Było tak: Urząd Stanu Cywilnego nie zgodził się, by pewna para z Katowic nazwała swoje dziecko Blikiem. Szczegółów nie znamy, nikt ich przecież nie ujawni – możemy co najwyżej przypuszczać, że rodzice malca są nad wyraz przywiązani do tego nowoczesnego systemu płatniczego. Urząd odmówił, bo polskie prawo zakazuje używania imion ośmieszających, nieprzyzwoitych albo takich, które są zdrobnieniami (z tym ostatnim zresztą bywa różnie, w oficjalnych rejestrach są już Kuby, Basie, Kasie, a nawet kilku Krzyśków).
Sprawa stała się głośna, wielu podejrzewało, że to fejk, a ci, co lubią się pośmiać, sugerowali, że gdyby we wniosku znalazło się imię Blikosław, wniosek by przeszedł.
Nie jest to taka głupia myśl, sięga bowiem, że tak powiem, do korzeni.
Najstarsze polskie imiona, te przejęte jeszcze z prasłowiańszczyzny, to właśnie imiona dwuczłonowe, z cząstkami -sław, -mir, – mił, -rad. Miały charakter życzeniowy, to jest opisywały przymioty, którymi, w myśl pragnień rodziców, potomkowie mieli się w przyszłości cechować. I tak Dobromysł miał być dobrym i mądrym człowiekiem, Dobrosław – cieszyć się dobrą sławą, Bogumiłowi miał sprzyjać los, tak samo zresztą jak Bogusławowi (pierwotnie słowo „bóg” oznaczało po prostu szczęście i pomyślność), a Braturad miał być życzliwy rodzinie.
Imię, mające wyróżniać człowieka, stało się szybko czymś więcej niż tylko wyróżnikiem, stało się rodzajem talizmanu na szczęście. Nie inaczej było później, z imionami chrześcijańskimi (zrobiły się naprawdę modne mniej więcej około XVI stulecia). Wraz z chrześcijańskim imieniem każdy Jan, Piotr, Katarzyna lub Maria dostawali swojego patrona, na ogół świętego, który stawał się odtąd podporą i opoką. Rękojmią pomyślności i dobrego życia.
W życiu różnie bywało – jak to bywa z życiem – niekoniecznie pomyślnie, ale imię zaczęło być wartością, którą należało chronić. Jak reputację. Spójrzmy na frazeologizmy używane do dziś. Splamić swoje imię – to okryć się hańbą, bronić dobrego imienia – to bronić się przed insynuacjami, nazwać coś po imieniu – to mówić otwarcie, nie uciekać od prawdy. Prawdę, lub mówiąc precyzyjniej: autentyczność, powiązano z imieniem tak dalece, że gdy przychodził czas odmiany, czas przełomu, bohaterowie (czy to literaccy, czy historyczni) symbolicznie zrywali ze starym i przyjmowali nowe. Tak Szymon stawał się Piotrem, Szaweł – Pawłem, Gustaw – Konradem.
Nomen omen. Nazwa odpowiada istocie. Łaciński nomen – choć nie wygląda – pochodzi z tego samego źródła, co nasze imię – z głębi prajęzyka, a ściślej mówiąc, z praindoeuropejskiego *nmen. I odnosi się do tej samej potrzeby – opisania, a tym samym uporządkowania świata. Ludzi. Roślin. Zwierząt. (Nazywamy je, by je oswoić i uczynić bliskimi). Kto nie ma imienia, nie istnieje.
Jak brzmiało najstarsze imię świata? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy, ale wiemy co nieco o Kuszimie, który ok. 3400 roku przed naszą erą kupił w Mezopotamii, w mieście Uruk, 29 miar jęczmienia. Albo sprzedał. Albo był urzędnikiem, który poświadczał tę transakcję. Zapisano ją na glinianych tabliczkach, a tabliczki przetrwały do naszych czasów. Zapisano ją, bo właśnie po to wymyślono pismo – miało służyć prowadzeniu ewidencji gospodarczej. W czasach Kuszima było ono jeszcze ledwie ciągiem rysunków i obrazków odciskanych kawałkiem trzciny na glinie. Ale dzięki tej trzcinie i tej glinie dziś mogę pisać dla Państwa. Fascynujące, prawda?
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis