Supermarket z książkami?

Nie wiadomo, ile jeszcze małych bibliotek zniknie w naszym mieście

Biblioteka Grafit, fot. Maciej Lulko Biblioteka Grafit, fot. Maciej Lulko

Od 2000 roku obserwujemy we Wrocławiu proces znikania lokalnych bibliotek. Miejska Biblioteka Publiczna miała sześćdziesiąt siedem filii, teraz pozostało ich trzydzieści osiem. Przemiany polegają głównie na łączeniu małych bibliotek w jedną wielką. Proces ten wzbudza kontrowersje, bo trudno jednoznacznie określić, co jest lepsze dla mieszkańców.  

 

Ostatnio w śródmieściu zamknięto cztery filie: przy ulicy Wyszyńskiego, Żeromskiego, Roosevelta i placu Staszica, a ich zbiory zostały połączone i przeniesione do nowoczesnej biblioteki w Hali Grafit, przy ulicy Namysłowskiej. Grafit to budynek Centrum Biznesu, zbudowany pierwotnie dla kupców, którzy jednak – ze względu na usytuowanie budynku – nie chcieli wynająć tu stoisk. Analiza marketingowa, przeprowadzona na zlecenie właściciela budynku, spółki Wrocławskie Mieszkania, wykazała, że biblioteka publiczna usytuowana w obiekcie mogłaby przyciągnąć przedsiębiorców. I tak w Graficie zagościła biblioteka.

Mieści się na parterze, ma 600 m2 powierzchni i 8,5 metra wysokości. Jej przestrzeń to jedna wielka hala wraz z wyróżnionym na środku miejscem dla dzieci oraz ciekawą trybuną, zbudowaną ze schodów, na której mogą zasiadać czytelnicy.

– Pracując nad projektem obserwowaliśmy inne biblioteki i odnieśliśmy wrażenie, że częściej spełniają one funkcje magazynów książek niż miejsc, w których można z nich skorzystać. Chcieliśmy odwrócić proporcje i zostawić jak najwięcej miejsca dla użytkownika – tłumaczy Sandra Piasek z grupy projektowej 2MPS, jedna z projektantek biblioteki w Hali Grafit.

W bibliotece jest 35 tysięcy książek i 8 tysięcy multimediów.

– Niby sympatycznie, ale czegoś tu brakuje. W starej filii na Roosevelta była oddzielna, bardzo przytulna sala dla dzieci, tutaj wszystko jest razem– mówi Justyna Paluch, bibliotekarka i mama dwójki dzieci.

– W zlikwidowanej filii przy Wyszyńskiego była pracownia komputerowa, z ufundowanymi przez firmę UPC komputerami, były też kursy komputerowe dla seniorów. Odbywały się tam cykliczne spotkania Towarzystwa Genealogicznego, działał Dyskusyjny Klub Książki. Kilka razy prowadziłam tam kameralne warsztaty z kolażu i robienia kartek świątecznych – opowiada Irena Brojek, emerytowana bibliotekarka.  I dodaje:  – Dla mnie molochy biblioteczne nie mają duszy, nie ma tu czasu i atmosfery na nawiązanie bliższej relacji czytelnik -bibliotekarz. A przecież książka to nie kiełbasa, którą się bierze i jak najszybciej idzie do domu.

 Większość pomysłów na zmiany nie jest konsultowana z mieszkańcami, ponieważ, jak twierdzi dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej, byłoby to kłopotliwe.

Mieszkańcy muszą więc dostosować się do gotowego rozwiązania.

Dyrektor Andrzej Ociepa zapewnia jednak, że większe biblioteki, powstające z mniejszych filii, sytuowane są w miejscach dogodnych dla mieszkańców:

– Staramy się, aby nie odbiegały znacznie odległością od starych filii – mówi. I zaraz zastrzega: – Wbrew temu, co mówią niektórzy, zależy nam przede wszystkim na wzroście czytelnictwa. Na podstawie naszych dotychczasowych doświadczeń tam, gdzie połączyliśmy kilka filii, nastąpił znaczący wzrost czytelnictwa. Tak stało się w bibliotece przy Reja czy na Grabiszyńskiej, gdzie liczba korzystających wzrosła o ponad 100 proc.

Rzecz jednak w tym, że biblioteka przy Reja została połączona – jak zresztą kilka innych w mieście – z biblioteką szkolną, a konkretnie z biblioteką gimnazjum nr 13. Korzystają więc z niej zarówno uczniowie, jak i czytelnicy miejskiej biblioteki. Czy nie w tym tkwi zatem tajemnica „przyrostu czytelnictwa”?

W bibliotece na ulicy Szewskiej z kolei, pomimo ciasnego lokalu, książki wypożycza dziennie ponad pięćset osób, a samych odwiedzających jest znacznie więcej. To jedna z ulubionych bibliotek wrocławian. Księgozbiór liczy 65 tysiecy książek oraz kilkaset multimediów, głównie z dziedziny turystyki, bo taki profil biblioteka również posiada. Nierzadko można tu dostać białe kruki:

– Dbamy o naszych czytelników. Są osoby, które przychodzą do nas codziennie, a czasami nawet śpią nad książkami – uśmiecha się Maryla Błażewska, kierownik biblioteki.

W 2013 roku bibliotece groziła likwidacja, gdyż Wojskowa Agencja Mieszkaniowa, która w połowie jest właścicielem lokalu, zgłosiła swoje roszczenia wobec tego miejsca i narzuciła komercyjne marże za wynajem. Sprawa do dziś pozostaje w zawieszeniu.

Nowoczesne biblioteki, przestrzenne, wielofunkcyjne, kolorowe wydają się bardziej podobać młodym.  Dlaczego więc szkoda małych bibliotek?  

Ponieważ od zawsze budowały tożsamość dzielnicy i stanowiły małe lokalne przystanie kultury:

– Każda biblioteka miała swój własny, osobny charakter. To miejsce wyciszenia i spokoju, azyl od zgiełku, miejsce pracy i nauki.  Teraz wszystkie biblioteki stają się podobne – zauważa Justyna Paluch.

A Dorota Literska, kierownik niewielkiej biblioteki przy ulicy Strachocińskiej, przypomina, że biblioteka może też pełnić funkcję terapeutyczną:

– Ludzie często mówią o swoich trudnych sprawach. Można na to zareagować odpowiednio dobraną literaturą. W małych filiach czytelnik nie jest anonimowy, a bibliotekarz pamięta preferencje czytelnika i każdego obsługuje indywidualnie.

W dużych molochach nie zawsze jest to możliwe. Zdarza się, że  bibliotekarz  siedzi za biurkiem i przerzuca książki jak na kasie w markecie.

Starsi ludzie nie zawsze nadążają za tempem zmian.

– Mam 94 lata i jechać gdzieś dalej do biblioteki to już byłby dla mnie wysiłek – mówi stała czytelniczka filii z ulicy Szewskiej.

Ale nowe trendy są nieubłagane. Z badań MBP wynika, że we Wrocławiu jest 125 tysięcy czytelników: młodzi do 24 roku życia stanowią połowę z nich, zaś seniorzy tylko 11, 8 proc.

– Pewnie niestety w skutek zmian stracimy jakąś liczbę czytelników, ale korzyścią jest, że zyskamy znaczniej więcej nowych. Ma to istotne znaczenie gdy myślimy o przyszłości bibliotek i czytelnictwa we Wrocławiu  – podkreśla Ociepa.

Nie wiadomo, ile jeszcze małych bibliotek zniknie w naszym mieście. W marcu Rada Miasta przyjęła uchwałę, w której formalnie zatwierdzono zlikwidowanie czternastu.

Niektóre z nich znalazły już inne miejsce. Na przykład zbiory z ulicy Jerzmanowskiej dostępne są teraz w tamtejszej parafii. Zniknęła jednak jedyna biblioteka na osiedlu Zakrzów, pomimo, że mieszkańcy sprzeciwiali się temu pomysłowi. Dla całego Zawidawia, na gruzach dawnego kina Fama, na Psim Polu powstanie Centrum Kultury połączone z  biblioteką, która wchłonie filie z ulicy Sycowskiej i Inflanckiej. To inwestycja w ramach Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

– Te zmiany nie mają na względzie szukania oszczędności, bo utrzymanie dużej biblioteki jest bardziej kosztowne  niż małej. Ich celem jest zwiększanie czytelnictwa poprzez dodatkowe funkcje bibliotek – twierdzi Ociepa. – Jeśli nazbierają się jakieś oszczędności, to zostaną przeznaczone na poszerzenie oferty w nowych bibliotekach, czyli na spotkania literackie, warsztaty dla dzieci i dla seniorów. – I dodaje:  – Nigdzie na świecie nie zbudowano nowej sieci bibliotecznej zachowując jednocześnie stare struktury.

– Teraz biblioteki na świecie zaczynają spełniać funkcję miejskiego salonu – zauważa Piotr Michalski z grupy projektowej 2MPS, jeden z projektantów biblioteki Grafit. – Często są to przestrzenie wielofunkcyjne do mobilnej aranżacji.

Czy utrzymywanie małych bibliotek nie ma zatem sensu w czasach globalizacji? Ale przecież to właśnie one są często schronieniem dla wielu zwykłych mieszkańców dzielnicy, szczególnie tych starszych i samotnych.

Według opinii wrocławian w mieście wciąż brakuje miejsc spotkań. Mieszkańcy zauważają, że funkcje te spełniają dziś głównie galerie handlowe. To one wyznaczają nowy trend, wypierając kameralne miejsca i sprowadzając wszystko do wielkoformatowych powierzchni.

Pozostaje pytanie, czy świątynie książek odchodzą do lamusa, bo tak chcemy, czy może dlatego, że nikt nie daje nam szansy na inne rozwiązania?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*