Stan bezdomności

Większości z nas kojarzy się jak najgorzej – ma twarz dworcowego kloszarda, ulicznego żebraka, menela, który zasłużył sobie na swój marny los. To mit, w dodatku bardzo szkodliwy, mówią praktycy na co dzień zajmujący się problematyką bezdomności. I przypominają, że ma ona także krańcowo odmienne oblicza: kobiet uciekających przed przemocą, starych ludzi, dla których zabrakło nagle miejsca w domu, samotnych matek i ich dzieci… Jest niczym lustro, obnażające wszystkie słabości naszego systemu.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Większości z nas kojarzy się jak najgorzej – ma twarz dworcowego kloszarda, ulicznego żebraka, menela, który zasłużył sobie na swój marny los. To mit, w dodatku bardzo szkodliwy, mówią praktycy na co dzień zajmujący się problematyką bezdomności. I przypominają, że ma ona także krańcowo odmienne oblicza: kobiet uciekających przed przemocą, starych ludzi, dla których zabrakło nagle miejsca w domu, samotnych matek i ich dzieci… Jest niczym lustro, obnażające wszystkie słabości naszego systemu.
Nie ma żadnych ogólnokrajowych statystyk, badań czy analiz, nie wiemy więc nawet dokładnie, ilu ich jest. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w swojej „Diagnozie bezdomności w Polsce” szacuje, że około 30 tysięcy. W innej swojej publikacji (raport z programu dotacyjnego z 2007 roku) wspomina jednak o 80 tysiącach osób bezdomnych, które skorzystały z różnych form pomocy. Organizacje pozarządowe twierdzą, że gdyby dodać do tego bezdomność ukrytą, całą tę szarą strefę – ludzi pozostających czasowo bez dachu nad głową, pomieszkujących okresowo kątem u rodziny – byłoby ich nawet trzykrotnie więcej.
Podstawą systemu pomocowego
są schroniska i noclegownie

W Polsce istnieje 625 takich placówek, prowadzonych przez blisko sto organizacji –  i tych dużych, jak Caritas Polska czy Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta, i tych mniejszych, działających lokalnie. „Liczba miejsc noclegowych zaspokaja popyt – pisze MPiPS w swojej „Diagnozie”. – Inną kwestią jest to, że standard wyposażenia, stan techniczny budynków w wielu placówkach oraz jakość oferowanych usług pomocowych jest często bardzo niska. Szereg placówek wymaga gruntownych remontów i modernizacji”. Realia są jednak takie, że gminne środki, przeznaczane na finansowanie placówek (w myśl ustawy o pomocy społecznej to właśnie gminy odpowiadają za zapewnienie schronienia, odzieży, usług opiekuńczych i przynajmniej jednego ciepłego posiłku dziennie osobom pozostającym bez dachu nad głową) z trudem wystarczają na pokrycie bieżących potrzeb, nie mówiąc już o poważniejszych inwestycjach.
Wrocławska gmina na dofinansowanie schronisk i noclegowni dla bezdomnych (jest ich  w sumie 11) wydaje rocznie ok. 2 mln zł. Na żywność i dofinansowanie jadłodajni – ok. 900 tys. zł, na pomoc finansową (zasiłki celowe i okresowe) – ok. 580 tys. zł.
Tomasz Neumann, kierownik Zespołu ds. Osób Bezdomnych i Uchodźców Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej we Wrocławiu:
– Szacujemy, że w mieście przebywa do tysiąca osób bezdomnych. Trzeba jednak rozróżnić mieszkańców „placówkowych” od ludzi żyjących pod chmurką – spis powszechny ujawnił, że tych ostatnich jest około 450. Z naszej pomocy korzysta średnio 900 osób – nie wszystkie z nich to jednak osoby stricte bez dachu nad głową, niektóre nie mają zameldowania, ale mieszkają kątem u kogoś lub wynajmują pokój. Jakiej pomocy szukają najczęściej? Rzeczowej, jak odzież czy jedzenie, oraz finansowej.

Dwa lata temu paleta miejsc noclegowych (jest ich ok. 600) poszerzyła się o dodatkowych 100 miejsc dostępnych w działającej sezonowo, od grudnia do końca marca, miejskiej „ogrzewalni”. Obecnie, choć tegoroczna zima jest stosunkowo łagodna, korzysta z niej stale jakieś 70 osób.
– To ludzie, którzy egzystują poza systemem pomocy społecznej, nie chcą korzystać z form wsparcia czy placówek stacjonarnych, przychodzą się ogrzać, przespać, napić herbaty – mówi Tomasz Neumann. I dodaje: – Mamy wiele programów aktywizacyjnych, prowadzimy poradnictwo socjalne, oferujemy wsparcie terapeutyczne, ale najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, przełamanie bariery psychologicznej, zmotywowanie człowieka do działania. Czasem praca z jedną osobą trwa pół roku: by wyrobiła sobie dowód, zadbała o podstawowe sprawy, wyrwała się z marazmu, w którym tkwi.

Może dlatego, że jak wykazują badania socjologów z Uniwersytetu Gdańskiego, polscy bezdomni pozostają w stanie bezdomności średnio około 7 lat. A to już okres, w którym większość osiąga pełną fazę adaptacji – czyli, mówiąc krótko: godzi się ze swym losem.

W założeniu placówki stacjonarne
miały być tylko bazą tymczasową, etapem na drodze
powrotu do normalnego życia

W rzeczywistości zbyt często stają się miejscem docelowym, ostatnim schronieniem wszystkich tych bezdomnych – zniedołężniałych, schorowanych, z inwalidztwem, po zabiegach medycznych  – którzy wymagają długotrwałej opieki i nie bardzo wiadomo, co z nimi dalej począć. Czasami przywożeni są do schronisk wprost ze szpitali.

– To są problemy, z którymi borykamy się na co dzień – przyznaje Małgorzata Wróblewska, kierownik wrocławskiego Schroniska dla kobiet
i matek z dziećmi Towarzystwa Pomocy im św. Brata Alberta. – W zakładach opiekuńczo-leczniczych brakuje miejsc, na domy pomocy społecznej czeka się latami. My za to jesteśmy pod ręką.

W schronisku mieszkają obecnie 52 kobiety (w tym 6 matek i 9 dzieci), a  w   noclegowni (na którą składają się wyodrębnione w tym samym budynku trzy pokoje)  – 16 kobiet. Mają od 19 do 85 lat. Ponad 80 proc. z nich jest niesprawnych lub przewlekle chorych. Część – psychicznie: na schizofrenie, zaburzenia osobowości. Pozostają w ośrodku po kilka lat, na ogół w oczekiwaniu na miejsce w domu pomocy społecznej. Niektóre dożywają tutaj swoich dni. Szansę na usamodzielnienie się mają tylko nieliczne. Te zdrowe, zdeterminowane albo te, które mają dodatkową motywację – matki z dziećmi.

– Istnieją naprawdę świetne programy aktywizacyjne, kursy zawodowe i szkolenia, organizowane  przez wrocławskie Centrum Integracji Społecznej. Niektóre nasze pensjonariuszki z tego korzystają, kilka już znalazło pracę – mówi Małgorzata Wróblewska. – Ale co dalej? Dokąd mają pójść? Brakuje dalszego ogniwa: mieszkań chronionych, lokali socjalnych, całej tej bazy, która pozwoliłaby im usamodzielnić się, stanąć na nogi, wreszcie poczuć się bezpiecznie.


Według szacunków z 2006 roku
w Polsce brakowało ok. 300 tys. mieszkań komunalnych
i ok. 125 tys. lokali socjalnych

Stworzono więc Rządowy program wsparcia z Funduszu Dopłat tworzenia lokali socjalnych, mieszkań chronionych, noclegowni i domów dla bezdomnych. Założono, że dzięki programowi w ciągu 8 lat powstanie 100 tys. nowych lokali socjalnych  (w pierwszym roku jego trwania ok. 5,5 tysiąca, a potem, w  kolejnych latach, średnio po 13,5 tysiąca). Założenia były aż nadto optymistyczne – w 2007 roku dzięki Funduszowi powstało zaledwie 2,5 tys. mieszkań, w kolejnych latach było niewiele lepiej. Tak skromny wynik to – według Ministerstwa Pracy – rezultat „braku dostatecznie rozpowszechnionej informacji o możliwościach programu”, oponenci skłonni są jednak raczej przyczyn porażki upatrywać w niskim poziomie refundacji kosztów (30–40 proc. inwestycji). Jeszcze inaczej postrzega ten problem Najwyższa Izba Kontroli: „W latach 2007 do marca 2010 potrzeby gmin wyniosły 262 mln zł, natomiast do udzielenia finansowego wsparcia zakwalifikowano wnioski na kwotę 162 mln zł. Wysokość udzielanego przez budżet państwa wsparcia była też znacznie niższa od założeń rządowych, w których przyjęto, że dofinansowanie gmin w tych latach wyniesie ponad 1 mld złotych”.

Brak mieszkań socjalnych to jedno, drugie – to pogarszające się warunki mieszkaniowe tych, którzy mają jeszcze dach nad głową. Jak wylicza Piotr Olech, socjolog, pracownik socjalny, dyrektor biura Pomorskiego Forum na rzecz Wychodzenia z Bezdomności (raport pt. Wykluczenie mieszkaniowe): „6,5 mln Polaków mieszka bez wody, kanalizacji, w starych budynkach o złym stanie technicznym. 11,9 mln żyje w warunkach przeludnienia (więcej niż dwie osoby na izbę). 70 proc. młodych ludzi, w wieku od 18 do 29 lat, mieszka z rodzicami, co czwarta prawdopodobnie nigdy się nie wyprowadzi”.
O części z nich już dziś można powiedzieć, że są zagrożeni bezdomnością.

W kwietniu ubiegłego roku
grupa organizacji pozarządowych

wystosowała apel do premiera Tuska w sprawie rozpoczęcia prac nad zintegrowanym planem rozwiązywania problemu bezdomności. „Polska, przystępując do Unii Europejskiej, wzięła na siebie trudne zobowiązanie stopniowego podnoszenia poziomu życia społecznego i gospodarczego – piszą jego autorzy. – W tych zobowiązaniach nie można pominąć osób i grup słabszych społecznie i ekonomicznie. Fragmentaryczność działań powoduje, że dotychczas funkcjonująca polityka społeczna oraz rozwiązania systemowe w Polsce faktycznie bardziej zorientowane są na dostarczanie interwencyjnej i doraźnej pomocy ludziom bezdomnym niż na zapobieganie i rozwiązywanie problemu bezdomności”.

Tymczasem jednak zrodził się nowy problem, który już przyprawia społeczników o ból głowy. W sierpniu ubiegłego roku sejm przegłosował nowelizację ustawy o ochronie praw lokatorów, która dopuszcza odtąd możliwość przeprowadzania eksmisji (z braku lokali socjalnych) do mieszkań tymczasowych, schronisk dla bezdomnych lub noclegowni. Warszawska Rada Opiekuńcza dla Bezdomnych już zwróciła się do Rzecznika Praw Obywatelskich o sprawdzenie zgodności tych przepisów z Konstytucją: „W ciągu ostatniego miesiąca wiele warszawskich organizacji prowadzących schroniska otrzymało listy z urzędów dzielnic, informujące o konieczności zapewnienia miejsc dla osób eksmitowanych. Dzielnice oferowały przy tym pokrycie kosztów miesięcznego pobytu. A co po miesiącu? Specjaliści pracy socjalnej skupieni we WRO podkreślają, że w tak krótkim czasie nie jest możliwie przeprowadzenie jakiegokolwiek programu reintegracji społecznej”.

Póki co, warto jednak pochylić głowę nad konceptem ustawodawcy. Narodził się nam oto pionierski pomysł walki z mieszkaniową biedą. Ze wszech miar wart rozpropagowania… Pomysł jest wszak genialny w swej prostocie, nieskomplikowany w realizacji i tani – w końcu cała odpowiedzialność za rzesze ludzi zasiedlających miejskie noclegownie spadnie i tak na barki organizacji pozarządowych. Niech się martwią.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 101)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*