O publicznym wysłuchaniu

24 czerwca odbyło się w Warszawie tzw. wysłuchanie publiczne dotyczące planowanych zmian w ustawach spółdzielczych. Byłem tam i ja, a że przedziwne to było „wysłuchanie” – podzielę się z Państwem swoimi wrażeniami z tego wydarzenia.

gazeta newspaper do publicystyki fot. Jon S www.flickr.com/photos/62693815@N03/ // CC BY

24 czerwca odbyło się w Warszawie tzw. wysłuchanie publiczne dotyczące planowanych zmian w ustawach spółdzielczych, na które przybyło około 1300 spółdzielców z całej Polski. Byłem tam i ja, a że przedziwne to było „wysłuchanie”  –  podzielę się z Państwem swoimi wrażeniami z tego wydarzenia.

Najpierw trochę o organizacji. Po pierwsze, gdyby nie informacja Krajowej Rady Spółdzielczej i Związku Rewizyjnego, niewiele osób wiedziałoby w ogóle o tym wysłuchaniu publicznym – oczywiście, oprócz „swoich”, czyli osób związanych z panią poseł Lidią Staroń.

Po drugie, wysłuchanie wyznaczono na dzień pracujący i to na godzinę 9.00, mimo iż wiadomo, że pociągi do Warszawy przyjeżdżają między godz. 10.00 a 11.00.

Wreszcie, po trzecie, kiedy część uczestników przyjechała do Sejmu (wysłuchanie zaplanowano w Sali Kolumnowej), okazało się, że przeniesiono je do sali na Czerniakowie, przy ul. Bobrowieckiej. Co więcej, zawiadomienie o zmianie miejsca podano tylko w internecie, w momencie, gdy duża część uczestników była już w drodze do Warszawy.

Wypada mi na wstępie 

pochwalić panią poseł Staroń 

– za sprytną reżyserię tego „spektaklu”

Jest to przewrotność  z mojej strony, ale nie mogę o tym nie wspomnieć, bo miała ona wpływ na atmosferę całego tego widowiska. Co prawda tym razem zabrakło osób w pasiakach przypominających te oświęcimskie – symbolicznych „niewolników złych prezesów”, jakich niegdyś zaaranżowała specjalnie na potrzeby mediów – ale i tak bez spektaklu się nie obyło: swoich zwolenników zebrała bowiem w zwartą charakterystyczną grupę po lewej stronie prezydium  i po każdym wystąpieniu przedstawicieli spółdzielni, ośmielających się krytykować projekt ustawy autorstwa PO, owa grupa podnosiła do góry przygotowane wcześniej czerwone kartki i buczała. Oczywiście, gdy jakiś solista z ich grona występował, aplauz grupy był oczywisty. Ale tu pozostali uczestnicy nie dawali za wygraną. A że było zaproszonych ok. 1360 osób, ich gwizdy zagłuszały to buczenie.

Czy naprawdę tak powinno wyglądać poważne wysłuchanie publiczne, zorganizowane przez Nadzwyczajną Komisję Sejmową?

Po drugie – pani posłanka zastosowała chwyt bardzo nieelegancki (znów ta doskonała reżyseria). Po otwarciu posiedzenia komisji przez przewodniczącego Marka Gosa, który ze względu na wielką liczbę zgłoszeń ograniczył czas wystąpień do 3 minut (sic!), zapowiadając jednocześnie, że nie wyklucza zorganizowania drugiej części posiedzenia komisji za 3 tygodnie (ostatecznie wysłuchanie zakończyło się około godz. 19.00), pani posłanka Staroń  poprosiła natychmiast o głos i mówiła bez przerwy przez jakieś 20 minut (mimo iż miało to być wysłuchanie publiczne członków i przedstawicieli spółdzielni), stosując nawet metodę zastraszania osób zapisanych do głosu. Jak? Stwierdziła, że dostała oto zawiadomienia od różnych stowarzyszeń, obrońców praw członków i lokatorów, że kilkuset uczestników tego wysłuchania bierze w nim udział nieprawnie, bo nie mają właściwych pełnomocnictw od swoich spółdzielni oraz że sprawę tę skierowano już do prokuratury. Zarzuciła ponadto – jeszcze nie wiedząc co powiemy – że jesteśmy, my członkowie spółdzielni, szarą masą manipulowaną  przez partię /mafię prezesów, tj. przez Krajową Radę Spółdzielczą.

Po trzecie, wyraziła zdziwienie, że są przeciwnicy jej dążenia do „doprowadzenia do zgodności z Konstytucją przepisów spółdzielczych, aby członkowie nie czuli się obywatelami drugiej kategorii”, choć nikt z członków spółdzielni nie zabrał jeszcze głosu…

Tego było już za wiele nawet dla przewodniczącego komisji. Przerwał on wywody pani posłanki, zwracając uwagę, że tym razem członkowie komisji przyszli wysłuchać spółdzielców, a dyskusja w komisji  może odbyć się później. Poparł to stanowisko wiceprzewodniczący komisji, poseł Romuald Ajchler.

No i się zaczęło.

Jako pierwszy zabrał oczywiście głos zwolennik pani poseł Staroń – że „całym sercem jest za tą ustawą, bo ukróci bezwzględną władzę prezesów”.

Nie będę relacjonował wszystkich wystąpień spółdzielców, bo 90 proc. z nich  atakowało zaciętość, prywatę oraz łamanie Konstytucji przez panią poseł. Chociaż warto zacytować jedną z wypowiedzi, w której zwrócono uwagę, że „przestrzeganie Konstytucji jest powinnością każdego obywatela, ale dla posłów jest to (tu warto wykropkować ostre słowo)… obowiązek”. Hipokryzją pani poseł jest odwoływanie się do tego, że ustawa ma rzekomo zrównać prawa członków i doprowadzić do przestrzegania Konstytucji, gdy właśnie po raz kolejny forsuje ona przepisy uznane już przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodne z Konstytucją!

Wszystkie zarzuty wobec tej niefortunnej ustawy streszczono w stanowisku – proteście, podpisanym przez większość uczestników wysłuchania publicznego.

Osobiście zwróciłbym uwagę 

na następujące kwestie, 

ukazujące złą wolę pani poseł, która zresztą nie powinna się w ogóle zajmować ustawą spółdzielczą, bo brak jej obiektywizmu: załatwia wszak swoje prywatne porachunki z byłym prezesem SM Pojezierze w Olsztynie.

Ale do rzeczy.

Przecież 30 sierpnia 2011 r. niemal taka sama ustawa została odrzucona przez sejm (m.in. głosami PIS). Następny projekt, podpisany w 2012 roku przez 17 posłów, po wycofaniu poparcia przez 4 z nich – również wrzucono do kosza. Obecny projekt miał na początku poparcie 55 posłów, ale część z popierających go już się z tego wycofuje.

Perfidią jest stwierdzenie pani poseł i jej kilku zwolenników, że nie chodzi tu o likwidację spółdzielni, gdy jednocześnie niepostrzeżenie wpisuje się do projektu art. 37 w brzmieniu: „(…)3. Po ustanowieniu odrębnej własności pierwszego lokalu w określonej nieruchomości stosuje się przepisy ustawy z dnia 24 czerwca 1994 r. o własności lokali, niezależnie od pozostawania przez właścicieli lokali członkami spółdzielni” – co oznacza de facto ustawowe utworzenie wspólnoty w każdym budynku.

I co za tym idzie:

 Jest kłamstwem pani poseł (oświadczenie złożone pod projektem), że ustawa nie wiąże się ze stratami dla budżetu państwa, bo likwidacja majątku spółdzielni to przecież likwidacja opodatkowanych dochodów spółdzielni (CIT) i to znaczących w skali kraju, to także zwolnienie tysięcy pracowników, którzy zamiast zasilać ZUS i budżet państwa, pójdą na bezrobocie, żeby ten budżet uszczuplać.

 Jest kłamstwem pani poseł, że ustawa jest zgodna z Konstytucją, bo przecież nie jest, wszak znów narusza art. 31 i 32 Konstytucji – nieuzasadniona ingerencja we własność prywatną.

 Jest kłamstwem pani poseł, że większość członków spółdzielni chce wspólnot, bo obecnie przepisy na ich tworzenie pozwalają (projekty z pozostawieniem dotychczasowych zapisów w tym zakresie złożyły pozostałe kluby poselskie) i ta „większość” z pewnością by z tego skorzystała, gdyby tego chciała – a przecież nie korzysta.

 Jest niegodziwością, że próbuje się zniszczyć majątek wspólny członków, to jest pożytki z lokali użytkowych, które stabilizują opłaty za lokale oraz działalność domów kultury i klubów (w tym klubów seniorów) – bo któreż to wspólnoty mieszkaniowe taką działalność prowadzą?

 Jest kłamstwem (oświadczenie złożone pod projektem), że ustawa nie narusza prawa UE, bo przeciwnie – narusza ona art. 4 ust. 2 akapit 2 oraz art. 6 ust. 3, dyskryminując spółdzielczość w stosunku do innych podmiotów gospodarczych oraz narusza art. 11 ust. 1 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka poprzez ograniczenie swobody zrzeszania się i ograniczenie wolności obywatelskiej.

Te straty mogą być niewyobrażalnie wysokie w aspekcie społecznym… Niekompetencją i ignorancją jest lekceważenie tych strat  – skutków złej ustawy. Niekompetencją jest nieliczenie się z tym, że likwidowane spółdzielnie będą oddawać place zabaw, parki, chodniki i ulice – bo przecież wspólnoty takich terenów nie chcą (tylko we Wrocławiu za utrzymanie przyległych trawników do budynków miasto zapłaciło 2 mln zł!).

Najbardziej symptomatycznym z wystąpień zwolenników nowej ustawy było wystąpienie reprezentantki jakiegoś stowarzyszenia „obrońców członków” (takie stowarzyszenie mają założyć zaledwie 3 osoby), pani Wojciechowskiej z Łodzi. Stwierdziła ona, że: „my z panią posłanką rozumiemy, czego chcą członkowie, bo same jesteśmy członkami” – tyle że, co warto sprostować, pani poseł członkiem spółdzielni już nie jest, bo po tym,  jak załatwiła sobie przejęcie działki wraz z pawilonem handlowym, zrezygnowała z członkostwa – stało się jej już zbędne.

Ciekawe wreszcie, już na koniec, jest to, że o wysłuchanie publiczne – czyli wysłuchanie, co mają na ten temat do powiedzenia członkowie spółdzielni mieszkaniowych, a więc obywatele – wnioskowała nie Platforma z nazwy Obywatelska, ale Solidarna Polska.

I to by było na tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*