Nowości

Przyrost

Nie ma dnia, żeby ktoś gdzieś nie rozpaczał nad tzw. „małą dzietnością” polskich małżeństw oraz konkubinatów, o samotnych matkach już nie wspominając. Są tacy, którzy twierdzą, że to globalny – może żydowski, może ruski, a może niemiecko-ruski – spisek w celu eksterminacji dzielnego naszego narodu; a są tacy, którzy w zmniejszającym się przyroście naturalnym widzą skutek nieudolności rządu.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Nie ma dnia, żeby ktoś gdzieś nie rozpaczał nad tzw. „małą dzietnością” polskich małżeństw oraz konkubinatów, o samotnych matkach już nie wspominając. Są tacy, którzy twierdzą, że to globalny – może żydowski, może ruski, a może niemiecko-ruski – spisek w celu eksterminacji dzielnego naszego narodu; a są tacy, którzy w zmniejszającym się przyroście naturalnym widzą skutek nieudolności rządu (tego, który akurat rządzi, kiedy nie rządzą ci drudzy). 

Teorią spiskową nie będę się zajmował, bo od tego są psychiatrzy i imć Macierewicz, poseł na Sejm RP i gwiazdor prawicowych mediów. Natomiast słów kilku na temat związku „dzietności” z polityką społeczną i gospodarczą sobie nie odmówię, albowiem masa bredni, jaką się na ten temat głosi, przekracza już masę krytyczną. A więc, krótko…

Po pierwsze. Czy rozumny człowiek może głosić proroctwa, że jak dzisiaj nie będziemy się rozmnażać, to w przyszłości nie będzie komu pracować na nasze emerytury? Przecież już dzisiaj nie ma pracy dla wchodzących w dorosłość kolejnych pokoleń. I tej pracy będzie coraz mniej – nie tylko w Polsce, ale wszędzie, bo w globalnym świecie miejsc pracy ubywa i ubywać będzie, bo zamiast ludzi pracują automaty. Ludne fabryki – to przeszłość! Świat miniony. Gdyby Polacy rozmnażali się na początku lat dziewięćdziesiątych tak, jak się rozmnażali na początku lat osiemdziesiątych – mielibyśmy teraz około miliona bezrobotnych młodych ludzi więcej. I tych bezrobotnych trzeba by jakoś utrzymać przy życiu – zasiłkami z budżetu.

Po drugie. To głębokie przemiany obyczajowe, właściwie rewolucja społeczna, sprawiają, że młodzi ludzie zadowalają się jednym, odważniejsi zaś dwojgiem dzieci. Nie ma wielopokoleniowych rodzin, w których dziadkowie zajmowali się wnukami, starsze dzieci młodszymi, a posłannictwem kobiety, jej życiowym spełnieniem i marzeniem, było być po prostu matką i żoną. Tego nie ma, a są aspiracje, żeby czerpać z życia pełnymi garściami, robić kariery, wyjeżdżać do ciepłych krajów. Dwa, trzy lata można sobie wyjąć z życia, aby radować się potomkiem. Ale nic więcej!

Po trzecie. Aspiracje dotyczą też dzieci. Jest taka moda, żeby zapewnić dziecku nie tylko rower, lego i sytość, ale też wykształcenie, wszechstronny rozwój – a to kosztuje. Jeśli dziecko ma sobie później poradzić w brutalnym globalnym świecie – trzeba w to dziecko inwestować olbrzymie pieniądze. I dlatego wielodzietne rodziny są dzisiaj rzadkością, nawet u zamożnych. Wielodzietność nadal istnieje w najuboższych, najmniej wykształconych grupach społecznych. I tam reprodukuje się bieda.

Po czwarte. Najwyższy przyrost naturalny w Europie notuje się w  krajach skandynawskich. Bo są to kraje bogate i łączące nowoczesny kapitalizm ze znienawidzonym u nas socjalizmem. Czyli – państwo zapewnia wszystkim – wszystkim! – dzieciom żłobki, przedszkola, fundusze na szkolne potrzeby (jeśli rodzice są ubodzy), opiekę lekarską i wszelką inną pomoc, o jakiej w Polsce się nawet nie śni rodzicom. 

W zamian państwo kontroluje rodziny, i to drastycznie, wkraczając w prywatność (na co w Polsce nie ma zgody Kościoła) oraz łupi swoich obywateli podatkami, nawet do 70 procent. Po prostu – państwo zajmuje się dziećmi urodzonymi, a nie zygotami, i są dzieci. Chociaż nawet w Szwecji, Dani i Norwegii jest ich znacznie mniej, niż bywało jeszcze 20 lat temu.

To tyle na temat dzietności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*