Nowości

Pany i chamy czyli rozprawa o premii szefa i galicyjskim chłopie

Przez długi czas tabloidy, posłowie i ministrowie żyli sprawą premii pewnego szefa. Sprawa z pozoru wydaje się banalna – jakiś pan ma dostać pół miliona premii za to, że był szefem państwowej spółki. Takich zdarzeń było i jest bez liku: wielomilionowe premie i odprawy (nawet po kilkutygodniowej pracy) otrzymywali szefowie Orlenu, TVP, Lotosu, KGHM, różnych stoczni, kopalni.

Przez długi czas tabloidy, posłowie i ministrowie żyli sprawą premii pewnego szefa. Sprawa z pozoru wydaje się banalna – jakiś pan ma dostać pół miliona premii za to, że był szefem państwowej spółki. Takich zdarzeń było i jest bez liku: wielomilionowe premie i odprawy (nawet po kilkutygodniowej pracy) otrzymywali szefowie Orlenu, TVP, Lotosu, KGHM, różnych stoczni, kopalni.

Tym razem jednak opinią publiczną zatrzęsło i aż sam premier musiał wyrazić stosowne oburzenie. Dlaczego? Odpowiadam: bo naruszone zostało poczucie sprawiedliwości. Chociaż, w odróżnieniu od wielu innych nagradzanych milionami, ten pan przynajmniej zbudował wielki stadion, chociaż, faktycznie – nie w obiecanym terminie.

Tym razem jednak miarka się przebrała. Zauważmy też, że w tle są  zainicjowane na Wall Street w Nowym Jorku nieustające od miesięcy manifestacje tzw. „oburzonych”, protestujących we wszystkich europejskich stolicach i większych miastach (również we Wrocławiu) przeciw skandalicznym dochodom wielkiej finansjery i zwalaniu kosztów kryzysu na „lud pracujący”. W tle są przygotowywane przez wszystkie rządy UE drastyczne cięcia wydatków publicznych, u nas dodatkowo podwyższenie wieku emerytalnego i podatków i ani słowa o obciążaniu lub obarczaniu odpowiedzialnością odpowiedzialnych za kryzys finansowy elit.


W tle wydarzeń jest więc głęboki kryzys zaufania do państwa, do elit politycznych, kwestionowanie neoliberalnego porządku, czyli kryzys poczucia sprawiedliwości.

Prawda, że rozumienie sprawiedliwości, jak i wartości pracy na przestrzeni dziejów zmieniały się drastycznie. Jeszcze 200 lat temu chłop w Galicji rozumiał, że musi pracować darmo na pańskim polu, oddawać panu różne daniny i że pan dziedzic ma karetę, pałac, meble na wysoki połysk, pięć koni do zabawy i piecze sobie całą świnię na obiad, zaś on, chłop, mieszka w jednej izbie z całą rodziną i trzodą, a słoninę widzi raz na miesiąc. Bo taki był naturalny porządek rzeczy, wola Boska (co potwierdzał zresztą ksiądz proboszcz kasując swoją dziesięcinę) i było to sprawiedliwe. Jeden rodził się panem, a drugi chamem i już!

Dzisiejszy galicyjski chłop (już nie cham!) za niesprawiedliwy uważa nawet postulat, aby sam sobie płacił składki ubezpieczeniowe na własną emeryturę! Tak to się wszystko zmieniło.

Zmieniło się, bo niezliczone na przestrzeni dziejów wybuchały bunty, rabacje i rewolucje, kiedy panowie przekraczali umowną, uznaną za jeszcze sprawiedliwą granicę eksploatacji chamów. I po każdej takiej rewolucji ta granica się przesuwała.

Bo źródłem postępu jest chciwość. I gdyby ludzka chciwość była w stanie się poskramiać, żylibyśmy jeszcze w jaskiniach.

To stwierdzenie nie jest w żadnym razie odkrywcze. Święty dla wszystkich rynkowych liberałów mędrzec, zmarły pod koniec XVIII wieku Adam Smith uważał, że żądza zysku jest kluczową motywacją ludzkich działań (aczkolwiek pochwała grzechu chciwości nie przyszłaby mu do głowy). Jego niewidzialna ręka rynku to napędzany indywidualną potrzebą zysku mechanizm rynkowy zdolny do samodzielnej regulacji procesu zaspokajania potrzeb społecznych. „Mając na uwadze swój własny interes człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście” – pisał Adam Smith w roku 1776.

W tym czasie nasz galicyjski chłop odrabiał jeszcze pańszczyznę. Interes dziedzica, owszem, współgrał z interesem społeczeństwa: bo kwitła produkcja żywności, a po odrobieniu pańszczyzny mógł chłop zająć się własnym polem. I temu chłopu nie świtała myśl, że zaspakajanie w ten sposób interesów dziedzica, choć tak ogólnie pożyteczne, może być niesprawiedliwe.

Że darmowe robienie na pańskim polu i branie kijów za opieszałość jest niesprawiedliwe i może nie być „prawem naturalnym” – to zaczęło się przebijać do chłopskiej galicyjskiej świadomości na skutek wydarzeń historycznych, kiedy w pruskim zaborze Fryderyk Wilhelm (po Rewolucji Francuskiej zresztą) przezornie zniósł pańszczyznę w 1807. W tych okolicznościach stała się ta pańszczyzna i dla galicyjskiego chłopa tak niesprawiedliwa, że chwycił za kosy! I pod presją powstania krakowskiego i rzezi galicyjskiej zniesiono ją na terenie zaboru austriackiego w roku 1848.

Chciwość jest tolerowana, ale chciwość sprawiedliwa. Mądra władza – jak król pruski – czuje, kiedy stara sprawiedliwość już się zużyła i zapobiega rewolucji czyniąc nową sprawiedliwość.

Na tej zasadzie wprowadzano prawa pracownicze, które to prawa (na przykład 8-godzinny dzień pracy czy gwarantowane stawki) jeszcze dla Henry’ego Forda – ikony kapitalistycznego postępu – stanowiły niedopuszczalny gwałt na wolnościach obywatelskich i bożym porządku świata.

I teraz możemy wrócić do głównego – sprawiedliwej płacy. Wspomniany Adam Smith uważał,  że trzeba pracownikowi płacić tyle, za ile gotów jest pracować. I tak uważa ponad 200 lat później, po wszystkich rewolucjach i ewolucjach, elita gospodarcza i finansowa współczesnego świata. To niewiarygodne, ale tak jest! U nas wystarczy posłuchać, co mówią wybitni przedstawiciele gospodarczy polskiego Business Center Club, goście z Konfederacji Pracodawców Polskich, panowie z otoczenia Leszka Balcerowicza i z otoczenia premiera Tuska.

Oni wszyscy mówią, że tzw. ustawa kominowa jest niedopuszczalnym skandalem na wolnym rynku i niszczy spółki Skarbu Państwa. Oni mówią, że żaden wybitny menager nie przyjdzie za te nędzne 20 tysięcy prezesować państwowej spółce, jeśli w prywatnej korporacji czy banku może zarobić miesięcznie 100 tysięcy albo nawet pół miliona.

To oczywiście kłamstwo. Po pierwsze i najważniejsze dlatego, że nie tylko chciwość i żądza zysku motywuje ludzi do pracy. Nie mniej znaczące są motywacje ambicjonalne, chęć samorealizacji, spełnienia się, działalności dla dobra publicznego, pozostawienia po sobie śladu w pamięci pokoleń.

Nie tylko polski premier pracuje za połowę płacy dyrektora podrzędnego bankowego oddziału czy szefa marketingu fabryki butów i walczy o tę posadę.

I jest kłamliwym twierdzenie, że nie znalazłby się wybitny menager gotowy współdecydować o gospodarczym kształcie państwa czy organizować pracę dziesiątków nieraz tysięcy ludzi tylko dlatego, że jest ustawa kominowa. Bo są też ludzie ambitni, a nie tylko chciwi, najczęściej zresztą partyjni kumple…

Dr Jan Wyżykowski, który odkrył największe nasze narodowe bogactwo, lubińskie złoża miedzi, zarabiał na AGH w latach 60. jakieś 2 tysiące, a Nagrodę Państwową za to odkrycie otrzymał w niebotycznej wysokości 20 tysięcy. W latach siedemdziesiątych szefowie miedziowego kombinatu zarabiali po około 30 tysięcy miesięcznie. Wiem, uczeni z IPN już nas przekonali, że system był zbrodniczy, ale akurat to Wyżykowski rwał w te pola dzikie robić odwierty i nie dla premii. Ci, którzy budowali Kombinat, kopalnie, huty, Lubin, Głogów i Polkowice – nie pracowali dla pieniędzy. Byłem, widziałem, wiem, co mówię. Owszem, kadra zarabiała doskonale – pod koniec lat 70. prezes KGHM brał około 40 tysięcy – ale doprawdy sprawiedliwie: płaca szefa tych wszystkich hut i kopalń stanowiła pięciokrotność płacy sztygara zmianowego. Takie były proporcje.

Zostawmy jednak zbrodniczą komunę (przywołaną, zaznaczam, wyłącznie, aby pokazać, że nie tylko żądza pieniędzy motywuje ludzi do pracy) i wróćmy do miłościwie nam panującego kapitalizmu. Kapitalizm to własność i „niewidzialna ręka rynku” będzie racjonalna w działaniu tylko w świecie gospodarki autentycznie prywatnej. I to działa nadal w świecie małego biznesu.

Ale dzisiaj nie ma znanych z nazwiska właścicieli fabryk, banków, kolei, linii lotniczych… W globalnym świecie właścicielami korporacji są inne korporacje.

Dzisiaj w Polsce prywatyzacja wielkiej państwowej firmy nie jest żadną prywatyzacją, ale całkowitym już rozmyciem własności i odpowiedzialności; oznacza zmianę konkretnego właściciela – państwa – na niezidentyfikowaną gromadę akcjonariuszy. I w imieniu tych akcjonariuszy rządy w tej globalnej gospodarce i finansach przejęli menagerowie. Nowa kasta braminów globalnego świata, nowa arystokracja, w której się jest z racji urodzenia i koneksji (przy okazji kończy się Harvard czy Princeton), a nie tytułu własności, czyli odpowiedzialności. Bo zarządza się przecież cudzym: z cudzego można sobie i kolegom płacić dowolnie dużo milionów.

Przecież iskrą, która spowodowała wybuch protestów na Wall Street były niebotyczne, sięgające setek milionów dolarów premie dla zarządów korporacji finansowych, które spowodowały kryzys i które, na dodatek, przed bankructwem uratowały pieniądze podatników!

Ale zgodnie z nowym neoliberalnym prawem naturalnym wartość pracy menagera określa wyłącznie kontrakt podpisany z nim przez drugiego menagera.

W Polsce ta ideologia pozwala elicie powszechnie i jawnie omijać „ustawę kominową”. Najczęściej poprzez wynagrodzenia z tytułu zasiadania w radach nadzorczych licznych spółek czy udzielania doskonale płatnych „konsultacji”. Prezes państwowego koncernu ENEA – jak doniosły gazety – zarabia nie dozwolone 20, ale już 80 tysięcy plus premie. Prezes KGHM zarobił w ubiegłym roku blisko 1,4 miliona. I tak jest wszędzie: złożone z zaufanych działaczy i przyjaciół partyjnych rady nadzorcze (ulubieńcy władzy zarabiają w nich nawet pod 100 tysięcy rocznie) realizują ideowe przykazanie sprawiedliwości płacowej: żadnych barier dla elity!

Sprawiedliwość natomiast – zdaniem neoliberalnych ideologów – polega na tym, żeby chamom też można było płacić bez żadnych ograniczeń. Czyli dowolnie mało, żadnej tam płacy minimalnej, bo to też gwałt na prawach i wolnościach. I dlatego w Polsce przy średniej płacy bliskiej już 4 tysiącom brutto (ok. 2600 na rękę) aż 64 procent zatrudnionych zarabia poniżej tej średniej, a prawie połowa z nich przynosi do domu płacę bliską minimalnej (ok. 1200 złotych na rękę).

Przez ostatnich 20 lat panowania neoliberalnej ideologii w całym zachodnim świecie biedni stali się biedniejsi, a bogaci – bogatsi. Wielotysięczne burzliwe manifestacje na ulicach europejskich miast są reakcją na bezbrzeżną chciwość i absolutną bezwstydność elit. I dlatego niektórzy mądrzy ludzie wieszczą, że to jest początek wielkiej rewolucji, a jeden z najbogatszych ludzi świata, Warren Buffett zaapelował do bogatych, żeby jednak płacili większe podatki. Tymczasem w Polsce, po obniżeniu przez PO i PiS podatków dla najbogatszych, po zniesieniu podatku spadkowego (nawet Amerykanie się na to nie odważyli) trwa przyspieszone oddawanie państwowych lub samorządowych dóbr – łąk, lasów, pól, szkół, szpitali i kamienic oraz pałaców – hrabiom, książętom, spadkobiercom fabrykantów i Kościołowi rzecz jasna. O biednych pomyśli się później…
Chyba, że chamy chwycą za kosy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*