Sieroty po Ceausescu

Przypomnę, bo nie wszyscy wrocławianie o tym wiedzą, że na Karłowicach, a dokładnie na ogródkach działkowych w pobliżu Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, koczują od kilku lat rumuńscy Romowie.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Europejskie igrzyska w piłce kopanej dobiegły końca, więc teraz nastanie pora ocen i podsumowań. Jedni będą twierdzić, ze był to sukces organizacyjny i mają rację. Nigdy bowiem w naszym kraju nie udało się przeprowadzić tak sprawnie i bezpiecznie tak gigantycznej imprezy. Drudzy, że jest to katastrofa finansowa i mord na finansach miast, w których rozgrywano mecze i też mają rację. No bo faktycznie kredyty zaciągnięte na budowę stadionów będą spłacać nawet nasze prawnuki, chyba że zostaną wynajęte azjatyckim biznesmenom na centra handlowe.

 Jeszcze inni podkreślają, że wreszcie naszym służbom porządkowym udało się wygrać walkę z kibolami, więc warto przenieść te doświadczenia na ligową codzienność. We Wrocławiu zaś służby porządkowe mogą pochwalić się jeszcze jednym sukcesem. Otóż na czas Euro udało im się „wyeliminować” z ulic i „stref kibica” rumuńskich żebraków. Chodziło bowiem o to, aby ci nędznicy nie mącili fanatykom futbolu radości dopingowania piłkarzy oraz spożywania napojów alkoholowych i zakąsek.

Przypomnę, bo nie wszyscy wrocławianie o tym wiedzą, że na Karłowicach, a dokładnie na ogródkach działkowych w pobliżu Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, koczują od kilku lat rumuńscy Romowie. Żyją w szałasach skleconych z surowców wtórnych, nie mają dostępu do bieżącej wody, potrzeby fizjologiczne załatwiają w okolicznych krzakach, a ich dzieci nie uczą się w szkołach. Utrzymują się z żebraniny na ulicach miasta, darów Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej oraz wsparcia organizacji pozarządowych. Ostatnio powiatowy Sanepid zlokalizował w koczowisku ognisko groźnej choroby zakaźnej – odry. Opublikował nawet komunikat ostrzegający ludzi przed kontaktami z Romami z koczowiska, jeżeli nie chcą zachorować. 

Ciekawe, że do tej pory nie pojawił się we Wrocławiu ani jeden dyplomata rumuński. Rżną głupa, że to nie są ich obywatele, tylko jacyś bezpaństwowcy, jakieś sieroty po Ceausescu, które nie wiadomo dlaczego posługują się rumuńskimi paszportami.

Koczowiskiem nie zainteresowali się też polscy Romowie, zazwyczaj tak czuli na jakikolwiek przejaw cygańskiej dyskryminacji. Czyżby z Rumunii dotarł do nas jakiś gorszy gatunek Romów, którym Rom z Polski nie podaje ręki i nie ratuje w potrzebie? Jeżeli już nie chcą wspierać swoich pobratymców materialnie, to może zaprowadzą ich na Cmentarz Osobowicki, aby pochwalić się grobowcami swoich królów i ich rodzin i tym samym zachęcić ich do solidnej i codziennej pracy? 

– Nie można przerzucać całej odpowiedzialności tylko na nas. Według nas to właśnie służby państwowe powinny być inicjatorami rozwiązania tego problemu – twierdzi magistracki rzecznik prasowy Paweł Czuma i już ma czyściutkie sumienie. Bo wiadomo, że władze samorządowe są od lodów, a państwo od wafelków.

– To jest bardzo skomplikowana kwestia. Działania integrujące tę społeczność są na razie bardzo nieskuteczne, ponieważ środowisko jest niesłychanie trudne. Romowie swój sposób życia uważają za najważniejszy i wykazują małe zainteresowanie przystosowaniem do życia w naszym społeczeństwie – stwierdza Jarosław Perduta, rzecznik prasowy Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Rzecznik podkreśla też, że ze względu na problemy prawne, obecnie nie ma podstaw do likwidacji koczowiska, a problem Romów występuje w wielu krajach europejskich i nikt sobie z tym nie radzi.  

Póki co bezradne władze państwowe i samorządowe powinny zmusić rumuńskich dyplomatów i królów polskich Romów do wydania oświadczenia w sprawie koczowników. Uchroni nas to przed kolejnymi pomówieniami o rasizm, niegościnność i prześladowanie nieproszonych gości, co może zaszkodzić wizerunkowi miasta jako Europejskiej Stolicy Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*