BIEDNI MOŻE SIĘ NIE POŁAPIĄ

fot. krzyd fot. krzyd

Miało znowu być normalnie. Miało mianowicie wrócić do państwowych łask lokatorskie spółdzielcze budownictwo mieszkaniowe. Czyli – przypomnijmy – takie, dla jakiego ponad sto lat temu wymyślono w ogóle spółdzielnie mieszkaniowe. Bo nie wymyślono ich dla bogatych, którzy kupują mieszkania na własność, ale dla niezamożnych, którzy je wynajmują (i takie są nadal miliony spółdzielczych mieszkań w całej Europie – lokatorskie).

 

Takie nadzieje dawał projekt zmian w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, które przez ponad rok przygotowywał rząd, i które to propozycje zmian były – co w ostatnich latach rzadkie – konsultowane i dyskutowane z wszystkim zainteresowanymi środowiskami. Część tych dyskutowanych zmian dotyczyła udziału spółdzielni mieszkaniowych w realizacji rządowego programu wspomagania budownictwa mieszkaniowego. Wydawało się oczywiste, że spółdzielnie mieszkaniowe, które w latach siedemdziesiątych i jeszcze w osiemdziesiątych oddawały ludziom nawet 200 tysięcy mieszkań rocznie (obecnie z trudem zbliżamy się do 5 tysięcy) są ze swoim doświadczeniem, potencjałem i kadrami idealnym partnerem dla tych zamierzeń.

Obecnie na 1 tys. mieszkańców przypadają w Polsce 363 mieszkania. Zgodnie z założeniami programu, do 2030 r. liczba mieszkań powinna osiągnąć średnią Unii Europejskiej, tj. 435 na 1 tys. osób. To oznacza, że w ciągu najbliższych 17 lat w Polsce trzeba wybudować łącznie ok. 2,5 mln nowych mieszkań.

I rzeczywiście. Rząd latem przyjął pakiet propozycji nowych rozwiązań ustawowych, wśród nich możliwość włączenia spółdzielni mieszkaniowych w realizację Narodowego Programu Mieszkaniowego. Spółdzielnie – w myśl rządowego projektu  –  miały mieć takie same, jak deweloperzy, prawa i preferencje w dostępie do publicznych środków przeznaczonych na budownictwo mieszkaniowe. Przywrócono też możliwość budowy mieszkań lokatorskich, oczywiście z prawem wykupienia ich kiedyś na własność. Jest to opcja dająca wreszcie szansę na mieszkanie tym rodzinom, które niekoniecznie mają w oczach banków tzw. samodzielną zdolność kredytową, ale mają zdolność ponoszenia kosztów utrzymania wynajętego (lokatorskiego) mieszkania.

W takim systemie to spółdzielnia, jako inwestor, zaciąga w banku kredyt na budowę, spółdzielnia pozostaje właścicielem budynku, a tym samym daje gwarancję bankowi spłaty kredytu. W takim systemie, powtórzmy, buduje się spółdzielcze domy do dzisiaj na całym świecie i tak budowało się w Polsce nie tylko za Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego, ale i za prezydentów Narutowicza i Mościckiego. Deweloperów taka opcja nie interesuje, gdyż deweloper – w odróżnieniu od spółdzielni – ma na inwestycji zarobić: dla niego to w najgorszym razie inwestycja krótkoterminowa, a w zasadzie preferowany jest model sprzedaży mieszkań jeszcze w budowie, czyli budowania za pieniądze przyszłych właścicieli mieszkań.

Ten rządowy projekt został skierowany do Sejmu i polityczna arytmetyka (PiS nie przegrywa głosowań) wskazywała, że wróci normalność.

I w tym, można powiedzieć, nadzwyczaj optymistycznym nastroju – że wreszcie większość sejmowa z PiS pozwoli spółdzielniom budować tańsze mieszkania dla zwyczajnych ludzi – w atmosferze nowego otwarcia i nowych perspektyw dla mieszkaniowej spółdzielczości odbyła się na dachu ponad pięćdziesięcioletniego wieżowca SM Wrocław-Południe przy ulicy Zielińskiego nietypowa konferencja prasowa. Przedstawiciele pięciu wrocławskich spółdzielni spotkali się na tym dachu z liczną grupą dziennikarzy, aby oznajmić, że reprezentowane przez nich spółdzielnie mogą w najbliższych trzech latach wybudować 2 tys. nowych mieszkań w cenach nawet o 30% niższych od obecnych. Chęć uczestniczenia w Narodowym Programie Mieszkaniowym zgłosiły spółdzielnie mieszkaniowe: Wrocław-Południe, Piast, Osada, Stoczniowiec oraz Energoprem (w sumie zarządzają 233 budynkami, w których mieszka 57 tysięcy ludzi).

Dzisiaj średnia cena 1 mkw. na wrocławskim rynku mieszkaniowym wynosi według danych NBP ponad 6,3 tys. zł, a dziennikarze dowiedzieli się, że inicjatywę spółdzielców popiera wojewoda dolnośląski i że koszt 1 mkw. wyniesie średnio ok. 4,5 tys. zł.

 W takich cenach spółdzielnie budują mieszkania już dzisiaj. Liczymy na to, że Narodowy Program Mieszkaniowy usprawni proces inwestycyjny i pozwoli, by spółdzielnie budowały więcej, w tym również mieszkań lokatorskich z wkładem własnym przyszłych użytkowników na poziomie 30% wartości. Przełoży się to na większą dostępność we Wrocławiu mieszkań tańszych, a jednocześnie w nowoczesnym standardzie   –  mówił na czerwcowej konferencji Mirosław Lach, przewodniczący Rady Nadzorczej SM Wrocław-Południe i radny miejski.

Wszystko to było realne. W myśl obowiązującego prawa, spółdzielnie muszą budować mieszkania dla członków bez zysku – po to spółdzielnie zostały wymyślone! – więc muszą to być mieszkania tańsze od budowanych dla zysku. Istotne też, że nowe mieszkania wrocławskich spółdzielni mogłyby, nawet w sporej ilości, powstać na działkach, które od zawsze przeznaczone były na inwestycje. A tylko dlatego były niewykorzystywane, ponieważ poprzedni stan prawa nie sprzyjał budownictwu spółdzielczemu.

– Infrastruktura jest gotowa i nie wymaga dużych, dodatkowych inwestycji. Z punku widzenia mieszkańców liczy się to, że na terenach spółdzielni mieszkaniowych gęstość zabudowy planowana jest tak, by nie ograniczać dostępu do światła i przestrzeni. Dbamy też o inne kwestie bezpośrednio wpływające na jakość życia w mieście, w tym o ogólnodostępne tereny zielone i rekreacyjne, place zabaw czy domy kultury. To był i będzie dla nas priorytet w planowaniu – mówi prezes SM Wrocław-Południe, Józef Śnieżek.

No więc tak to miało być i było jeszcze do końca czerwca: dużo tanich mieszkań na ładnych osiedlach dla zwyczajnych ludzi. Zwyczajnych Polek i Polaków, jak to się dzisiaj mówi. I dla spółdzielni mieszkaniowych też, bo przecież – chociaż nie mogą zarabiać na inwestycjach swoich członków – to samo uruchomienie procesu inwestycyjnego daje spółdzielni bardzo wymierne korzyści również ekonomiczne, przede wszystkim w obciążeniu kosztami inwestycji części stałych kosztów spółdzielni (majątek trwały, płace i.in.). Czyli zyskują członkowie – obecni i przyszli. A co najważniejsze – spółdzielnia realizuje statutową misję, czyli buduje mieszkania dla ludzi!

Wszystkie te nadzieje runęły jednak w kilka dni. Bo, owszem, Sejm potężną większością głosów (nie tylko PiS) rządowy projekt zmian w ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych przyjął, ale Senat kilka dni później zgłosił kilkadziesiąt poprawek zgłoszonych przez senator Lidię Staroń, która od lat prowadzi swoją prywatną wojnę ze spółdzielczością mieszkaniową (zaczęło się do prywatnego sporu ze spółdzielnią w Olsztynie, bodaj o jakiś kiosk). Poprawki Senatu przewróciły do góry nogami cały ten przez ponad rok dyskutowany, konsultowany, uzgadniany i przemyślany projekt. A sejmowa większość te poprawki zaakceptowała, uznając za głupie to, co kilka dni wcześniej uznawała za mądre. I mamy zupełnie inną od tej pierwotnie wypracowanej przez rząd wersji i przygotowanej dla Sejmu.

Zaostrzono mianowicie drastycznie rygory umożliwiające uzyskanie wsparcia z KFM na mieszkania lokatorskie (bo niby dlaczego, zdaniem senatorów, spółdzielnie a nie deweloperzy miałyby korzystać z publicznych pieniędzy). Ale zmianą, która praktycznie likwiduje możliwość budowy przez spółdzielnie mieszkań, jest zapis mówiący, że po wybudowaniu nowego budynku, ów staje się automatycznie – uwaga! – wspólnotą i automatycznie staje się owa wspólnota współwłaścicielem spółdzielczego całego majątku. Czyli, gdyby pan prezes Śnieżek zrealizował swoje czerwcowe obietnice i wybudował dla zwyczajnych Polek i Polaków dom z tanimi mieszkaniami i mieszkańcy tego domu stanowiliby 1 procent członków całej spółdzielni, to ci nowi członkowie byliby automatycznie właścicielami 1 procenta majątku spółdzielni, na dzisiaj około 1,5 miliona z grubsza szacując.

Żaden deweloper nie wymyśliłby lepszego zapisu, aby zlikwidować sobie konkurencję na rynku (oczywiście żaden deweloper nie musi się dzielić też swoim majątkiem z lokatorami, którym wybudował dom). Każdy prezes spółdzielni mieszkaniowej, który podjąłby decyzję o budowie nowego domu, w sposób oczywisty działałby na szkodę członków swojej spółdzielni, bo w ten sposób rozdawałby zgromadzony przez nich przez dziesięciolecia majątek. I o to chodziło – żeby żaden prezes nie zechciał psuć interesów prawdziwym patriotycznym wolnorynkowym biznesmenom.

A Polki i Polacy, ci mniej zamożni, bez zdolności kredytowych? Cóż, może się nie połapią…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*