Nowości

MOJE SPOTKANIA ZE SPÓŁDZIELCZOŚCIĄ (2)

Na początku pełniłem funkcje gospodarza naszej klatki. I zajmowałem się najróżniejszymi codziennymi sprawami. Na przykład, naprzeciwko naszego budynku działał bar mleczny Wiking i klienci tego baru robili sobie z naszej klatki schodowej ubikację. Wystąpiłem zatem z inicjatywą wprowadzenia zamku na sygnalizację. Wszyscy mieszkańcy klatki poparli tę inicjatywę, oprócz jednej lokatorki, która oświadczyła, że „ten bogaty Żyd to sobie może pozwolić na taki zamek, ale ona nie”. Określenie „Żyd” – pojawiło się zapewne w związku z nazwiskiem

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

MOJE SPOTKANIA ZE SPÓŁDZIELCZOŚCIĄ

Ograniczana samorządność

Na początku pełniłem funkcje gospodarza naszej klatki. I zajmowałem się najróżniejszymi codziennymi sprawami. Na przykład, naprzeciwko naszego budynku działał bar mleczny Wiking i klienci tego baru robili sobie z naszej klatki schodowej ubikację. Wystąpiłem zatem z inicjatywą wprowadzenia zamku na sygnalizację. Wszyscy mieszkańcy klatki poparli tę inicjatywę, oprócz jednej lokatorki, która oświadczyła, że „ten bogaty Żyd to sobie może pozwolić na taki zamek, ale ona nie”. Określenie „Żyd” – pojawiło się zapewne w związku z nazwiskiem. Na opinię bogacza (w socjalizmie była to obelga) zasłużyłem sobie pewnie z uwagi na zatrudnianie niani do dziecka.

Przyjaźniliśmy się z mieszkającą w naszej klatce starszą samotną panią ze Lwowa. Tę panią znałem z Wydawnictwa Ossolineum. Ponadto w klatce schodowej mieszkała koleżanka żony z Instytutu. I jeszcze dwóch innych pracowników nauki. Byliśmy zatem jakby w swoim środowisku, wiedząc, że są to ludzie na poziomie. Wtedy poznałem inżyniera Alojzego Lisa, pracownika Politechniki, mieszkańca innej części naszego domostwa. Też gospodarza swojej klatki. A następnie uczynnego i sympatycznego technika, pracującego w administracji przy ul. Grabiszyńskiej, Ryszarda Dymarę.
Nie jestem w stanie określić momentu, w którym
awansowałem, i to wysoko,

o godności członka Zarządu. Zaznaczę, że wtedy nie było jeszcze osiedli i rad osiedlowych. Szczepin zaczynał się dopiero budować. Zarząd mieścił się na ulicy Młodych Techników. A prezesem był Mieczysław Chrzanowski, godnie wyglądający pan, dużo ode mnie starszy.

Mam dziwne szczęście do ludzi. W tym przypadku do wzorców osobowych. Chrzanowski, porucznik WP, uczestnik walk we Wrześniu 1939 roku, był w pełni tego słowa człowiekiem prawym. Nie należał do partii. Spółdzielnia była jeszcze jednostką stosukowo małą, ciągle samorządną, a tym samym nie podlegającą odgórnemu dyrygowaniu. Co nie oznaczało, że partia nie usiłowała ingerować w naszą działalność, po to aby załatwiać poza kolejnością mieszkania dla swoich. Chrzanowski z reguły odmawiał. Sam byłem świadkiem, jak odbierał telefon od… komitetu wojewódzkiego z takim żądaniem. Partyjni biurokraci z różnych komitetów traktowali państwo jak swój folwark i uważali, że mogą wszystko załatwić telefonem. Chrzanowski urwał rozmowę, żądając wystąpienia na piśmie. Te i inne poczynania, a także serdeczne podejście do członków zarządu (Pawlak, Lis) sprawiały, że oddychaliśmy duchem samorządności. Prezes, dużo od starszy, miał wspaniały stosunek do nas, młodych wówczas członków zarządu. Zwracał się do nas per „dzieci”. Słusznie, bo moglibyśmy być rzeczywiście jego dziećmi.

Potem partia zaczęła nam
ograniczać samodzielność.

W pewnym momencie okazało się, że spółdzielnie budują najwięcej. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało: na ile był to wynik oddolnej aktywności i samorządności, a na ile efekt powolnego wycofywania się komunistów z szumnych przyrzeczeń o darmowych mieszkaniach dla każdego i usiłowań, aby cześć kosztów mieszkania zaczęli ponosić przyszli mieszkańcy. Ale to wtedy narzucono nam listę miejską, na której znaleźli się wpisani poza nami fachowcy, niezbędni – zdaniem anonimowych decydentów – dla miasta i jego rozwoju, uprawnieni do otrzymywania mieszkań poza kolejnością. Na tych narzucanych spółdzielni listach byli także mieszkańcy z domów podlegających rozbiórkom czy remontowanych.

Mało tego, musieliśmy też uwzględniać różne inicjatywy partyjne. Partia postanowiła np. dać kilkadziesiąt mieszkań dla swojej młodzieżowej przybudówki. Kazano nam wydzielić odpowiedni teren, na którym zbudowano dla niej osobny blok. Rzecz w tym, że stało się to kosztem pasa zieleni. Naszą ambicją było bowiem zazielenianie jak największej ilości ziemi. Ale i tak mamy teraz zieleń, która cieszy nasze oczy. Byli też tacy entuzjaści, którzy zaczęli budować altanki pośród drzew. Niestety – panoszące się chuligaństwo udaremniło tę inicjatywę.

Z chwilą, gdy zmuszono nas do częściowej rezygnacji naszych samorządowych zasad pozyskiwania członków, poziom społecznej troski o zasoby mieszkaniowe
wyraźnie się obniżył.

Ludzie kierowani do nas spoza listy w większości nie czuli się naszymi członkami, spółdzielcami, i często traktowali swój lokal jak mieszkanie kwaterunkowe, nie udzielając się społecznie. Z natury rzeczy przestały też obowiązywać środowiskowo-zawodowe kryteria, które początkowo decydowały o doborze członków. Nie zagnieździł się wprawdzie u nas element w stylu wrocławskiego „trójkąta bermundzkiego”, ale grupy pijące publicznie piwo – jak najbardziej. Z drugiej jednak strony, wyjątkowo trwałym okazał się nurt samorządności. Ogólnie nie brakowało chętnych do pracy społecznej.

I znów to moje szczęście do ludzi. Chrzanowski był przedostatnim prezesem i dyrektorem spółdzielni wybranym samorządnie. Ostatnim zaś, jego zastępca, wcześnie zmarły inżynier Świecicki. Po nim pojawił się prezes delegowany przez władze („przyniesiony w teczce”)*, Mieczysław Sobczak. Okazał się bardzo dobrym prezesem. Życzliwym wobec członków, rozumiejącym potrzeby spółdzielni. Z drugiej strony musiał jednak niestety realizować polecenia władz, tyczące przyśpieszeń w przydziale mieszkań. Początkowo nie zagrzał on jednak u nas długo miejsca.

Pewnego dnia Eugeniusz Król, prezes wojewódzkiego związku spółdzielni mieszkaniowych wezwał do siebie dwóch członków Rady Spółdzielni, Mieczysława Huchlę, jej przewodniczącego i mnie jako wiceprzewodniczącego. Oświadczył nam, że na najbliższym zebraniu wyborczym Sobczak, oskarżony na chybcika za jakieś rzekome nadużycia, będzie musiał złożyć rezygnację, i że na jego miejsce musimy wybrać towarzysza Otrębę. Król nie bawił się w obwijanie w bawełnę. „Jesteście na etapie rozwoju, pozyskiwania nowych terenów. Otręba ma znakomite układy w Komitecie Wojewódzkim, bez niego nie dacie sobie rady. On przypilnuje aby dawano wam zarówno odpowiednie tereny jak i budulec”.

Był to były dyrektor MHD*, (Miejski Handel Detaliczny), instytucji właśnie zlikwidowanej. Towarzysz został chwilowo bez pracy i chodziło o zapewnienie mu wygodnej posady.

Zaczęliśmy ostro oponować, stwierdzając, że Rada i zarząd są zadowolone z pracy obecnego prezesa i dyrektora i że nie widzimy potrzeby zmian. Król wysuwał nowe argumenty, dyskwalifikując predyspozycje dotychczasowego prezesa. Dyskusja trwała kilkadziesiąt minut. I wtedy Królowi wyrwały się mimo woli następujące, pełne zdziwienia i żalu słowa: ”Ze mną sekretarz komitetu rozmawiał w tej sprawie pięć minut, a ja tu się z wami męczę prawie godzinę.”

Prezesa Sobczaka zmuszono do rezygnacji. Otręba wpakował się do jego gabinetu. Wtedy też zetknęliśmy się naocznie z zasadami funkcjonowania partii w przedsiębiorstwie. Otręba ignorował obowiązki dyrektora, a robotę dyrektorską musiał załatwiać za niego jego zastępca – Ryszard Dymara. Podstawową formą działalności Otręby było reprezentowanie nas na zewnątrz. Mówiąc prościej, był zwykłym, partyjnym leniem.

Udało się nam po dwóch latach usunąć Otrębę. Wiem, ze była to żmudna robota. Ważną role odegrali tutaj tacy działacze, jak Eugeniusz Kohut, nasz pierwszy prezes, czy Dratwa, działacz społeczny młodszego pokolenia a także nasz działacz Kazimierz Rodak, członek uczulony na wszelkie nieprawidłowości. Ważną role odegrał w tym zaprzyjaźniony z nami prezes WSM Jan Nowak. Tak czy inaczej – funkcję prezesa ponownie objął Sobczak.
Dalszy ciąg w następnym numerze Gazety Południowej

Przypisy od Redakcji, bezwzględnie konieczne dla Czytelników młodszych (poniżej 40 roku życie):

*”przyniesiony w teczce” – pojęcie z kategorii polityki kadrowej Polski Ludowej. To, co dzisiaj, w pięknym i sytym kapitalizmie nazywa się planowaną „ścieżką kariery” i „gospodarką zasobami ludzkimi”, której ważnymi elementami są wyspecjalizowane firmy human resources (HR), w czasach realnego socjalizmu nazywało się uczenie nomenklaturą. I właśnie realizację zasad nomenklatury opisywało ironiczne powiedzenie „przyniesiony w teczce”. Bo nawet w tych licznych przecież organizacjach, w których władze wybierano w tajnych głosowaniach, najwięcej głosów otrzymywał akurat ten kandydat, którego zgłosił i pozytywnie zebranym przedstawił gość honorowy wyborczego zebrania, przedstawiciel władzy. Żeby była pełna jasność: organizatorzy wyborczych zebrań (partyjnych, spółdzielczych, związkowych itp., nieważne) bynajmniej nie musieli kombinować z liczeniem głosów! W przygniatającej większości przypadków ludzie głosowali tak, jak proponował stół prezydialny. Dlaczego? – to pytanie do psychologów i socjologów.

Ale pewnie dlatego, że tak było najwygodniej, po prostu.

Uwaga pierwsza: w nomenklaturze było równie dużo uczciwych i prawdziwych fachowców, sprawnych organizatorów życia gospodarczego, kulturalnego, społecznego czy naukowego, jak partyjnych karierowiczów „ po wieczorowych kursach magisterskich”.
Po drugie: po likwidacji Polski Ludowej nomenklatura trzyma się i kwitnie w III RP. Po każdych wyborach i zmianie rządów następuje wymiana tysięcy „ich” dyrektorów, prezesów i przewodniczących na „naszych”.  Kryterium kompetencji u uczciwości w tych zmianach, wymianach i nominacjach jest, jak za komuny, wtórne wobec kryterium przynależności. Do właściwej nomenklatury.

*MHD, (Miejski Handel Detaliczny). MHD zlikwidowano w ramach wielkiej i pięknej reorganizacji, czyli centralizacji całego handlu. Powstały więc wtedy Wojewódzkie Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego (WPHW), którym powierzono handel wszystkimi towarami przemysłowymi w miastach (z wyjątkiem samochodów, które sprzedawał „Polmozbyt”). Jednocześnie całość handlu żywnością w miastach przejęły Wojewódzkie Spółdzielnie Spożywców „Społem” (WSS „Społem), które mogły też handlować artykułami przemysłowymi w swoich wybranych domach towarowych. Natomiast wioski i małe miasteczka zostały oddane pod handlową opiekę Wojewódzkim Związkom Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” (WZGS „SCh”), które prowadziły handel wszystkim – żywnością i towarami przemysłowymi, nawozami i trzodą chlewną.

Poza tymi gigantami monopolistami były jeszcze w wielkich aglomeracjach Domy Towarowe „Centrum” (we Wrocłwiu DT „Renoma”) i były sklepy „Peweksu”, w których kupowało się wódkę, dżinsy i inne pyszności oraz klocki „Lego” za dolary i marki.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*