Łuna nad Breslau

W nocy z 9 na 10 listopada grupy członków SA, SS i Hitlerjugend, poprzebieranych dla niepoznaki w cywilne ubrania, zaczęły dewastować żydowskie sklepy, instytucje i synagogi, organizowały też obławy na ludzi. To, co w kolejnych godzinach i dniach miało rozegrać się w Rzeszy, jeden z brytyjskich dyplomatów określił jako barbarzyńskie, średniowieczne siły, które zerwały się z uwięzi.

„Dziś jest 9 listopada, zatrważający dzień w historii. Minęło już dwadzieścia lat od wybuchu rewolucji w Berlinie, którą widziałem na własne oczy, i piętnaście od tych dni w Monachium, które stanowiły zaczątek narodowego socjalizmu! Ileż to człowiek przeżył od tamtych wydarzeń”. 

Te słowa Willy Cohn, historyk i nauczyciel gimnazjalny w przedwojennym Wrocławiu, zapisał w tamten listopadowy i mglisty poranek 1938 roku, gdy zasiadł, jak zwykle, do pisania swojego dziennika. Dwa dni wcześniej w Paryżu postrzelono śmiertelnie trzeciego sekretarza ambasady niemieckiej, Ernsta vom Ratha. Sprawcą okazał się młody siedemnastoletni Żyd, niejaki Herschel Grynszpan*.

Cohn przeczuwał, że zamach zostanie wykorzystany przez nazistów do pokazowej akcji odwetowej, i martwił się tym bardzo: Liczę się z rekwizycjami, aresztowaniami, być może także z wstrzymaniem żydowskich emerytur i tak dalej. To jest nieuniknione, a ten tchórzliwy czyn (…) odciśnie piętno na życiu każdego z nas. Tego, co miało nastąpić, z pewnością się jednak nie spodziewał.

Tymczasem

w Monachium, 

gdzie kierownictwo NSDAP świętowało właśnie kolejną rocznicę puczu listopadowego, na mównicy szalał minister propagandy Joseph Goebbels, wygłaszając tyrady przeciwko „międzynarodowej bandzie żydowskich zbrodniarzy” i zapowiadając, że jeśli – w obliczu śmierci dyplomaty – „słuszny gniew ludu” się objawi, partia nie będzie mu w żaden sposób przeciwdziałać.

Przekaz był na tyle jasny, że dwie godziny później Heinrich Müller, generał-porucznik policji, rozsyłał już do wszystkich jednostek gestapo pilny komunikat, zaczynający się od słów: „Wkrótce odbędą się w całej Rzeszy akcje przeciwko Żydom, skierowane zwłaszcza przeciw ich synagogom. Nie należy ich utrudniać”.

To, co w kolejnych godzinach i dniach miało rozegrać się w Rzeszy, jeden z brytyjskich dyplomatów określił jako barbarzyńskie, średniowieczne siły, które zerwały się z uwięzi.

Już w nocy z 9 na 10 listopada grupy członków SA, SS i Hitlerjugend, poprzebieranych dla niepoznaki w cywilne ubrania, zaczęły dewastować żydowskie sklepy, instytucje i synagogi, organizowały też obławy na ludzi. Akcja objęła wszystkie miasta i niemal każdą wieś niemiecką.

Breslau,

czwartek.

Nie mam pojęcia od czego zacząć te zapiski – pisał 10 listopada Willy Cohn. – W nocy doszło do ciężkich zamieszek. Mleczarz powiedział rano mojej żonie, że podpalono Nową Synagogę, a sklepy zdemolowano. Tymczasem Ruth wróciła do domu ze szkoły – odwołano lekcje. Zdemolowano również drogerię Rosenbauma. Wczoraj usłyszałem, że wszystkie imprezy żydowskie i wydawanie prasy żydowskiej zawieszono na kwartał. 

I parę godzin później: Wygląda na to, że w mieście źle się dzieje! (…) Obywatele żydowscy są prewencyjnie aresztowani (…) Zniszczono wszystkie żydowskie sklepy. 

 

W kolejnym dniu Cohn notuje: Zajmowałem się moimi znaczkami pocztowymi, kiedy weszła Trudi i powiedziała, że zabierają ludzi z Opitzstrasse [ul. Żelazna, na której mieszkała rodzina Cohnów – przyp. red.]. Poprosiła mnie, żebym poszedł na krótki spacer. (…) I tak poszedłem, korzystając z pięknej pogody, aż do cmentarza Grabiszyńskiego. (…) Od czasu do czasu widziałem eleganckie prywatne samochody z ludźmi z SS, którzy prawdopodobnie przeprowadzali dzisiejszą akcję. 

 

Bardziej szczegółowo o listopadowych wypadkach pisze w swoim dzienniku Walter Tausk, wrocławski kupiec i dekorator wnętrz o literackim zacięciu, czego zresztą dziennik jest najlepszym dowodem. Tausk, w odróżnieniu od Cohna, nie bał się w tych dramatycznych dniach wychodzić na ulicę – a to ze względu na, jak to określał, swój „iście katolicki” wygląd –  więcej więc widział i wiedział.

Niepokój zaczął się już

przed godziną drugą

z 9 na 10 listopada, relacjonuje Tausk. Wrocławski rynek został zamknięty, zatrzymywano spóźnionych przechodniów, wyławiając spośród nich mężczyzn, którzy mogliby zasilić oddziały pomocnicze „ludu” targanego gniewem. Łomotem w drzwi obudzono odźwiernego Synagogi Am Anger [na Wygonie, dzisiejsza ul. Łąkowa], którą zniszczono i podpalono – olbrzymi gmach palił się niemal dwa dni, ale SS nie pozwoliło reagować straży pożarnej. To, co ostało się ze świątyni, wysadzono w powietrze 18 listopada.

Gdy w czwartkowy ranek Tausk wyszedł na ulice, zobaczył splądrowane magazyny, rozbite witryny i wybebeszone wnętrza żydowskich sklepów. Na chodnikach walały się porozrzucane pudełka, potłuczone flakony, wdeptane w bruk towary. Tam, gdzie sklepy były zbyt dobrze zabezpieczone, po drabinach włażono na piętra i stamtąd działano. Całkiem jak włamywacze. Do firm „Centaver” na Schmiedebrücke [ul. Kuźnicza] nie można było dostać się od frontu, więc wzięto się do dzieła z tyłu, od Schuhbrücke [ul. Szewska]. (…) Widziałem całe mnóstwo dzieci – samych i pod opieką rodzicówklaszczących z radości w ręce. (..) Bliżej Prezydium policji zobaczyłem szybko mknące samochody pogotowia policyjnego, które nadjeżdżały na głośnych sygnałach od strony południowego Wrocławia i wiozły aresztowanych mężczyzn żydowskich. Zbite szpalery ludzi na skrzyżowaniu Tauentzienstrasse i Hoefchenstrasse [ul. Kościuszki i Zielińskiego] ryczały przy każdym aucie: „Powiesić!”.

Do miasta wprost z Berlina ściągnięto 500 dodatkowych funkcjonariuszy policji oraz duży oddział ze szkoły policyjnej w Ząbkowicach Śl. W sumie w tych dniach aresztowano 2 200 osób, czyli dziesięć procent  społeczności żydowskiej przedwojennego Wrocławia. W całej Rzeszy – ponad 26 tysięcy. Trafiły do obozów koncentracyjnych – w Buchenwaldzie, w Neuhammer, w Oranienburgu. Wśród wyciąganych z domu, przerażonych, zdezorientowanych i poniżanych ludzi nierzadkie były przypadki samobójstw, tych jednak akurat nikt nie liczył.

Aresztowanych było tak wielu, że już 12 listopada obóz w Buchenwaldzie całkowicie się zapełnił, co zmusiło Himmlera do wydania rozkazu zwolnienia wszystkich Żydów powyżej pięćdziesiątego roku życia, którzy siedzieli jeszcze w prewencyjnych aresztach.

Podczas tych 

burzliwych dni

widziało się, jakich półzwierzaków może zrobić odpowiednia tresura z tłumu niedojrzałego politycznie i duchowo, dla którego wszystkim jest mundur i tzw. „bohaterstwo”, niemającego jednocześnie pojęcia o bohaterstwie prawdziwym. Ujrzano również, jak poniżej stanu człowieczego i zwierzęcego znaleźć się może naród, którego życie duchowe zbankrutowało całkowicie po kilkuletniej inflacji ducha, pisze Tausk.

W dzienniku wspomina o makabrycznych zajściach w swojej rodzinnej Trzebnicy, gdzie pod płonącą synagogę spędzono tamtejszych Żydów, dokładnie ich skrępowano, ogolono głowy i kazano krzyczeć „Jesteśmy zdrajcami! Jesteśmy przestępcami!”. Cytuje odczytywane w radiu, między programami, obraźliwe wierszyki „Wieśniak pracuje, Żyd oszukuje” i „Murarz buduje, Żyd kombinuje”; odnotowuje, gdy na ławkach przy Hindenburgplatz [pl. Powstańców Śl.], w Parku Południowym i na innych skwerach pojawiły się napisy „Żydom siadać nie wolno”. Sprawiedliwie napomyka o Aryjczykach, których aresztowano, gdyż ośmielili się krytykować politykę władz, i tych chrześcijańskich duchownych, których dotknęły represje, bo wznosili modły błagalne za Żydów.

Czasami do głosu dochodzi zwątpienie i gorycz: Ktoś może mnie zapytać: po co te notatki, po co ten wysiłek włożony w moje oburzenie, pewnego dnia przestaniesz przecież istnieć, pewnego dnia zostaniesz tak samo dokładnie zapomniany (w tych szybko przeżywanych czasach) jak wydarzenia ubiegłego tygodnia. I co wtedy wart będzie twój sąd? Całkowita zgoda! Ale ja piszę, ponieważ inaczej już nie potrafię.

Opinia międzynarodowa

zareagowała

na listopadowe wypadki wyjątkowo powściągliwie. W Nowym Jorku odbyły się co prawda demonstracje, jednak dużo liczniejsze – i chronione przez policję – grono obywateli zebrała antydemonstracja tamtejszych zwolenników Hitlera, która ukazywała Rzeszę jako ostatni bastion walki z niebezpiecznym komunizmem. Francja również oficjalnie nie potępiła pogromu nazwanego później „nocą kryształową” – za to z wielkimi honorami przyjmowała ministra spraw zagranicznych Rzeszy, Ribbentropa, gdy ten przyjechał z wizytą państwową. Wielka Brytania załatwiała swoje polityczne interesy, więc – by nie drażnić Arabów w Palestynie, których poparcie było jej potrzebne dla ochrony Kanału Sueskiego – znacznie ograniczyła w następnych miesiącach imigrację żydowską, co Berlin przyjął jak zielone światło dla swoich zamierzeń co do „kwestii żydowskiej”. Pętla zaczęła się zaciskać.

Postscriptum

21 listopada 1941 roku Willy Cohn wraz z żoną i dwiema małymi córeczkami został wyciągnięty z domu i przewieziony, wraz z tysiącem innych wrocławskich Żydów, do punktu zbiorczego przy Dworcu Nadodrze, skąd bydlęcymi wagonami  wywieziono ich do Kowna na Litwie.

Cztery dni później w tę samą drogę ruszył Walter Tausk.

Żaden z nich nie powrócił.

Prawdopodobnie zostali rozstrzelani pod murami Fortu IX, miejsca kaźni 100 tysięcy Żydów, przywożonych do Kowna z całej Europy.

Cytowane w tekście fragmenty pochodzą z książek: 

Willy Cohn, Dziennik z Breslau 1933-1941, Żadnego prawa – nigdzie, tłum. Viktor Grotowicz, Via Nova 2010 

oraz 

Walter Tausk, Dżuma w mieście Breslau, tłum. Ryszard Kincel, Książka i Wiedza 1973

* Bezpośrednim impulsem do zamachu miała być rozpaczliwa kartka pocztowa, jaką Herschel Grynszpan otrzymał od ojca, polskiego Żyda z Hanoweru, który wraz z tysiącami innych polskich Żydów został w październiku 1938 r. wydalony z Rzeszy i w tragicznych warunkach tułał się tuż za polską granicą po barakach i chlewach, bez środków do życia.

Niektórzy do dziś spierają się, czy owa kartka – i późniejszy zamach – były inspirowane przez agentów Reinharda Heydricha, który chętnie posługiwał się podobnymi prowokacjami. Fakt, że ofiara mordu była „politycznie niepewna”, uprawdopodabnia te domysły – bezpośrednich dowodów na to jednak brak.

Swoich zwolenników ma też hipoteza o charakterze obyczajowym – mniej heroiczna, zatem i cytowana mniej chętnie. Otóż Ernsta vom Ratha, znanego rzekomo doskonale w paryskim homoseksualnym półświatku i zwanego tam pieszczotliwie „ambasadorową”, oraz młodego Grynszpana połączyć miał romans, którego nieszczęśliwym finałem był właśnie strzał w ambasadzie. To mogłoby z kolei tłumaczyć, dlaczego do procesu Grynszpana, choć były takie przymiarki, nigdy nie doszło.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 104)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*