Gigantomania

Na językach / autor:jk

„Piękny rynek zamienił się w parking. – Komuś coś się stało w głowę? – nie dowierzają Cieszynianie”. Taka informacja pojawiła się niedawno na portalu TVN24. I wszystko byłoby w porządku, mimo tego kolokwializmu nawet, gdyby nie błąd ortograficzny, który wkradł się do tekstu. Błąd zresztą tak powszechny, że przez wielu niedostrzegany, a nawet traktowany jak norma. Ile razy czytaliśmy przecież na wrocławskich portalach i w lokalnych gazetach o Wrocławianach?

Tymczasem nazwy mieszkańców miast i wsi piszemy zawsze małą literą. A więc – cieszynianie, wrocławianie, warszawiacy, londyńczycy, paryżanie i tak dalej.

Powie ktoś, że to brak logiki. W końcu nazwy mieszkańców krajów, a także regionów, krain czy prowincji zapisujemy literą dużą – Polacy, Dolnoślązacy, Wielkopolanie, Bawarczycy. Ze względów praktycznych pewnie łatwiej byłoby ujednolicić tę pisownię (bo w końcu, czemu by nie?), tyle że – jak tłumaczą językoznawcy – językiem rządzą nie tylko względy natury pragmatycznej, ale i tradycja, która jest częścią kultury. Musimy więc przyjąć ją z całym bagażem i przestrzegać ustalonych ortograficznych reguł.

Te akurat ciągle sprawiają kłopoty. Warto więc przypomnieć, że wbrew powszechnym przekonaniom małą literą zapisujemy także nazwy wydarzeń lub aktów dziejowych – druga wojna światowa, traktat wersalski, rewolucja francuska, hołd pruski, potop szwedzki, powstanie styczniowe, powstanie warszawskie (wyjątek stanowią tu przenośne lub poetyckie nazwy wydarzeń historycznych, jak: Cud na Wisłą, Praska Wiosna, Okrągły Stół, oraz nazwy miesięcy, określających wypadki dziejowe: Marzec’68, Grudzień’70). Małą literą piszemy również nazwy urzędów i władz, używane w znaczeniu pospolitym (bank, policja, uniwersytet, sejm, senat), tytuły naukowe i zawodowe, nazwy godności (prezydent, premier, marszałek, prezes) oraz nazwy obrzędów, zwyczajów i zabaw (andrzejki, mikołajki, dożynki, walentynki).

Kodyfikatorzy zostawili nam jednak pewien wytrych – w postaci możliwości używania dużych liter ze względów uczuciowych: „Użycie takie jest indywidualną sprawą piszącego. Przepisy ortograficzne pozostawiają w tym wypadku dużą swobodę piszącemu, ponieważ użycie wielkiej litery jest wyrazem jego postawy uczuciowej, np. szacunku, miłości, przyjaźni, w stosunku do osób, do których pisze, lub w stosunku do tego, o czym pisze”.

Ten słownikowy zapis otworzył, zupełnie niespodziewanie, puszkę Pandory. To dlatego „Polacy chodzą dziś na Mszę do Kościoła, kupują Opłatek, przyjmują Księdza po Kolędzie, czasem popełniają Grzech i idą do Spowiedzi, a potem przystępują do Komunii. W czasie Świąt Bożonarodzeniowych kładą na stół Sianko, a w Święta Wielkanocne dzielą się Jajeczkiem. Dzieci uczą się Modlitwy z Katechizmu, a dorośli dają Ofiarę na nową Plebanię. I wieszają Krzyże”, pisze – nie bez złośliwości – jeden z przeciwników tej maniery.

Jest w tym cytacie nieco przesady, ale nie tak znów wiele. Nie raz i nie dwa zdarzało mi się czytać, a z pewnością nie tylko mnie, teksty – publicystyczne, reklamowe, urzędowe – pełne takich niefortunności, jak: „Internet dla Firm Zaawansowany”, „Pani Dyrektor Naszej Szkoły”, „Spotkanie Noworoczne połączone z Koncertem Noworocznym”, „spotkanie Wójta z Mieszkańcami”.  Jakby ich autorzy zakładali z góry, że zastosowanie liter małych byłoby jakimś niestosownym uchybieniem lub afrontem.

Tymczasem nadużywanie wielkich liter zmniejsza komunikatywność tekstu, a przede wszystkim – irytuje. Zwłaszcza że wzniosłość od śmieszności dzieli tylko krok. Zresztą, nie tylko w pisaniu. Także w życiu.

 

 

 

 

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 104)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*