Nowości

Widzę ciemność

Eksperci są zgodni, za osiem lat wystąpi w Polsce deficyt energii elektrycznej. Co robi rząd? Odrzuca dokument „Polityka energetyczna Polski do 2025 roku” przyjęty przez Radę Ministrów w 2004 roku za rządów SLD i opracowuje swoje „Założenia polityki energetycznej”, które nie trafiły jeszcze nawet pod obrady całego rządu.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Eksperci są zgodni, za osiem lat wystąpi w Polsce deficyt energii elektrycznej. Co robi rząd? Odrzuca dokument „Polityka energetyczna Polski do 2025 roku” przyjęty przez Radę Ministrów w 2004 roku za rządów SLD i opracowuje swoje „Założenia polityki energetycznej”, które nie trafiły jeszcze nawet pod obrady całego rządu. Czy czeka nas powtórka z tych okresów w PRL, kiedy to obowiązywał 20 stopień zasilania?

Wicepremier Waldemar Pawlak oświadczył publicznie, że energetyka jądrowa to nie jest remedium na nasze bolączki, zaś technologie węglowe są bezpieczniejsze od jądrowych. Gdyby pan premier zajrzał do opracowań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, które przecież nie są tajne, to uniknąłby kompromitacji. Otóż na świecie od 1970 roku najwięcej ciężkich awarii było właśnie w elektrowniach opalanych węglem kamiennym i brunatnym. Dokładnie 1225 i zginęło w nich ponad 25 tysięcy osób. Dla porównania, w elektrowniach spalających ropę było 401 awarii (zginęło 20 tysięcy osób), w elektrowniach gazowych – 126 awarii (zginęło 2 tysiące ludzi), w elektrowniach wodnych – 12 (zginęło 200 osób), a w elektrowniach atomowych – jedna awaria w Czarnobylu (zginęło 34 osoby).

Zawodowi ekolodzy twierdzą,
 że ratunku trzeba szukać w pozyskiwaniu tzw. zielonej energii, a więc budując wiatraki, kolektory słoneczne i hydroelektrownie.
Zacznijmy od wiatraków. Dr Maciej Charkiewicz z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, twórca mini siłowni wiatrowej podaje do publicznej wiadomości, że w Europie blisko 75 procent energii elektrycznej uzyskuje się z wiatru. Jeżeli dziennikarz „Gazety Wyborczej” wiernie przytoczył słowa wynalazcy i nie zgubił przecinka, to pan doktor opowiada dyrdymały. W Danii, która ma 5000 wiatraków, wytwarzają one tylko 7% energii elektrycznej. Podobnie ma się rzecz z innymi krajami, w których wieją silne wiatry, czyli co najmniej 20 kilometrów na godzinę. U nas na taki dar przyrody można liczyć tylko w niektórych regionach kraju. Poza tym należy pamiętać, że przy wiatrach wiejących z prędkością powyżej 90 kilometrów na godzinę, elektrownie wiatrowe są wyłączane z uwagi na możliwość awarii generatorów. Są i jeszcze inne skutki uboczne funkcjonowania elektrowni wiatrowych.

– Wiatraki są najdroższym odnawialnym źródłem energii, a ich wysoka cena bierze się z uzależnienia od wiatru – twierdzi profesor Adam Janiak z Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. – Aby zapewnić stały dopływ prądu odbiorcom, równolegle muszą działać więc również zwykłe elektrownie. Poza tym wielkie turbiny emitują dźwięki nie tylko słyszalne dla ucha, ale również infradźwięki – poniżej 20 Hz – które mogą wywoływać niepokój, depresję i zakłócenia snu. Wiatraki powodują też wahania napięcia elektrycznego i w konsekwencji migotanie światła, a ono nawet niewidoczne dla oka, może wpaść w rezonans z falami alfa mózgu i wywołać tzw. efekt choroby epileptycznej, czyli padaczki.

Poza tym, dlaczego ekolodzy udają, że nie wiedzą o tym, że wiatraki zabijają przelatujące ptaki? Przecież między innymi dlatego Holendrzy swoje farmy wiatrowe wznoszą na Morzu Północnym, w dużym oddaleniu od plaż. Dlaczego ekolodzy nie przyjmują do wiadomości, że na zachodzie Europy ludzie protestują przeciwko budowie nowych elektrowni wiatrowych, a co bogatsi uciekają z tych „super ekologicznych” regionów?

Zawodowi ekolodzy proponują,
aby wreszcie zabrać się w naszym kraju do budowy hydroelektrowni. Nie wiem, co w tym przypadku bardziej podziwiać, ich tupet czy bezczelność. Przecież od przeszło dziesięciu lat nie jest możliwe rozpoczęcie budowy elektrowni wodnej na Wiśle poniżej Włocławka, gdyż blokowana jest przez różne ruchy ekologiczne. Ci sami aktywiści bardzo skutecznie blokowali też budowę zbiornika na Dunajcu i ukończenie elektrowni w Czorsztynie. Na szczęście zbiornik udało się oddać do użytku w 1997 roku, czyli przed wielką powodzią i tym samym ograniczyć jej skutki. Co więcej, od tego czasu skończyły się powodzie w dorzeczu Dunajca, o czym kiedyś, co roku na wiosnę donosiły środki masowego przekazu.

Jakie są nasze rzeki, każdy to widzi. Najmocniejsza elektrownia wodna we Włocławku osiąga 160 MW. Eksperci wyliczają, że podobnych elektrowni potrzeba zbudować co najmniej 60, aby nie obawiać się kryzysu energetycznego. Gdyby nawet udało się spacyfikować ekologów, to po pierwsze nasz kraj nie stać na pokrycie kosztów budowy tylu zapór i zbiorników, a po drugie po prostu nie ma gdzie ich budować.

Inną sprawą jest reaktywowanie małych elektrowni wodnych, które funkcjonowały kiedyś na niewielkich rzeczkach i zaopatrywały w energię elektryczną okoliczne miejscowości. Zlikwidowano je w dobie zachłyśnięcia się Turowem, Koninem, czy Bełchatowem. Teraz, w czasie ciągłych awarii linii przesyłowych, może samorządy pokuszą się o ich uruchomienie?
O elektrowniach słonecznych zawodowi ekolodzy opowiadają tylko od czasu do czasu, bo jaka jest liczba dni słonecznych w naszym kraju, każdy to widzi i nie da się na nie nabrać. Wprawdzie niektóre gospodarstwa rolne, czy co bogatsi właściciele domków jednorodzinnych decydują się na kupno baterii słonecznych, ale ich instalacja jest bardzo kosztowna, zaś amortyzacja tak długa, że wręcz niepoliczalna.

Nie należy obrażać się na Boga
że nasz kraj obdarował węglem – przekonują specjaliści z „Poltegoru”. – Problem tkwi w tym, jak go właściwie wykorzystywać. Nasze elektrownie węglowe to zabytki techniki, więc spalają węgiel mało efektywnie i zanieczyszczają środowisko w stopniu wręcz katastrofalnym. A przecież gdyby ten sam węgiel spalać w piecach zawiesinowych, to z tej samej ilości paliwa otrzymywalibyśmy dwa razy więcej energii i proporcjonalnie mniej zanieczyszczeń powietrza tlenkami siarki i azotu. Podobnie ma się rzecz przy technologii upłynniania węgla. Powoduje ona, że otrzymuje się efekty energetyczne porównywalne ze spalaniem ropy naftowej. Inaczej mówiąc, należałoby „czyścić” węgiel zanim wrzuci się go do pieca i zamieni na energię elektryczną.

Jak twierdzą fachowcy z „Poltegoru”, do modernizacji elektrowni potrzebne są: wola polityczna, fachowcy i pieniądze. Niestety, politycy zajęci kłótniami o sprawy trzeciorzędne nie mają czasu na zatwierdzenie programu modernizacji krajowej energetyki. Zaś fachowcy w Polsce są, ale w zasadzie nie mają nic do powiedzenia i często lekceważy się ich dorobek oraz propozycje innowacji. Dobitnym tego przykładem była próba likwidacji, „Poltegoru”, który skupia najlepszych profesjonalistów od eksploatacji węgla brunatnego. Jeżeli zaś chodzi o pieniądze, to można liczyć tutaj na pomoc Unii Europejskiej, ale trzeba jej przedstawić sensowny projekt. Kto go opracuje? I po co? Przecież kryzys ma nastąpić za osiem lat, więc niech się martwią nim ci, którzy wtedy będą rządzić krajem.

Komisja Europejska
wymienia energetykę jądrową jako jedną z technologii, która jest lekarstwem zarówno na kryzys energetyczny, jak i na ograniczenie emisji dwutlenku węgla.

Znakomitym dowodem na poparcie tej tezy jest Francja. Tam w 28 (słownie: dwudziestu ośmiu) elektrowniach atomowych produkuje się 80 procent energii elektrycznej. Efekt? W Polsce (w przeliczeniu na jednego obywatela) do atmosfery trafia rocznie 5, 5 tony dwutlenku węgla, a we Francji 2 tony tego gazu. Przypomnijmy, że rząd Tadeusza Mazowieckiego 2 grudnia 1989 roku podjął decyzję o czasowym, a po roku o definitywnym wstrzymaniu budowy jedynej elektrowni atomowej Żarnowiec. Budowę, którą na początku lat siedemdziesiątych zatwierdził rząd Jaroszewicza i pod względem budowlanym była już mocno zaawansowana. Wystarczyło tylko podpisać umowę z Francuzami, aby ją dokończyli.

Teraz prezydent Sarkozy zaproponował naszemu premierowi Tuskowi, że Francja zbuduje w naszym kraju elektrownię atomową tak samo bezpieczną jak u siebie. Premier wprawdzie propozycji nie odrzucił, ale też niewiele zrobił, aby została ona przyjęta. Zadeklarował jedynie, że „w Polsce mogłyby powstać dwie elektrownie i prawdopodobnie pod koniec 2009 roku zostanie ustalona ich lokalizacja”. No i natychmiast przystąpili do ataku przeciwnicy elektrowni atomowych, wyciągając zarówno argumenty zgrane (Czarnobyl, promieniowanie), jak i nowe (terroryści, drożyzna). Obawiam się, że w przededniu wyborów prezydenckich, decyzji o budowie elektrowni atomowej nie będzie, bo lobby antyatomowe jest wprawdzie niewielkie, ale za to bardzo hałaśliwe i znakomicie wygrywające strach i niską wiedzę społeczeństwa, na czym polega energetyka jądrowa.

Niech środki masowego przekazu choć raz przekażą rzetelną informację w tej materii. A brzmi ona tak – Polska i Białoruś są jedynymi krajami w środkowej Europie, które wprawdzie nie mają swoich elektrowni atomowych, ale za to w promieniu 300 kilometrów od ich granic pracuje 10 elektrowni jądrowych o mocy prawie 18 000 MW. Czy w razie ich awarii, jej skutki odczują tylko obywatele państw ościennych, a nie ich sąsiedzi? A przecież nowe elektrownie atomowe budowane są w Królewcu i w Grodnie, czyli już na rzut beretem od naszych granic.

Jedynie tygodnik „Gość Niedzielny”
zdecydował się na publikację artykułu fizyka jądrowego dr Tomasza Rożka na temat… przydomowych elektrowni atomowych. A jest to publikacja niezwykła i godna pierwszych stron gazet i poczesnego miejsca w telewizyjnych programach informacyjnych.
„Za pięć lat w zasadzie każdy, kto ma 25 milionów dolarów, będzie mógł kupić sobie reaktor jądrowy firmy Hyperion – prognozuje autor. – Prototyp ma 1, 5 metra wysokości i produkuje wystarczająco dużo energii, by zaspokoić potrzeby 20 tysięcy gospodarstw domowych. Wszystko działa bezzałogowo, a samo urządzenie można zainstalować w zasadzie wszędzie. Na przykład pod ziemią. To nie pierwsze tego rodzaju konstrukcje. Podobne sprzedaje już firma Toshiba i działa ono na Alasce, Koszt produkowanego prądu jest cztery razy mniejszy niż dotychczas”.

Autor informuje, że na deskach kreślarskich jest już kilkanaście konstrukcji małych reaktorów i mają je Amerykanie, Francuzi, Chińczycy, Rosjanie, Koreańczycy i Japończycy. Wszyscy, bowiem wiedzą o tym, że przesył prądu na duże odległości generuje straty, więc prąd wytwarzany w pobliżu miejsca jego zużycia jest znacznie tańszy. Co więcej, jeden ładunek paliwa jądrowego wystarcza na 30 lat pracy.

A u nas? Nad czym u nas głowią się najtęższe umysły? „Wolę tysiąc wiatraków, niż jedną elektrownię atomową” – oświadcza z dumą Radosław Gawlik, były wiceminister środowiska. Dlaczego nie idzie na całość i nie proponuje powrotu do łuczywa i absolutnie ekologicznych jaskiń?

Eksperci z „Poltegoru” na takie wypowiedzi reagują wzruszeniem ramion i cytatem słów jednego z bohaterów „Seksmisji” – „ciemność widzę, widzę ciemność”. Oczywiście mają na myśli zarówno ciemność intelektualną, jak i energetyczną.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*