Umowa

 

Znajomy hydraulik, człek obyty nie tylko z mufami i zaworami, z ducha i fryzury silnie konserwatywny (preferuje w pracy pakuły a nie wymyślne taśmy uszczelniające), kiedy tylko znajdziemy się w Rynku i w Żaku łyknie tradycyjnego Urquella z pilzneńskiego zdroju, staje się człowiekiem głębokiej refleksji. Jak to hydraulicy.

– Nie rozumiem, o co ta cała awantura – rzekł, zamawiając kolejny kufel i prowokacyjnie mrugając do pani magister. – Jest dla mnie oczywiste, że pan prezydent może sobie ułaskawić kogo chce i kiedy chce. Co za różnica, czy ułaskawia wstępnie skazanego czy skazanego prawomocnie? To już jest czysta kazuistyka, dzielenie włosa na czworo, szukanie dziury w całym. Chodziło przecież o to, żeby pan Kamiński został ministrem, co zostało postanowione, odgórnie nakazane i w związku z tym przez prezydenta zrealizowane. Szkoda było czekać na koniec procesu.

– Ale konstytucja, konstytucja – zawołała pani magister  –  jakże tak łamać konstytucję! Pan jesteś jak, jak, jak…

– Jak połowa naszego społeczeństwa – zaśmiał się hydraulik. – Połowie to wisi i zgrzewa, a szczególnie tym młodym, którzy jeszcze nie wstąpili do jakieś ONR czy innej broniącej białej rasy i zwalczającej lewaków patriotycznej organizacji. Bo ci akurat, a jest ich armia cała, uważają – interpretując Tomasza Hobbesa, chociaż go nie czytali – że gwarantem spokoju jest umowa społeczna dająca zawsze rację władzy. Jedna trzecia społeczeństwa bezapelacyjnie wspiera rząd i prezydenta, słusznie zresztą nie widząc żadnej różnicy, a tylko kilkanaście procent tak zwanych wyborców podziela pani oburzenie.

Pani magister, jako że jest kobietą wrażliwą i pryncypialną, łzy stanęły w oczach. „Jakże to tak – mruczała grzebiąc słomką w kawie po irlandzku – jakże można być tak cynicznym, tak podłym, żeby mieć za nic opinię największych autorytetów, zrezygnować z rządów prawa”. Wzięła mnie za rękę, spojrzała przez łzy rozpaczy i jęknęła: „Pomóż pan, na Boga, powiedz coś temu troglodycie…”

Cóż jednak miałem powiedzieć? Akurat przez hydraulika, chociaż to ochlaptus, przemawia vox populi, czyli – co w dzisiejszej Polsce decydujące – vox Dei. A vox populi, ów lud pracujący miast i wsi oraz tego ludu dzieci i wnuki, w przygniatającej większości nie pojmuje istoty prawniczego sporu o Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, konstytucję, Monteskiusza i takie tam różne ustrojowe imponderabilia. Co więcej, statystyczna garstka – może kilkanaście procent – w ogóle wie, że takie spory się toczą! Może tysiąc profesorów i cały skład Sądu Najwyższego plus wszystkie europejskie autorytety mówić, że łamane jest prawo, a to będzie dokładnie tak samo ważne, jak opinia pani Mazurek i pana ministra Ziobro. Którzy zaręczą, że prawo łamane nie jest. Dla suwerena opinie te są równoważne, tylko trzeba sobie wybrać.

– Bo czymże, tak mówiąc między nami, jest konstytucja – pocieszał panią magister hydraulik – jeśli nie opcją wyboru. Przypominam, że Stalin napisał najpiękniejszą w ówczesnej Europie konstytucję, gwarantującą niesłychane wolności i prawa obywatelskie, do bólu demokratyczną. Ale Stalin, będąc tyranem, zbrodniarzem i jawnym kłamcą, mógł spokojnie omijać w praktyce rządzenia tę swoją konstytucję. A nasz prezydent, demokrata i prawnik, nie chce łamać konstytucji. Dlatego uczciwie mówi, że chce żeby szybko uchwalić konstytucję nową, której łamać nie będzie musiał. I taką uchwalą.

– A ludzie nie widzą związku między  podporządkowaniem  rządowi sądów, prokuratur, służb tajnych wszelakich oraz mediów a, na przykład, bezpieczeństwem swoich dzieci na komendach policyjnych? – zapytała podstępnie pani magister.

– Zobaczą – odpowiedział hydraulik i zawołał o następne piwo – ale nie o tym przecież rozmawiamy…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*