Nowości

Kruchość i ewolucja

Na językach / autor:jk

 „Język lubi odmianę, raz tak, drugi raz owak sobie poczyna”, pisał niegdyś Aleksander Brückner w „Zasadach etymologii słowiańskiej”. Innymi słowy: jest język w wiecznym ruchu. Ta ewolucja nie zachodzi jednak nigdy na ślepo, ale stanowi wypadkową wielu działających akurat czynników, także pozajęzykowych: ekonomicznych, politycznych czy kulturowych. I cel ma zawsze jeden: zwiększyć komunikatywność.

Obrazowy przykład przytacza Halina Kurkowska, świetna polska językoznawczyni, specjalistka od słowotwórstwa i leksykografii. „Wyraz ‘płacić’ – pisze ona – utworzony od ‘płat’, znaczący pierwotnie zapewne tyle co ‘dawać płaty’, jest również ważnym jak źródła historyczne dowodem tego, że Słowianie w handlu wymiennym używali jako monety obiegowej płatów tkaniny”.

Dzięki tej właściwości język staje się zwierciadłem swoich czasów, a prześledzenie zmian, jakie w nim zachodziły – pasjonująca wyprawą przez stulecia i obyczaje.

Ciekawy przypadek to choćby słowo „krzepki”. Pierwotne krêp oznaczać miało (por. rosyjskie kriepost’) twierdzę, fortecę, siłę, coś twardego. Sam przymiotnik („krzepki, tęgi, mocny”) znaczenia nie zmienił, ale już pokrewne „okrzepnąć”, „skrzepnąć” tak – znaczyły one niegdyś bowiem także „umrzeć” (ale tylko o niechrześcijanach tak mawiano!). „Chrześcijanie umierają, żyd skrzepł, pies zdycha”, zapisał Brückner, cytując piętnastowieczną polszczyznę. Co nieco mówi nam to o ówczesnej obyczajowości, prawda?

A słowo „krewki”? Obecnie – to jest mniej więcej od połowy XIX stulecia do dziś – oznacza człowieka gwałtownego, pełnego temperamentu, wybuchowego. To rzecz zrozumiała, gdyż kojarzony jest powszechnie z „krwią” – tym symbolem życia, oczyszczenia, ale też zbrodni, dzikości. „Krew nie woda”, mawiano przecież, i „krew kogoś zalewa”. Ale osiemnastowieczny językoznawca Samuel Linde nie zna jeszcze takiego znaczenia – dla niego „krewki” to „ułomny, słaby”, także fizycznie. „Niewiasty od Litwy poimane, zabaczywszy (tj. zapomniawszy – przyp. red) o swoiey krewkości niewieściey, swoich stróżów, iako mogły, biły”, pisze.  Skąd ta różnica? Bo słowo „krewki” jeszcze w XV-XVI wieku – zapisywane jako „krechki” – oznaczało „kruchy”, pokrewny słowom „kruszyć”, „okruch”, czy – z moralnym już stemplem – „skruszyć, skrucha”. Gdy doszło do wymiany głosek, z czasem zmieniło się także znaczenie wyrazu: stare bowiem było już kompletnie nieczytelne.

Na własne oczy możemy dziś obserwować takie wypieranie znaczeń dawnych i kształtowanie się nowych na przykładzie słowa  „spolegliwy”. Spotykane już w dawnych słownikach (patrz: Słownik warszawski Karłowicza z 1915 r.), oznaczające kogoś godnego zaufania, kogoś, na kim można polegać, zostało spopularyzowane przez Tadeusza Kotarbińskiego w jego pracach poświęconych etyce. Kotarbiński stworzył tam wzorzec tzw. spolegliwego opiekuna, „wrażliwego na cudze potrzeby i skłonnego do pomagania”, model dobrego człowieka, który „nie spadł z zaświatów ani nie jest jakimś echem niezmiennego ideału”, gdyż, jak pisał filozof,  do przyzwoitego zachowania się nie jest potrzebna wiara, ale zwykła wrażliwość, której kryteria nie zmieniają się w czasie.. A jednak. Społeczeństwo nie tylko nie zainteresowało się spolegliwym opiekunem, ale i spacyfikowało samo słowo, nadając mu stygmat „kogoś, kto łatwo ustępuje i podporządkowuje się innym”. To potoczne znaczenie – do niedawna jeszcze uznawane za błąd i przyprawiające o palpitacje serca gorliwych polonistów – dziś już jest tak popularne, że weszło do oficjalnego słownika.

Czy mówi nam to coś o naszej współczesności? Nie odpowiem…

 

 

 

 

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 104)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*