Nowości

Kto zabił marszałkową?

Lato 1951 roku. Rybacy z Lazurowego Wybrzeża wyławiają stopę ludzką. Miejscowy patolog klasyfikuje ją jako stopę kobiety. Tydzień później nastolatek pod jednym z mostów koło Nicei znajduje worek, a w nim korpus kobiety bez głowy i kończyny. Pozostałe części ciała policja znajduje w miejscach oddalonych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Lato 1951 roku. Rybacy z Lazurowego Wybrzeża wyławiają stopę ludzką. Miejscowy patolog klasyfikuje ją jako stopę kobiety. Tydzień później nastolatek pod jednym z mostów koło Nicei znajduje worek, a w nim korpus kobiety bez głowy i kończyny. Pozostałe części ciała policja znajduje w miejscach oddalonych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Policja próbuje ustalić tożsamość zamordowanej. Początkowo poszukuje zaginionej obywatelki USA, gdyż ofiara ma na sobie amerykańska bieliznę, ale okazuje się, że jest to ślepy zaułek. W tym czasie żadna Amerykanka nie zaginęła. Z pomocą policji przychodzi sprzątaczka z Monte Carlo. Zgłasza na komisariacie zaginięcie swojej pracodawczyni. Rozkawałkowane zwłoki identyfikuje jako jej szczątki. Zamordowana to nie Amerykanka, ale Polka, Marta Rydzowa – wdowa po marszałku Edwardzie Rydzu-Śmigłym. Policja rozpoczyna poszukiwania sprawcy lub sprawców morderstwa.

Marta Thomas

bo takie ofiara nosiła panieńskie nazwisko, zaraz po maturze zdanej w Żytomierzu, wyszła za mąż za Jana Zalewskiego, dziedzica sporego majątku ziemskiego. Krótko byli razem, bo po wybuchu I wojny światowej jej małżonek, jako rosyjski obywatel, został zmobilizowany i ruszył na front w stopniu porucznika. Żonie nakazał, by dla własnego bezpieczeństwa przeprowadziła się do Kijowa. Tam młoda małżonka znalazła nie tylko bezpieczne schronienie, ale również wdała się w namiętny romans z przystojnym i bogatym brunetem.

Ówczesna plotka głosiła, że małżonek – wróciwszy z frontu i rozmówiwszy się z żoną – chciał sprawę rozwiązać honorowo i zaproponował kochankowi Marty, by ten wziął z nią ślub. Ten go jednak wyśmiał. Wtedy porucznik Zaleski wpadł w furię i wpakował w mężczyznę cały magazynek rewolweru. Sąd wojskowy potraktował to zabójstwo jako zabójstwo w afekcie i skazał Zaleskiego na degradację oraz wysłanie na front.

Marta Zaleska

stratą kochanka specjalnie się nie przejęła, losem męża również się nie interesowała, a nazwiska póki co nie zamierzała zmieniać. Miała bowiem nową pasję. Była kurierką jednej z grup polskiego podziemia niepodległościowego. W 1918 roku do Kijowa przyjechał Edward Rydz-Śmigły, który na Ukrainie sondował możliwość włączenia tamtejszych grup konspiracyjnych do organizowanej Polskiej Organizacji Wojskowej. W trakcie któregoś z konspiracyjnych spotkań poznał urodziwą kurierkę i w zasadzie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Związek ich nabrał intensywności, kiedy kurierka stała się podwładną Rydza-Śmigłego w Polskiej Organizacji Wojskowej.

Dwa lata później, już w niepodległej Polsce, Edward Rydz-Śmigły, już jako generał, domagał się dla niej za tę działalność Krzyża Walecznych. Jednak Naczelne Dowództwo zwlekało z podjęciem decyzji, gdyż bohaterskie czyny niepodległościowe pani Marty były bardzo mocno zakonspirowane. Naczelne Dowództwo zmieniło zdanie dopiero wtedy, gdy dzielna kurierka wyszła za mąż za generała.

Marta Rydz-Śmigła

miewała zaburzenia na tle nerwowym. Bywała męcząca i opryskliwa zarówno w towarzystwie, jak i wobec służby. Jej reakcje bywały egzaltowane na granicy histerii.  Niewykluczone, że to przez kłopoty nerwowe narażała reputację męża na szwank. Plotka mówi, że flirtowała z oficerami, prowadząc ich do swojego mieszkania, gdzie oczywiście drzwi otwierał sam generał Rydz-Śmigły. Oficerowie wpadali w popłoch. Potrafiła też pojawić się przy mężu w rękawiczkach, tłumacząc, że jest na niego uczulona.

Przyjaciel Rydza, antykwariusz Franciszek Studziński, mówił, że generał po wojnie 1920 r. zmienił się „nie do poznania”. Z odważnego i sympatycznego mężczyzny stał się apatyczny, jakby wypalony. Trudno przypuszczać, by uznawał swoje małżeństwo za udane i szczęśliwe. Ale Śmigły-Rydz (zmienił kolejność członów nazwiska) po śmierci marszałka Piłsudskiego stał się niejako jego sukcesorem, otrzymał godność Marszałka Polski i zanosiło się na to, że po Ignacym Mościckim zostanie kolejnym prezydentem, zaś pani Marta – pierwszą damą.

Pani marszałkowa

w 1938 r. wyjechała na stałe do Francji. Jej mieszkanie w Monte Carlo było utrzymywane ze środków Oddziału II Sztabu Generalnego. Na parę tygodni przed wybuchem wojny wróciła jednak do Warszawy. Wraz ze służącymi, kucharkami oraz oficerami ochraniającymi rodzinę Śmigłego zapakowała meble i inne co bardziej cenne przedmioty z majątku marszałka na dwie ciężarówki i cały ten dobytek wywiozła do Rumunii. Tam trafiły do budynku polskiej ambasady w Bukareszcie, a następnie Marta Rydzowa przewiozła je do Francji. Z mężem spotkała się jeszcze tylko raz – nad Balatonem, jesienią 1940 r. W zasadzie nie był już jej do niczego potrzebny. Pozbawiony wszelkich państwowych funkcji był dla niej po prostu nikim.

Marta Rydz 

przeżyła w Monte Carlo kilkanaście lat, nigdy nie narzekając na przesadne niewygody. Grała w kasynach i pokazywała się z coraz młodszymi mężczyznami. Skąd miała środki na życie na tym poziomie?

Oficer lotnictwa Marian Romeyko, który podczas wojny pracował dla polskiego wywiadu, a potem mieszkał w tych samych co Rydzowa stronach, pisał po latach: „Całe prywatno-państwowe(?) mienie ostatniego marszałka Polski było wyprzedawane – hurtem i w detalu, na lewo i na prawo”.

Dotyczyło to sreber, dywanów, historycznych ryngrafów i dzieł sztuki. Rok przed śmiercią Rydzowa sprzedała za 750 tys. franków szablę koronacyjną króla Augusta II, którą marszałek otrzymał był podczas defilady wojskowej w 1936 r.

Parę dni przed śmiercią pożyczyła kilkaset tysięcy franków zaprzyjaźnionemu małżeństwu Romanowskich (tj. zięciowi generała Andersa i jego córce) – potem nawet na moment ich aresztowano pod zarzutem jej zabójstwa, ale nie udało się przypisać im motywu ani znaleźć jakichkolwiek dowodów przeciw nim. Wiadomo, że z mieszkania Rydzowej znikły kosztowności, złoto, brylanty i sporo waluty. Czyżby więc morderstwo miało po prostu tło rabunkowe?

Do nasilenia spekulacji przyczyniła się francuska policja, która do rozwiązania sprawy nieprzesadnie się przykładała. Przyjęto, że zabójcą jest najprawdopodobniej ktoś spośród 290 „kontaktów” z notesu wdowy po marszałku – przecieki z policji wskazywały, że wśród jej bliższych i dalszych znajomych były „grube ryby” śródziemnomorskiego przemytu; niewykluczone, że polscy emigranci. Ale zabójcy nigdy nie znaleziono.

Pojawiały się też teorie

że śmierć Marty Rydzowej miała jeszcze inną przyczynę. Z mieszkania wdowy zginęły bowiem nie tylko kosztowności, ale i wszystkie dokumenty pozostałe po marszałku. Wśród nich miały być m.in. listy pisane do żony z Węgier i Warszawy, ale przede wszystkim – dziennik. Zapiski po śmierci Śmigłego miał dostarczyć do Nicei Michał Ejgin, oficer z jego kancelarii.

Dziennik miał skrywać wielkie tajemnice polityczne czasu wojny. Obejmować miały one m.in. zapis tajnych negocjacji Śmigłego z czasu pobytu na Węgrzech. Śmigły miał próbować pertraktować z Niemcami na temat wspólnej antybolszewickiej krucjaty oraz formować alternatywny polski rząd. Oczywiście byłoby to wbijanie klina w polskie podziemie i w ogóle w udział Polski w sojuszu przeciw Hitlerowi.

Poeta Jan Lechoń w prowadzonym za oceanem „Dzienniku” odnotowuje: „Nie jest to oczywiście przypadek, że tak zacząwszy, tak zginęła”.

(wykorzystano informacje zamieszczone na portalu onet.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*