Szczerbate miasto

Wrocław przedwojenny był miastem gęstym, o zwartej i czytelnej strukturze, Wrocław współczesny cechuje dużo przestrzeni niczyjej, nijakiej, aspołecznej. Obecny boom budowlany sprzyja inwestycjom, buduje się więc coraz więcej i szybciej, ale czy ilość przechodzi w jakość? Niekoniecznie.

DSC_00851 fot. j.kaliszuk

 

 

– Na Zachodzie gospodarowanie zasobami miejskimi jest stabilniejsze, bardziej ewolucyjne i podlega czytelnej polityce społecznej. U nas odbywa się to raczej rewolucyjnie, a co za tym idzie, brakuje spokojnego wdrażania pewnych decyzji – mówi Tomasz Głowacki, architekt, adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, szef Pracowni Architektury Głowacki PAG. Rezultat? To, co powstaje, budowane jest często naprędce, bez pogłębionej analizy i środowiskowych dyskusji.

Jak zauważa
Gregor Thum w swojej słynnej książce „Obce miasto Wrocław 1945 i potem”, odbudowa Wrocławia nigdy nie była podporządkowana jakiemuś zamysłowi generalnemu – zmieniała się wraz ze zmianą gabinetów politycznych, ewaluowała w zależności od ewolucji koncepcji estetycznych i towarzyszących  im planów budowlanych, i miała – ogólnie rzecz biorąc – tendencje do improwizacji oraz pragmatycznych rozwiązań połowicznych. (To zresztą oraz chroniczne trudności gospodarcze, jak twierdzi Thum, miało swoją dobrą stronę, bo uratowało Wrocław przed „powojenną euforią modernizacji urbanistycznej” i zniszczeniem ocalałej historycznej zabudowy, co miało miejsce w niejednym europejskim mieście). Jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych historyk sztuki Tadeusz Chrzanowski pisał o Wrocławiu: „to jest wciąż, ileś lat po wojnie, miasto nieodbudowane. To jest miasto wykrotów i połaci, szczerb i zaniechań, z urbanistyką na papierze, a nie w przestrzeni”.

Dzisiejsi architekci wciąż mówią o Wrocławiu, że jego tkanka napełniona jest pustką, że sporo tu przestrzeni bezpańskiej, nieokreślonej, niczyjej.
– W przedwojennym Wrocławiu skonstruowano pewien urbanistyczny szkielet, który, choć przez wojnę poważnie nadszarpnięty, jest nadal czytelny. Niewiele więc potrzeba, aby wykorzystać to co jest, ale brakuje refleksji – twierdzi Tomasz Głowacki. – Weźmy choćby aktualny dziś problem opustoszałych powierzchni magazynowych i poprzemysłowych terenów w centrum, które od dawna stoją niewykorzystane, szpecąc miasto i rozbijając jego strukturę. Aż proszą się o to, by przystosować je do nowych potrzeb, wtopić w tkankę miasta. W Europie takie rzeczy się robi, u nas ciągle nie.

Wrocław rozrasta się
ale mało równomiernie – powstaje zapchane centrum i oddalone od niego, luźno z nim związane przedmieścia. To mechanizm tyle zrozumiały (na obrzeżach grunty są tańsze), co niebezpieczny, bo rozbija i dezintegruje miasto, niszcząc jego i tak niezbyt ścisłą strukturę:
– Z samego centrum, z śródmieścia, rynku i okolic, tworzy się pewną szkatułkę, a reszta miasta jest nieokreślona tożsamościowo – mówi Tomasz Głowacki. – Powoli tworzą się co prawda centra konkurencyjne, ale mają one najczęściej czysto komercyjny, handlowy charakter.

– Problemem przedmieść nie jest oczywiście to, że powstają, ale że są to miejsca monofunkcyjne. Zwłaszcza tam, gdzie  przestrzeń nie należy do ludzi, ale do wielkich korporacji, które tę przestrzeń dehumanizują. Nie budują więc miejskiej tkanki i nie są w stanie wytworzyć życia miejskiego, bo miasto tworzy się tam, gdzie jest wielu właścicieli i wielu użytkowników terenu – tłumaczy Łukasz Wojciechowski, architekt VROA, pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej.

I podaje przykład Finlandii, która w swoisty sposób poradziła sobie z tym zjawiskiem. Tam wielkie centra handlowe uzupełnia się o biblioteki, sale muzyczne i inne obiekty użyteczności publicznej, tym samym aktywizując mieszkańców, uaktywniając przestrzeń i wyzwalając dodatkowe jej funkcje. U nas przeważa myślenie mało perspektywiczne – jest obiekt, musi być zysk, więc maksymalnie napycha się go sklepami. Powstają kolosy handlowe, a wokół nich pustka. Dochodzi więc do parcelacji i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Ale jak mówią specjaliści, to przede wszystkim efekt braku partnerstwa publiczno-prywatnego. Miasto tak bardzo stara się o inwestorów, że zapomina o sobie i własnych interesach. A szkoda, bo szeroka społeczna dyskusja na temat zagospodarowania przestrzennego mogłaby wiele zmienić. Choćby w kwestii zabudowy placu Grunwaldzkiego, który dziś otwarcie nazywa się architektoniczną porażką.

„Nigdy nie wybaczę
tym, którzy dopuścili do wybudowania Pasażu Grunwaldzkiego. Najobrzydliwiej wygląda to od strony ul. Piastowskiej… Wychodząc z pięknej ul. Piastowskiej widzimy dupsko kolosa” pisali nie tak dawno temu rozgoryczeni wrocławianie na forach internetowych. Resentymentów zresztą  jest więcej. Kontrowersje wzbudza hotel Park Plaza, budynek nowej biblioteki uniwersyteckiej, zabudowa placu Bema. Pamiętny Solpol do dziś odbija się miastu czkawką.

Tymczasem zawodowcy krytykują nową organizację placu Grunwaldzkiego nie tylko za rozwiązania architektoniczne, ale głównie przestrzenne:
– Właściwie nie ma tam już placu, jest skrzyżowanie i centrum handlowe. Takie rozwiązanie zabiło możliwości tego miejsca, zniszczyło jego naturalne ciągi komunikacyjne, powiązanie z akademickim centrum. A przecież były możliwości, by stworzyć tam punkt węzłowy, promieniujący na całą okolicę, trzeba by tylko inaczej myśleć – mówi Tomasz Głowacki. –  Dobrym przykładem decyzji funkcjonalnej jest natomiast Galeria Dominikańska. Brakuje tam co prawda jakiegoś placu, jakiejś większej korespondencji z ulicą, ale i tak widać, że Galeria spełniła swoją funkcję, ożywiła to miejsce, uaktywniła ulicę Oławską. To jest właśnie to, o co nam chodzi.

Współczesne modne hasła
architektoniczne to gęstość, różnorodność, wielofunkcyjność, tożsamość. Młodzi architekci odrzucają wizję instant city, miast z torebki, krojonych ściśle na miarę i życzenie inwestorów – zamkniętych, monolitycznych, jednofunkcyjnych. Architektura ma nie tyle zabudowywać przestrzeń miejską, co ją kreować, ożywiać, uaktywniać. Do tego potrzeba jednak środowiskowych dyskusji, wymiany myśli, wzajemnych inspiracji:
– Byłoby idealnie, gdyby praktykujący architekci mogli przychodzić na uczelnię, spotykać się z młodymi ludźmi – mówi Łukasz Wojciechowski. – Nasze wydziały są zbyt hermetyczne, zbyt mało też w naszej architekturze humanistycznego spojrzenia, brakuje wymiany interdyscyplinarnej, intelektualnego fermentu. Dlatego tak potrzebne są dyskusje społeczne, w których uczestniczą profesjonaliści. Czyli konkursy. Fakt, że miasto zaczyna je coraz częściej przeprowadzać dobrze wróży na przyszłość.

Ale na tym, zastrzega, rola miasta nie może się kończyć:
-Tym lepsze będą efekty, im ściślejsza będzie współpraca miasta z inwestorami i architektami. Architektowi często trudno dzisiaj namówić inwestora, by uwolnił przestrzeń, zrezygnował z części działki i wygospodarował w tym miejscu coś z pożytkiem dla mieszkańców. Miasto ma takie możliwości nacisku. Bogatsze i bardziej świadome od dawna z tego korzystają. Jeśli my się tego nie nauczymy, nie przestaniemy narzekać na naszą architekturę.

Cytowane w tekście wypowiedzi są nieautoryzowane.

 

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 104)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*