Nowości

Pan stworzenia

Mówią, że dopóki się możesz zdziwić – dopóty żyjesz. No to żyję, i to jak! Bo zdziwienie, właściwie osłupienie, wcisnęło mnie w fotel.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Kiedy byłem mały, z wypiekami na twarzy oglądałem w muzeum wypchane zwierzaki. W muzeum przyrodniczym stał przy wejściu i straszył dzieci wielki niedźwiedź; w dalszych salach zachwycały nas kuny, lisy, wilki, dziki, łanie i zające – wszystkie zwierzaki „jak żywe”, poustawiane przez preparatorów w wystudiowanych pozach; nad tą futrzaną zwierzyną  na fałszywych drzewkach i gałęziach siedziały dziesiątki wypchanego ptactwa: jastrząb wypatrywał ofiary, dumny orzeł wzbijał się do lotu, kruki patrzyły w dal, a sowy się mądrzyły. W sztucznych zaroślach czaiła się wypchana żmija i od razy było widać, czym różni się od niegroźnego wypchanego zaskrońca.
Miało się wybór: można było oglądać zwierzęta żywe w ZOO, ale daleko za kratami, albo też nieżywe – ale blisko – w muzeum. Jak się jest małym chłopcem w przedtelewizyjnej epoce, taki wybór jest cenny.

Mały byłem w latach pięćdziesiątych i do połowy sześćdziesiątych. Później już byłem w liceum i bardziej mnie interesowały dziewczyny niż wypchane ssaki, ptaki czy płazy; takie eksponaty wystawione w gabinecie przyrodniczym spełniały zresztą w naszych nastoletnich oczach raczej funkcje odróżniające gabinet przyrodniczy od gabinetu fizycznego, w którym czaiły się maszynerie do robienia błyskawic i modele silnika spalinowego, albo od wypełnionego mapami gabinetu geograficznego.

Bo też czas mojej licealnej edukacji – połowa lat sześćdziesiątych – to już ekspansja telewizji. Nowa epoka. Każdy mógł do woli oglądać – chociaż wtedy jeszcze bez kolorów – zwierzaki z całego świata. Żywe! Preparatorzy ze swoimi kolekcjami wypchanych orłów, odyńców, rysiów stawali się anachronizmem – jak kołodziej w roku 1905 lub szewc w 2005. Tym bardziej, że telewizji było coraz więcej, coraz bardziej kolorowej i na dodatek już od lat siedemdziesiątych mordowanie zwierząt dla ich futer czy potrzeby ich wypchania stało się niemodne.

Jakże więc zdziwiłem się czytając teraz w poważnej „Polityce” całe wielki tekst o preparatorach. Oni są! Oni nadal działają! I nie narzekają specjalnie na brak zamówień.

Mówią, że dopóki się możesz zdziwić – dopóty żyjesz. No to żyję, i to jak! Bo zdziwienie, właściwie osłupienie, wcisnęło mnie w fotel. Jakże to: helikopterami wozi się nosorożce z sawanny do lekarza, grizzly w Yellowstone ma ochronę lepszą od prezydenta Ameryki, sto milionów ludzi ogląda narodziny pandy w chińskim zoo i wymyśla misiowi imię, nawet operowe soprany nie odważą się już nosić prawdziwych futer, bo ochrona zwierząt i przyjaźń z nimi jest obecnie absolutnym obowiązkiem – a tu facet wypycha trocinami ubitą sarenkę, żeby pięknie wyglądała w salonie.
Profesja trwa, bo już nie celom edukacyjnym, jak przez stulecia, służy preparowanie zwierząt, ale ambicjom dzielnych łowców służy. Jest to twórcze rozwinięcie odwiecznej tradycji wieszania na ścianach łbów ubitych łosi i jeleni (wędkarze wieszają rozwarte paszcze szczupaków i sumów), pod którymi to łbami dzielni myśliwi lubili golnąć sobie starki i pogadać o swoim męstwie i łowieckich przewagach. Ten z kolei zwyczaj ucztowania pod głowami zamordowanych zwierząt wywodzi się z pradawnych czasów, kiedy to polowanie na dzikiego zwierza było zajęciem rzeczywiście niebezpiecznym i dla prawdziwych mężczyzn.

Otóż to. Kiedyś upolowanie choćby płowego zwierza na obiad wymagało nie lada sprytu, wytrwałości, przemyślności. Ubicie odyńca, wilka czy niedźwiedzia wiązało się z ryzykiem utraty życia i trzeba było odwagi i siły, aby pójść na takie łowy. Przeto mąż dzielny, który samodzielnie, a choćby samowtór, skłuł – bo polowało się z włócznia, dzidą i toporem – groźną dziką bestię, uważał powieszenie łba bestii u siebie w domu za słuszne i godziwe. Miał wisieć na dowód męstwa pana domu i jego sprawności. To było trofeum.
Tak było. Kiedyś. Bardzo, bardzo dawno temu.

Jeszcze w epoce samopałów, prymitywnych gwintówek, muszkietów można było, od biedy, mówić o emocjach i ryzyku polowania. Ale od dwóch stuleci o żadnej przygodzie mowy już nie ma. Od czasu, kiedy myśliwy ze sztucerem potrafił ubić 50 bizonów na jednym spacerze, na afrykańskich sawannach sahibowie otaczali się wałem kilkudziesięciu zamordowanych w jeden weekend lwów i słoni, a w Indiach lordowscy goście maharadżów zabijali dla sportu tuzin tygrysów w tydzień – jest już tylko rzeźnia. Jest realizacja jakichś ciemnych pradawnych instynktów odziedziczonych po półdzikich przodkach z jaskiń – którzy malowali na ścianach jaskiń swoje trofea, bo nie potrafili ich spreparować (a pewnie i nie chcieli, bo wszystko – od skóry do ostatniego ścięgna – służyło przetrwaniu, a nie przyjemności).

Nie bez powodu dzisiejsi herosi zrzeszeni w swoich kołach łowieckich mało mówią o „walce” z dziką przyrodą, o odwadze i sukcesach – ale o koniecznej selekcji i o tym, że jest jednak sport, bo z kałachem nie wypada…
Nadal jednak wypada powiesić sobie nad kominkiem łeb łosia, za którego odstrzał zapłacono dużą gotówkę, do którego doprowadził myśliwego leśniczy i którego zamordowano ze sztucera z noktowizorem.

To wszystko wiedziałem. Ale że się jeszcze dzisiaj te truchła wypycha i w całości stawia – nie wiedziałem. Że to jest przyjemność dla najbogatszych, tych gości z pierwszych stron gazet, najsławniejszych biznesmenów – nie miałem pojęcia. Bo to oni – top elita finansowa Polski, władcy korporacji, prezesi banków, twórcy globalnego świata – znajdują wytchnienie od trosk i ukojenie ambicji w afrykańskich łowach. Żeby się liczyć w towarzystwie – trzeba mieć Wielka Piątkę: lwa, bawołu, lamparta, nosorożca i słonia. Wypchane, spreparowane, upiększone i postawione w specjalnie dla nich wybudowanym pawilonie.
Podobno prawdziwym wyzwaniem, prawdziwym sukcesem jest mieć pięć Wielkich Piątek na koncie. I dwa krokodyle tworzące uroczy wjazd do garażu.
Pracy dla preparatorów nie zabraknie. Prędzej zwierzyny. Chyba że zoologiczne ogrody udostępnią myśliwym swoje zbiory….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*