KOOPERATYWA ZNACZY SPÓŁDZIELNIA

fot. archiwum spółdzielni fot. archiwum spółdzielni

 Rozmowa z Józefem Śnieżkiem, prezesem SM „Wrocław Południe”.

 

W poprzednim numerze „Naszych Wiadomości” pokazaliśmy flagę międzynarodowej spółdzielczości powiewającą nad siedzibą SM Wrocław-Południe około 1 lipca  Międzynarodowego Dnia Spółdzielczości – takie przypomnienie Rodakom, że spółdzielczość istnieje i – wbrew usilnym dziwnym dążeniom ma się dobrze. Dla naszych partii politycznych, rządu i mediów spółdzielnie są dyżurnym czarnym charakterem. Skąd ta sytuacja?

– Na świecie spółdzielczość jest ważną częścią gospodarki, u nas istnieje, ale w dziwnym klimacie skwapliwego politycznego i medialnego szukania dziury w całym. I to w sytuacji, w której w aglomeracjach większość ludzi mieszka w dobrze prowadzonych spółdzielczych domach, triumfy rynkowe notują spółdzielnie mleczarskie, ogrodnicze, znakomicie działają spółdzielcze banki – i o tym raczej cichutko, za to SKOK-om przypisuje się gromko spółdzielczość, choć w tych z nich, gdzie doszło do wynaturzeń niewiele jest spółdzielczości. Niby wszystko jest w porządku, formalnie i prawnie spółdzielczość jest równoprawnym uczestnikiem życia gospodarczego,  Sejm ustanowił 21 lat temu 1 lipca Dniem Spółdzielczości w Polsce, ale to pozory. Kolejne parlamenty ograniczają prawa spółdzielcze, przede wszystkim te kształtujące solidarność i współodpowiedzialność członków, likwidują majątek spółdzielczy i siłę gospodarczą, media zajadle dezinformują, są jawnie wrogie spółdzielczości – oferując nam jednocześnie ochoczo swoje „ochy i achy”, czyli obiektywizm – ale na stronach komercyjnych.

Można nieraz odnieść wrażenie, że spółdzielczość w Polsce trwa, bo jest międzynarodowy „przymus”, jest konstytucja i nie można tak po prostu zlikwidować jej w głosowaniu poselskim. Chociaż na przykład rozdanie spółdzielczego wspólnego majątku, np. spółdzielczych mieszkań lokatorskich i gruntów było ewidentną próbą odgórnej likwidacji spółdzielni. I co z tego, że było to działanie niekonstytucyjne, skoro się, zanim taki wyrok zapadł, dokonało. A teraz są próby wprowadzenia ustawowego przepisu, że jeden wyodrębniony właściciel może swoją wolą przekształcić cały spółdzielczy budynek we wspólnotę, wbrew woli pozostałych – świadomych czym to dla nich „pachnie”.

– To jest wyraźny, jednoznaczny, nieprzypadkowy proces – nadaje mu się nawet pozory idei. Spółdzielnie, podobnie jak cała gospodarka, przeszły trudny okres przemian. Ich reformowanie obarczone było wieloma uprzedzeniami, natury właśnie ideowej, ponieważ zainteresowani likwidacją łatwo wmówili niezorientowanym, że spółdzielczość to forma obca gospodarce rynkowej. Zamiast więc urynkowienia, spółdzielnie poddane zostały niszczącej komercjalizacji,  będącej w sprzeczności do zasad spółdzielczych. Dla „ułatwienia” z góry założono nieefektywność spółdzielczej gospodarki na konkurencyjnym rynku, a niesprawiedliwym gorsetem prawnym, np. podatkami, wcielano to w czyn. Doszły do tego na początku przemian jeszcze względy natury politycznej, ponieważ w części przynajmniej spółdzielnie kierowane były przez byłą nomenklaturę partyjną. Nad wszystkim jednak wisiał wszechobecny niestety zły duch naszych przemian – „interesu do zrobienia”.

Z tych po części tylko ideowych względów całkowicie pominięto i zagubiono rolę spółdzielni w tworzeniu szans na poprawę warunków życia dużej części ludzi, ograniczania wykluczenia społecznego, budowania spójności społecznej czy też budowania społeczeństwa obywatelskiego, którego pojęcie i cele tak głośne przed paru laty, umarły śmiercią naturalną pod naporem nowej rynkowej demagogii. Zapomniano, bądź nie chciano pamiętać, że wolny rynek nie oznacza realizacji wyłącznie celów komercyjnych i walki wszystkich ze wszystkimi, że wartością rynku jest jego różnorodność nie tylko co do produktów, ale i w sposobach organizacji pracy czy gospodarowania majątkiem – że sama tylko konkurencja z czasem po prostu zabija. Stało się tak, gdyż, słusznym skądinąd hasłom prywatyzacji, restrukturyzacji, konkurencyjności a teraz innowacyjności – nie towarzyszyło pojęcie bezpieczeństwa społecznego. No i to systemowe naigrawanie się z istnienia społecznych wartości: samopomocy, empatii, współpracy…

To prawda. Spółdzielnie, których istotą jest budowanie tych wartości, nie pasują do neoliberalnego porządku, w którym każdy ma walczyć o swoje i dbać o siebie. A przecież te wartości, a nie darwinizm społeczny, zbudowały naszą cywilizację.

– Oczywiście! Już 200 lat temu, w 1816 r. powstała u nas organizacja, która nie nazywała się jeszcze spółdzielnią, chociaż posiadała wszystkie jej cechy rozumiane także współcześnie. To Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze dla Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach. Jego założycielem był uczony, przyrodnik, działacz społeczny, ksiądz Stanisław Staszic. Ten jeden z najbardziej ówcześnie światłych ludzi wiedział, że problemów społecznych nie da się rozwiązać indywidualnym wysiłkiem – a wespół z nim  kupcy, rzemieślnicy i rolnicy uznali, że własnych interesów mogą skuteczniej bronić razem. Wzięli wtedy sprawy w swoje ręce, tworząc organizacje gospodarcze należące do ludzi i służące ludziom a nie mamonie. Był to pierwszy obywatelski ruch gospodarczy, próba demokratyzacji gospodarki.

Powstająca spółdzielczość, czyli współpraca ludzi na zasadach wspólnotowych, była reakcją na trudne warunki pracy i życia i skuteczną odpowiedzią na społeczny egoizm rodzącego się kapitalizmu. I była  rękojmią, synonimem wręcz rzetelności, uczciwych relacji między ludźmi. Moja ś.p. Mama, Anna – Podolanka, rocznik 1920, gdy jako dziecko biegła po drobne jeszcze zakupy – słyszała przypomnienie: „tylko idź do kooperatywy – tam cię nie oszukają”. I ta piękna – bo tak głęboko ludzka i głęboko praktyczna – spółdzielcza tradycja jeszcze trwa, chociaż jest totalnie niszczona. Zniszczyć się jej całkowicie nie da, bo współpraca ludzi nie tylko miała znaczenie kiedyś, ale potrzebna jest w każdym czasie. Jest także obecnie nadzieją dla znacznej części społeczeństwa, chociaż w szczegółach codzienności, borykaniu z  przeciwnościami, wyżłobionych koleinach złego prawa, utrudnień – można zgubić świadomość pięknej a podstawowej idei.

Dziś widać to wyraźnie, bo ukształtowały się dwa światy. Świat korporacji i indywidualizmu na jednym biegunie – a na drugim świat wolontariatu, opieki. Między tymi skrajnymi biegunami wytwarza się, rośnie wielka przestrzeń, generująca ogromne problemy społeczne: nierówności, zadłużenie publiczne i indywidualne, bezrobocie, frustracje – szczególnie młodych, ale i mocno dorosłych – i fałszywe wartości, a za nimi cele. To one są źródłem patologii społecznych i najpoważniejszych dziś zagrożeń dla stabilności świata.

Ale bezwzględna wszechobecna propaganda indywidualizmu, konkurowania robi swoje.  

– Do czasu. Przez świat i Europę przetacza się silny nurt protestu, zwany przez elity antysystemowym. Dotarł on również do Polski i wszyscy mamy świadomość większej lub mniejszej jego zasadności. Z gorących obserwacji (jeszcze nie badań) wynika, że z pewnością nie jest to „bunt gówniarzy”, jak diagnozują to niektórzy – chcący zaczarować rzeczywistość. Na pewno jednak młodzi obywatele w tym ruchu odgrywają znaczącą rolę. Cóż młody człowiek ma ze sobą zrobić, kiedy po ukończeniu edukacji nie znajduje oferty zrealizowania się a wkoło podsuwa mu się model: mieć jak najwięcej, mieć tylko markowe, tylko MIEĆ się liczy. Nawet nie wie, że mógłby wspólnie z innymi założyć spółdzielnię! „Ja nie mam nic, ty nie masz nic…” Tylko gdyby nawet wiedział i próbował spółdzielnię założyć, nie zrozumiałby dlaczego właśnie w Polsce – kolebce spółdzielczości w tej części Europy ­– jako spółdzielca byłby w niej gorzej traktowany niż przedsiębiorca kapitałowy!?

Wracając do antysystemowości – to trend, który obejmuje niemal wszystkie grupy wiekowe; przybywa w nim osób 60+ jeszcze bardziej zagrożonych bezrobociem niż młodzi. Ten bunt nie jest jeszcze dojrzały; ludzie mają już dość tego co jest, co im się oferuje, a jeszcze w szczegółach niedokładnie wiedzą, czego chcą w zamian. Wyrazem takiej fazy buntu są różne, nawet sprzeczne ze sobą postulaty, ale na pewno brak identyfikacji z własnym państwem, a skrajnie – niekontrolowane odreagowywanie przy każdej nadarzającej się sytuacji. Taka okazją w demokracji są niewątpliwie wybory;  miało to miejsce w wielu wyborach samorządowych, bardzo wyraziście w ostatnich wyborach prezydenckich i wszystko wskazuje na to, że powtórzy się w jesiennych wyborach parlamentarnych.

To jest bunt, ale może być i agresja. Agresja niszczy współpracę, zdolność do kompromisu, niweczy solidarność, racjonalną ocenę. Tak to widzę. I dlatego także antyspółdzielcza propaganda znajduje posłuch – podsuwając z gruntu fałszywy cel. W najważniejszym medium, w telewizji, jest już tylko kłótnia, nikt nikogo nie chce słuchać, nikt tak naprawdę nie dyskutuje, bo prawda jest w pogardzie. Programy partyjne są tworzone przez fachowców od marketingu wyłącznie na czas wyborów i nikogo do niczego nie zobowiązują. Rodzi się totalna podejrzliwość. Znajomy, który całe lata był we władzach niewielkiej spółdzielni mieszkaniowej, oznajmił mi, że koniec z tym społecznym działaniem. Bo, jak powiedział, dość ma słuchania zarzutów, że jest złodziejem i kliką. Niesprawiedliwą agresją ludzie uzewnętrzniają swoje frustracje – także na zebraniach spółdzielczych. Prawie zawsze się znajdzie paru agresywnych, widzących wszystko lepiej, nie słuchających żadnych argumentów, danych, faktów.  

– Rozumiem tego pańskiego znajomego. Ale nie dopuszczam takiej rezygnacji, bo jeśli większość tych ludzi zaangażowanych w działalność spółdzielczą – a są ich setki tysięcy – podda się takiemu terrorowi, to co będzie? Klęska, na którą twórcy tych działań liczą – a konkretnie np. zaprzepaszczenie wieloletniego wspólnego dorobku, co jest możliwe na jednym walnym zgromadzeniu! Tak nie można. Trzeba wbrew dominującemu ideowemu przekazowi odbudowywać podstawowe wartości. Dziś zarówno ze starej części świata, jak i zza oceanu padają dosadne recepty, np. ta, którą sformułował wybitny brytyjski socjolog i ekonomista prof. Guy Standing w wywiadzie w „Polityce”. Zapytany przez Żakowskiego „jakiej zmiany trzeba, żeby odbudować więź instytucji z klasą prekariuszy”, odpowiedział: „Takiej, która zakwestionuje dominujący neoliberalny model kapitalizmu”.

Spółdzielcy w tej zmianie mogą odegrać ogromnie pozytywną rolę. Nie możemy zaakceptować prymatu pieniądza nad ludzką pracą i dyktatu rynków finansowych wobec realnej gospodarki. Źle oceniamy rządy wspierające te procesy kosztem innych modeli rozwoju i gospodarowania. Doświadczenia światowe, ale także nasze polskie, w sposób wystarczający udowadniają, że wolny rynek to nie wyłącznie konkurencja. Równie ważna jest współpraca, współdziałanie i realizacja celów wspólnych. Tego chcemy z naszymi członkami, z kontrahentami, z całym otoczeniem gospodarczym, społecznym – to winno być wspierane przez dobre prawo.

Problemów społecznych nie da się bowiem rozwiązać jedynie przy pomocy korporacyjnej i indywidualnej przedsiębiorczości. Możemy tu wybierać między budowaniem wspólnoty celów lub konfrontacją z różnymi grupami interesów. Nobliści z ekonomii i nauk społecznych dowiedli, że spółdzielnie przyczyniają się do budowania zamożności całego społeczeństwa, a nie tylko jego części. Przypominam, że w Polsce spółdzielnie zrzeszają 8 milionów członków i zatrudniają dodatkowo blisko 300 tysięcy pracowników na stabilnych umowach o pracę, a nie tzw. śmieciówkach. Już to, zważywszy praktyki innych pracodawców, stanowi wielką wartość i dowód niezbędności spółdzielni na rynku pracy. Spółdzielczość w gospodarce to opłacalny dla wszystkich element dobrego społeczeństwa. To nie zło konieczne i konkurent do sukcesu. Zrozumienie tych oczywistości to wielkie wyzwanie dla naszego społeczeństwa, a zwłaszcza jej najbardziej świadomej i kreatywnej części.

Pani premier Kopacz ma nowy pomysł na mieszkaniowy kryzys. Grupy ludzi będą mogły pozyskać grunt, zaciągnąć kredyt i wybudować sobie wspólnie dom. Ten pomysł realizowałem z grupą ludzi w połowie lat osiemdziesiątych pod nazwa małej spółdzielni mieszkaniowej.

– Nowość polega na tym, że teraz to się będzie nazywało kooperatywą. Politycy, jak widać, wstydzą się polskiego słowa SPÓŁDZIELNIA. Ale najważniejsze, że spółdzielnie znowu się odrodzą – bo są potrzebne, są wartością, siłą i nadzieją. I spółdzielcy (i nie tylko) też powoli do świadomości tego wracają.

Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*