Nowości

Kosmiczne muzeum

Pół wieku temu, jako student Politechniki Kijowskiej, chodziłem do tej hali na zajęcia praktyczne z obróbki skrawaniem, bo mieściły się tam warsztaty mechaniczne. Teraz znajduje się w niej oddział awiacji i kosmonautyki Państwowego Muzeum Politechnicznego.

Pół wieku temu, jako student Politechniki Kijowskiej, chodziłem do tej hali na zajęcia praktyczne z obróbki skrawaniem, bo mieściły się tam warsztaty mechaniczne. Teraz znajduje się w niej oddział awiacji i kosmonautyki Państwowego Muzeum Politechnicznego. Studiuję plansze poświęcone Igorowi Sikorskiemu, twórcy pierwszych w Rosji samolotów i śmigłowców, oglądam plansze i eksponaty przedstawiające historię radzieckiej kosmonautyki. Kierownikiem tego oddziału muzeum jest Aleksander Bołtenko – człowiek wyjątkowo kompetentny w sprawach podboju kosmosu.

– W kosmodromie Bajkonur brałem udział w przygotowaniu do lotów kosmicznych kolejnych 29 radzieckich i zagranicznych kosmonautów, w tym i waszego Mirosława Hermaszewskiego – wspomina mój rozmówca. – Oczywiście, mógłbym scharakteryzować każdego z tych wybitnych ludzi. Ale najbardziej wrył mi się w pamięć moment, gdy Aleksiej Leonow w aparacie lądującym „Woschod” wylądował niedaleko kosmodromu po pierwszym wyjściu w otwarty kosmos na 12 minut. Wówczas Paweł Bielajew i Aleksiej Leonow musieli ręcznie sterować statkiem, bo automatyka hamowania odmówiła posłuszeństwa. Witaliśmy obydwu kosmonautów w Bajkonurze jak prawdziwych bohaterów. Mieszkańcy miasta Leninsk wyszli na ulicę, by odprowadzić kosmonautów aż do samych drzwi hotelu „Kosmonawt”.

– Czy eksponowana tutaj mocno osmalona kula była właśnie pojazdem Leonowa? 

– Nie ta, ale podobna – odpowiada bez zastanowienia. – To jest „Woschod” w wersji 3-osobowej. Wyprawy w kosmos zaczęły się jednak w statkach jednoosobowych. Dość długo biuro Siergieja Korolowa szukało najlepszego rozwiązania konstrukcyjnego statku, który składałby się z dwóch części: aparatu lądującego z kabiną kosmonauty i komory przyrządowej. Pierwszy taki aparat lądujący był wykonany ze stopów aluminium, miał średnicę 2,3 metra i ciężar 2,5 tony. Sterowanie odbywało się automatycznie, ale kosmonauta w każdej chwili mógł je przełączyć na sterowanie ręczne. Zdecydowano, że na Ziemię powróci tylko aparat lądujący, a komora przyrządowa spali się w atmosferze. Długo wybierano kształt aparatu lądującego. Najpierw był to cylinder, później stożek, aż w końcu zdecydowano się na kulę, bo przy najmniejszej powierzchni termoizolacji dawała największą objętość wewnętrzną. Aerodynamika ciał kulistych przy naddźwiękowych i poddźwiękowych prędkościach była już wówczas dobrze zbadana, co dawało możliwość szybszego zakończenia prac konstrukcyjnych. Stabilizację położenia aparatu w atmosferze zapewniono przez przemieszczenie środka ciężkości w stosunku do geometrycznego środka kuli.

W pierwszych jednomiejscowych aparatach lądujących „Wostok” kosmonauta katapultował się z fotelem na wysokości 7 km. Gdy był 4 km nad powierzchnią Ziemi, odłączał się od fotela i otwierał spadochron. Lądował z prędkością 5 – 6 m/sek, czyli taką, jak spadochroniarze. W latach 1961–1963 na „Wostokach” latali: Jurij Gagarin, Herman Titow, Andrian Nikołajew, Paweł Popowicz, Walery Bykowski, Walentyna Tierieszkowa.

– Czyli „Wostok” był poprzednikiem „Woschoda”?

– Tak. W lutym 1964 r. Siergiej Korolow postawił przed swoimi konstruktorami zadanie: zbudować wielomiejscowy statek kosmiczny. Założył, że dwaj lub trzej kosmonauci będą przebywać w statku bez skafandrów i dokonają „miękkiego lądowania” całym aparatem lądującym. Główny konstruktor obiecał swoim pracownikom, że w statku znajdzie się także miejsce dla jednego z nich. Prace szybko ruszyły. W aparacie lądującym tego statku trzeba było rozmieścić, prócz trzech ludzi, aparaturę zabezpieczenia życia, zapasy jedzenia i wody, przyrządy kontroli lotu przy lądowaniu, kamery i aparaty fotograficzne. Trzeba było rozwiązać również problem dostarczania do kabiny oraz skafandrów powietrza o właściwym składzie i właściwej temperaturze, co wymagało doczepienia zbiorników ze sprężonym tlenem i stworzenia systemu klimatyzacji, a do tego potrzebne były źródła prądu elektrycznego. Wreszcie w komorze przyrządowej statku należało umieścić silniki hamowania z własnym paliwem płynnym i stałym. „Miękkie lądowanie” z prędkością 2 – 4 m/sek zapewniały silniki hamowania, które uruchamiało dotknięcie ziemi przez półtorametrowy sprężynowy szpikulec, wyrzucany z aparatu we właściwym momencie. Dla zmniejszenia prędkości lądowania aparat miał dwa spadochrony, które po lądowaniu odczepiały się za pomocą zamków pirotechnicznych, by wiatr nie ciągnął kuli z ludźmi po stepie. Trzy luki umożliwiały wyjście z aparatu lądującego przy każdym jego położeniu. No i tak narodził się „Woschod”, którym 12 października 1964 r. wystartowała na orbitę okołoziemską pierwsza ekipa trzyosobowa: Władimir Komarow, Konstantin Feoktistow i Boris Jegorow. Załoga w ciągu 24 godzin wykonała swoje zadania naukowe oraz doświadczalne i bezpiecznie wróciła na ziemię. Zaś po pięciu miesiącach, 18 marca 1965 r. wystartowała następna załoga, tym razem dwuosobowa, czyli Paweł Bielajew i Aleksiej Leonow, do lotu trwającego 26 godzin. Z uwagi na to, że ten statek kosmiczny miał zamontowaną komorę śluzową do wyjścia w kosmos, miał on dwa, a nie trzy miejsca „pasażerskie”. Przypomnę, że pierwsza dwójka Amerykanów, Virgil Grissom i John Young, poleciała w kosmos pięć dni później, 23 marca 1965 r., i przebywała tam pięć godzin.

– Przed muzeum stoją pomniki Igora Sikorskiego i Siergieja Korolowa. Byłem świadkiem, jak podczas ceremonii rozpoczęcia roku akademickiego studenci składają przy pomnikach kosze kwiatów.

– Tak.  Proszę pamiętać, że Igor Sikorski był studentem naszej uczelni, a Siergiej Korolow ściśle z nią współpracował. Poza tym trudno sobie wyobrazić, aby student politechniki nie interesował się zagadnieniami podboju kosmosu. Przecież jest to olbrzymie wyzwanie, które staje przed naszymi inżynierami i to nie tylko tymi, którzy specjalizują się w konstruowaniu i eksploatacji urządzeń dla lotnictwa i kosmonautyki. Często też odwiedzają muzeum uczniowie szkół z Kijowa i spoza miasta. Wchodzą do kabiny aparatu lądującego, fotografują się, być może marząc także o podróżach kosmicznych. Miałem też zaszczyt gościć grupę byłych kosmonautów radzieckich, wśród których przepracowałem kilkanaście lat. Staram się zresztą jednoczyć ich, także pracowników obsługi naziemnej, pełniąc społeczną funkcję przewodniczącego Kijowskiej Rady Weteranów Kosmodromu Bajkonur.

– Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*