowo-środowiskowych. Była np. spółdzielnia nauczycielska ”Świt” czy spółdzielnia pracowników żeglugi. Spółdzielnia „Cichy Kącik” skupiała m. in. pracowników szkół wyższych i do niej zapisałem się w 1958 roku. Wpisy przyjmował prezes Kohut, który z uśmiechem stwierdzał, że całe biuro trzyma w jednej teczce. Trzeba było mieć 30 tysięcy zł własnego wkładu. Ale można było ubiegać się o zniżkę do 50%. Była ona pokrywana ze specjalnego Funduszu Socjalnego dla Szkół Wyższych. Kiedy zgłosiłem się po nią, okazało się, że dyspozytor funduszu, Tadeusz Porębski (późniejszy, super partyjny profesor, a nawet członek Biura Politycznego) rozdysponował całą sumę dotacji miedzy swoich kolegów z Politechniki. Podniósł się szum, o dziwo, skuteczny, tak że dotację jednak otrzymałem.

Dostałem też 18 tysięcy zł z funduszu zakładowego związków zawodowych, na tzw. zagospodarowanie.

Dotąd mieszkania były przyznawane na zasadzie przydziału biura kwaterunkowego. Partia głosiła butne hasło, że każdemu obywatelowi należy się mieszkanie za darmo, a jedynym kryterium jego wielkości była ilość osób w rodzinie, oraz niezbędne potrzeby zawodowe (np. naukowcy, nauczyciele, mieli prawo do osobnego pokoju dla własnej pracy). W latach pięćdziesiątych liczba oczekujących na przydział kwaterunkowy zaczęła się jednak wydłużać, tym bardziej, że poza Warszawą budowało się bardzo mało. Kiedy przyszedł Październik 1956, utworzyła się możliwość uzyskania mieszkania na innej drodze. Mianowicie poprzez tworzone w tym celu

samorządne spółdzielnie.

Był to ewenement, gdyż partia drobiazgowo kontrolująca każdą dziedzinę życia, otworzyła – wąskie co prawda, ale jednak znaczące okno na świat samorządności*. Pamiętam uczucie prawdziwej satysfakcji, że oto mamy wpływ na kształt naszego przyszłego mieszkania i miejsce jego lokalizacji. 

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie jakie były źródła otwarcia się rządu na taką możliwość. W jakiejś mierze zaważyła atmosfera Października i różne formy reaktywacji ruchów samorządowych, jak słynne rady robotnicze. Sądzę, że rząd zakładał też, iż nie będzie to jakaś spółdzielczość masowa, a z drugiej strony, że tak zwane wkłady własne i spłaty kredytów, pozwolą na częściowo prywatne finansowanie budownictwa mieszkaniowego. 
 

Początkowo spółdzielnie były zakładane oddolnie, chociaż za pozwoleniem i aprobatą „październikowych” władz. Spotykało się ze sobą grono potencjalnych członków, określonych po latach mianem „członków założycieli”. I oni wybierali prezesa. Najczęściej wówczas tworzyły się spółdzielnie samoistnie grupujące pracowników różnych branż i związanych z nimi instytucji. Miało to swoje plusy. Ludzie na ogół znali się pośrednio lub bezpośrednio, a ponadto – już przez sam akt dokonywania świadomego wyboru – reprezentowali stosunkowo wysoki stopień świadomości społecznej, co miało znaczenie dla dbałości o spółdzielczy majątek. Sytuacja w której trzeba było dla uzyskania mieszkania dopłacać, eliminowała najgorszą kategorię ewentualnych członków, a mianowicie populistów, nastawionych na bezustanne roszczenia. Były to zatem instytucje tworzone przez ludzi na pewnym poziomie zawodowym.

I był też spokój, bo zdecydowana większość ludzi, przekonywana przez propagandę partyjną, wierzyła, że mieszkanie należy się ludziom za darmo. Kiedy rozmawiałem z osobami spoza środowiska na temat mojego akcesu do spółdzielni, wiele z nich pukało się w czoło. Uważali mnie za głupca płacącego duże pieniądze, za coś, co się mi przecież należało. Zamiast więc zwykłej w takich przypadkach populistycznej zazdrości (te „wykształciuchy” znów coś kręcą) spotykałem się tylko z kpiną i posądzeniem o głupotę oraz naiwność. 

Zostałem przyjęty do spółdzielni

i otrzymałem przydział* mieszkania w wielkim budynku przy placu PKWN, 10/12. Przydział uwzględniał uprawnienie do posiadania drugiego pokoju na pracę naukową. Przysługiwał mi wówczas wymiar M2 (w praktyce: duży pokój + kuchnia) ale moje uprawnienia, oraz uznanie prawa do osobnego pomieszczenia także dla żony (bo była pracownikiem naukowym innej dyscypliny) sprawił, że otrzymaliśmy trzy pokoje z kuchnią. Wprowadziłem się w styczniu 1961 roku, czyli po trzech latach od wstąpienia do spółdzielni
I od razu włączyłem się do tak zwanej działalności społecznej. Nie tylko kontynuując tradycje rodzinne. Jeszcze ważniejsze było dla mnie, że wreszcie można! Pamiętajmy, że spółdzielnie powstawały na gruzach stalinowskiego systemu, gdzie człowiek był skrupulatnie kontrolowany. A tutaj okazało się, że możemy się zrzeszać, ba, wybierać sobie prezesa, radę, zarząd. Sami, bez uwzględniania opinii partii. Podejmować decyzje, z nikim ich nie ich uzgadniając. Do pracy społecznej zgłaszali się ludzie podobnie myślący, bezinteresowni, cieszący się z tej cząstkowej, ale autentycznej wolności. Nie było u nas partyjnych karierowiczów, ani zmory naszych czasów – zawodowych roszczeniowców. Jedynym naszym celem, było urządzenie sobie miejsca zamieszkania na miarę swoich wyobrażeń. Wierzyliśmy, że to co osiągniemy, zależy tylko od nas.
Dalszy ciąg w następnym numerze Gazety Południowej

Przypisy od Redakcji, bezwzględnie konieczne dla Czytelników młodszych (poniżej 40 roku życie):

*kwaterunek – zwyczajowa nazwa urzędów zajmujących się przydziałami mieszkań, tych w remontowanych i budowanych od podstaw budynkach. W latach 40-tych i 50-tych tylko państwo budowało, odbudowywało i remontowało domy i mieszkania na Ziemiach Zachodnich i państwo było ich jedynym właścicielem i dysponentem. Mieszkania przydzielano praktycznie za darmo (nieraz trzeba było wpłacić nieznaczną kaucję) i według przyjętych administracyjnie kryteriów. W pierwszej kolejności otrzymywali mieszkania kwaterunkowe (dzisiaj zwane komunalnymi) ludzie uznani przez władze za niezbędnych dla miasta: a więc przedstawiciele władz, inżynierowie, naukowcy, artyści, milicjanci, wojskowi, wykwalifikowani robotnicy i oczywiście funkcjonariusze partyjni, którymi też – prawie bez wyjątku – byli wtedy również działacze administracji państwowej i miejskiej. Ostatnie mieszkania kwaterunkowe wybudowano we Wrocławiu pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy to państwo wycofało się z bezpośredniego budowania i rozdzielania mieszkań przekazując ten problem spółdzielniom. Pojęcie mieszkania kwaterunkowego, dawanego za darmo, to dzisiaj osobliwość w szczątkowej formie tzw. mieszkań socjalnych.

*samorządność – w ówczesnym rozumieniu, czyli po październikowym przełomie w 1956 roku, oznaczała głównie definitywny koniec przymusu w zrzeszaniu się w spółdzielnie. Ten przymus przede wszystkim dotyczył chłopów, którzy zmuszani byli do zakładania – wzorem radzieckich kołchozów – spółdzielni produkcyjnych i przekazywania do tych wspólnot własnej ziemi, sprzętu i zwierząt hodowlanych. Cierpieli również rzemieślnicy zmuszani do zakładania spółdzielni usługowych i produkcyjnych. Po 1956 roku z przymusu zrezygnowano i władza zadowoliła się głoszeniem tylko wszechstronnego wsparcia dla spółdzielczości. Między innymi spółdzielczości mieszkaniowej, która istniała już przed wojną. Wielu ludzi uwierzyło, że dobrowolnie zakładane spółdzielnie mieszkaniowe będą samodzielne i samorządne w przedwojennym i dzisiejszym rozumieniu. Czas pokazał, że byli zbytnimi optymistami…

*przydział –  dzisiaj, kiedy mieszkania się kupuje, jest to pojęcie nieznane. Tyle można mieć dzisiaj metrów kwadratowych, ile ma się pieniędzy. Wówczas pieniądze nie miały znaczenia: wpłacało się 10 procent wartości mieszkania (a cenę mieszkania praktycznie  ustalało państwo na zaniżonym poziomie) a na pokrycie tych 10 procent prawie każdy mógł otrzymać refundacje i bezzwrotne pożyczki z zakładu pracy, od związków zawodowych, stowarzyszeń twórczych itp. Każdy więc chciał mieć i było go stać na mieszkanie wieksze, możliwie największe (koszty eksploatacyjne też w znacznym stopniu refundowało państwo, więc późniejszy czynsz nie miał znaczenia). Dlatego też do spółdzielni przeniesiono praktycznie zasady rozdziału mieszkań kwaterunkowych. I wszystko było jak dawniej, jak opisano w pierwszym przypisie wyżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*