NA ULICY…

Najtaniej we wszechświecie, wszystko po 5 zł, lombard, Żabka, chwilówki, alkohole i – co kilkaset metrów – apteka. Lokal do wynajęcia. Tu i ówdzie rozbłyskujące i gasnące kafejki oraz bistra z modnymi hamburgerami lub hummusem. Taki jest z reguły handlowo-usługowy krajobraz europejskiej stolicy kultury. Miasta, które – jak chcą autorzy nowo przyjętej w lutym br. Strategii Wrocław 2030 – ma być mądre, piękne i zasobne.

A tymczasem przy ulicach nie widać ani mądrości, ani piękna, ani zasobów. Jest smętnie, zwykle nieestetycznie i raczej, wydaje się, beznadziejnie.

A przecież może być, i było, we Wrocławiu inaczej. Jeszcze i w latach 90., nie wspominając o wielkim Wrocławiu przedwojennym, nasze handlowe ulice żyły, tętniły najróżniejszymi kolorami, rozmaitością branż i wigorem przedsiębiorczości. I w europejskich miastach ulice handlowe są w rozkwicie, są pełne życia i pieniędzy. W wielu miejscach najemcy ustawiają się w kolejkach, by mieć szansę otworzyć lokal, a aranżacje witryn nierzadko robią tak doskonałe wrażenie, że przewodniki turystyczne zalecają spacery choćby tylko dla pooglądania nowych ekspozycji. Czynsze w miejscach takich jak mediolańska via Montenapoleone, paryska Rue de la Paix czy lizbońska Baixa rosną co roku o 10% – 40%, bo lokale przy ulicach są coraz bardziej pożądane i chcą tam bywać klienci z coraz zasobniejszymi portfelami. A we Wrocławiu? Co się stało i co się dzieje z naszymi ulicami handlowymi?

Witryna na Ulicy w Mediolanie

Witryna na ulicy w Mediolanie

Ulica handlowa do życia potrzebuje przede wszystkim: ruchu pieszego o dużej intensywności i co najmniej przeciętnej zasobności poruszających się nią portfeli, wygodnego do niej dojazdu, przestrzeni handlowo-usługowych z porządnymi witrynami i, oczywiście, przedsiębiorców rozumiejących współczesną gospodarkę i post-nowoczesnego konsumenta. Ze wszystkimi tymi elementami mieliśmy we Wrocławiu problemy od wielu lat. I mamy je nadal.

Ludzie w ruchu – bez pieniędzy i zamiarów

W niektórych miejscach Wrocławia ruch pieszy jest wystarczający, by z powodzeniem prowadzić biznes oparty o przechodniów. Na przykład przez Świdnicką, Oławską i część Piłsudskiego w godzinę przechodzi przeciętnie co najmniej tysiąc osób, a w niektórych miejscach wielokrotnie więcej. Niestety są to albo konsumenci o niskich dochodach, albo osoby znajdujące się „w biegu” – do pracy, do tramwaju – albo turyści.

Oczywiście, każdą z tych grup potencjalnych konsumentów można obsłużyć, i to się we Wrocławiu dzieje. Dlatego, na przykład,  na śródmiejskich ulicach  – Szczytnickiej, Chrobrego, Kościuszki, Piłsudskiego, Traugutta czy Jedności Narodowej – mających świetny potencjał głównych ulic handlowych, widzimy głównie najtańsze sklepy, apteki oraz punkty udzielania chwilówek, kredytów, lombardy itp.

Witryna na ekskluzywnej ulicy Oławskiej

Witryna na ekskluzywnej ulicy Oławskiej

Dlatego też w okolicach najbardziej obleganych przez turystów, np. w Rynku i ul. Świdnickiej, kwitnie niemal wyłącznie gastronomia. Turysta może potrzebować drobnych zakupów spożywczych – stąd świetnie mają się tzw. convenience stores, czyli małe sklepy z najpotrzebniejszymi rzeczami pod ręką, do których zalicza się np. Żabka. Turyści na całym świecie potrzebują oczywiście oferty niegastronomicznej i chętnie robią zakupy np. modowe. Ale we Wrocławiu nie wykształciła się żadna unikatowa oferta handlowa – turyści nie są instruowani w przewodnikach, że warto rozważyć określone zakupy przy jakiejś wrocławskiej ulicy, co w niektórych miastach się zdarza.

Ci, którzy mają finansowe nadwyżki, nie wydają ich na ulicach, ale w, znajdujących się często nieopodal, galeriach handlowych. Tak robią zarówno ci „w biegu”, między jednym przystankiem a drugim, jak i ci, którzy przyszli do centrum na spacer, a mieszkają na dziwacznie rozlanych przedmieściach często w osiedlach zachwalanych jako „oazy”, „parki”, „ogrody”, „doliny” itp. No i oczywiście pracownicy biur. Dlaczego wydali pieniądze w galeriach, a nie na ulicach? Bo było wygodniej.

Galerie handlowe na całym świecie bez problemów współistnieją z tradycyjnymi formami handlu. Na nieszczęście ulic handlowych (i tradycyjnego handlu w ogóle) we Wrocławiu sprzęgły się w ostatnich dekadach trzy równoległe procesy.

Po pierwsze: pozwolenie na budowę w centrum miasta (np. Galeria Dominikańska, Pasaż Grunwaldzki) nowoczesnych, wielkogabarytowych obiektów handlowych, wraz z największymi sieciowymi markami, spowodowało szok cywilizacyjny i paraliż u nieprzygotowanych do walki z takimi konkurentami lokalnych przedsiębiorców.

Po drugie: rozlewanie się miasta na nieprzygotowane infrastrukturalnie przedmieścia, zmuszało mieszkańców do ciągłego poruszania się samochodem (bo brakowało komunikacji zbiorowej).

Po trzecie, związane z drugim: miasto nie było i nie jest w stanie udźwignąć rosnącego lawinowo ruchu samochodowego (mamy dziś więcej samochodów na mieszkańca niż Berlin czy Monachium!), więc zaczęło zniechęcać do przyjazdów własnymi samochodami do centrum, zamykając kolejne ulice dla ruchu, ograniczając możliwość poruszania się, reorganizując miejskie miejsca parkingowe itd.

Żadne z tych zjawisk osobno nie doprowadziłoby naszych ulic handlowych do stanu, jaki widzimy dziś. Ale ich kombinacja w jednym czasie – owszem. Jeśli bowiem istnieje zasadnicza, stała cecha wszystkich konsumentów świata – coś, co napędza każdego z nas – to jest nią dążenie do wygody i ograniczania wysiłku. Nowoczesne centra handlowe doskonale eksploatują to dążenie, a ulice handlowe do których dostęp komunikacyjny ograniczono, nie mają żadnych szans. Zwłaszcza, że najwygodniejsze i najtańsze (!) parkingi przy ulicach handlowych znajdują się we Wrocławiu właśnie wewnątrz galerii handlowych. Jeśli ktoś względnie zamożny zaparkuje samochód w galerii (a porusza się przecież samochodem, bo mieszka daleko od centrum), to po cóż miałby z niej wychodzić? W najlepszym razie na spacer. W moich badaniach ulicy Świdnickiej okazało się, że wrocławianie kojarzą ją głównie z funkcją rekreacyjną i towarzyską, bywają tam bardzo często, ale nie w handlowych celach.

Trzeba przy tym pamiętać, że wrocławska zamożność (wyższa od średniej krajowej) to z perspektywy europejskiej nawet nie przeciętność – w ostatnich latach wrocławianie dysponowali 2/3 przeciętnej europejskiej siły nabywczej. Z tego względu również  we Wrocławiu marki luksusowe są nieobecne. A to właśnie one są naturalnymi okupantami europejskich ulic handlowych. Armani, Hermes, Blahnik i Vuitton, Bulgari i Tag Heuer nie pragną być przecież w masowych z założenia centrach (galeriach) handlowych. W naszych warunkach „wysoką półkę” tworzą popularne na zachodzie marki sieciowe, które mają swoje korporacyjne wytyczne i szukają przestrzeni dobrze przygotowanych infrastrukturalnie, w nienagannym stanie budowlanym i z potencjałem BHP, przewidywalnie zarządzanych. Dlatego, między innymi, marki takie jak H&M, Zara, czy EMPiK wolały nowe galerie niż nieprzygotowane na nowoczesny handel ulice.

W dyskusjach o wrocławskim handlu wielokrotnie słyszałem silną krytykę władz miasta, sprowadzającą się do oskarżycielskiego pytania: jak można było dopuścić do lokalizacji tylu galerii handlowych w centrum miasta? Odpowiedź jest prosta, aczkolwiek nieoczywista. Część wrocławskich planistów przestrzeni na przełomie wieków kierowała się całkiem racjonalnym przekonaniem, że ulice handlowe będą żyły i rozwijały się wówczas, gdy na ich brzegach ulokujemy miejsca przyciągające konsumentów – tzw. atraktory ruchu, czasem zwane kotwicami. Wówczas ludzie, przemieszczający się masowo pomiędzy galeriami czy domami handlowymi, będą zwiedzać ulice handlowe i wydawać tam pieniądze niejako przy okazji, korzystając z uzupełniającej oferty handlowo-usługowej.

Ta skądinąd niegłupia koncepcja kształtowania urbanistycznego śródmieść to pomysł opublikowany w latach 70. przez jednego z najbardziej znanych teoretyków miast, architekta Christophera Alexandra, wykładowcę m.in. na Harvardzie i MIT. Jednak we Wrocławiu z wyżej opisanych przyczyn koncepcja ta się nie sprawdziła i na ulicach handlowych pozostały niemal wyłącznie te działalności, które z różnych powodów nie mieszczą się w galeriach i centrach handlowych. Czyli „wszystko po 5 złotych”, lombardy, i tak dalej. To dziwna, ale jednak oczekiwana teoretycznie prawidłowość.

Czy miasto może tej tendencji przeciwdziałać? Otóż wbrew potocznym przekonaniom i oczekiwaniom, w liberalnej gospodarce wolnorynkowej urzędnicy mają ograniczony wpływ na kształtowanie oferty handlowo-usługowej w mieście. Można zachęcać określonych inwestorów, promować całe miasto i jego poszczególne części jako atrakcyjne. Można pod wieloma względami wspierać sklepikarzy i operatorów usług. Można interweniować w układ ciągów pieszych, uspokajać ruch lub przeciwnie – promować ruch samochodowy i w ogóle skomunikowanie określonych części miasta z innymi. Ale już nie można prosto kontrolować podaży i jakości lokali użytkowych na wynajem.

To się zresztą w naszym mieście dzieje, choćby za pośrednictwem Biura Rozwoju Gospodarczego w Urzędzie Miasta, które prowadzi rozmaite programy związane z regeneracją tradycyjnego handlu. Na przykład ostatnio Wrocław bierze udział w międzynarodowym programie wymiany doświadczeń między europejskimi miastami URBACT między innymi po to, by dowiedzieć się, jak z problemem lokalnego handlu radzą sobie inne miasta. A radzą sobie różnie, bo przecież nie da się urzędowo kontrolować preferencji zakupowych konsumentów. Jeśli mieszkańcy pragną wydawać pieniądze w galeriach handlowych, to będą to robić, choćby te galerie były ulokowane wyłącznie na obrzeżach miasta. Jeśli chcą kupować ubrania z drugiej ręki, albo muszą zastawiać fanty w lombardach, to będą to robić. Jeśli natomiast ktoś wpadnie na świetny pomysł handlowy, a ludzie zechcą z niego korzystać – przykładem mogą być choćby Pan Pablo czy dom mody Agnieszki Światły przy ul. Piłsudskiego, albo klasyczna pączkarnia przy Świdnickiej – to biznes będzie działał choćby urząd sobie go wcześniej nawet nie wyobrażał.

W najnowszej strategii 2030 i najnowszych dokumentach planistycznych przyjęto nieostre zapisy o „specjalnych instrumentach zarządzania obszarami wybranymi ze względów ekonomicznych”, „zrównoważeniu rozmaitych form handlu detalicznego z zachowaniem jego zróżnicowania pod względem jakości oferty i poziomu cen”, wsparciu rozwoju sklepów osiedlowych oraz wdrożeniu działań, których celem jest ożywianie ulic handlowych. W nowych dokumentach miejscy stratedzy i planiści stwierdzili też wprost i konkretnie, że w zasadzie przyjmuje się za ukończone „kształtowanie się sieci wielkich galerii lub hipermarketów” oraz, że „wielkie centra handlowe i supermarkety powinny być powiązane z otoczeniem w taki sposób, aby pojawienie się ich klientów w przestrzeniach publicznych było szansą na ulokowanie się w pobliżu sklepów specjalistycznych”.

Takie zapisy cieszą, bo dają nadzieję, że włączanie handlu nowoczesnego w klasyczną tkankę miejską – z pożytkiem dla nas wszystkich – będzie przez miasto traktowane poważniej niż dotychczas.

Chcą też nasi stratedzy zapewnić atrakcyjną ofertę wspomagającą ulice handlowe – niewielkie obiekty kultury, miejsca do odpoczynku, wygodne trakty piesze, zadbaną zieleń publiczną, elementy małej architektury, starannie ukształtowaną nawierzchnię, powiązania z przystankami komunikacji zbiorowej oraz z siecią ciągów pieszych i rowerowych. Na koniec zapewniają, że miasto skoncentruje się na zapewnieniu czystości i estetyki.  I akurat to wszystko mogliby rzeczywiście zrobić dla dobra przedsiębiorców, nas wszystkich – konsumentów, oraz szeroko pojmowanej atrakcyjności naszego miasta.

 

 

Michał Dębek (Artykułów: 5)
Doktor psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, Zakładzie Psychologii Zarządzania. Zajmuje się badaniem relacji ludzi z przestrzeniami miast, handlu i usług, których codziennie doświadczają, a także studiami zachowań konsumenckich. Wykłada też w Wyższej Szkole Bankowej oraz na Politechnice Wrocławskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*