Od czasu wyboru Donalda Trumpa na drugą kadencję, ciągle słyszę, jak to szaleniec otumanił populistycznymi hasłami amerykańskie społeczeństwo. Przy każdej kontrowersyjnej decyzji z telewizorów czy ekranów komputerów wyskakują dyżurni „specjaliści”, którzy, rwąc sobie włosy, zadają pytania, jak to możliwe, że nie wygrała światła Kamala Harris? Czy rzeczywiście Amerykanie są aż tak głupi, że dali się zwieść politycznemu szarlatanowi?
Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka jednoznaczna, jak to się to wydaje tym wszystkim ekspertom od spraw wszelakich. Osobiście mam wrażenie, że wszyscy wypowiadający słowa o zwycięstwie populizmu nie rozumieją, że, żeby ziarno wyrosło, musi trafić na podatny grunt, a w przypadku wyborów powszechnych tym gruntem jest społeczeństwo. I szczerze mówiąc wątpię, czy zwykłego Kowalskiego zrozumie osoba obserwująca świat z ostatniego piętra luksusowego apartamentowca.
Ubiegłego lata dwa tygodnie spędziłem w Stanach Zjednoczonych, gdzie odwiedziłem trzy stany, dwie duże metropolie, trochę czasu spędziłem na prowincji. Oczywiście nie zobaczyłem wszystkiego, nie byłem długo, ale było to wystarczające, żeby zobaczyć obraz, którego nie pokazują media głównego nurtu. Wystarczające, żeby zrozumieć hasło „Make America Great Again”…
Czy dobrze wylądowaliśmy?
Już pierwszy kontakt ze Stanami był ogromnym rozczarowaniem. Dla osoby, która urodziła się i pierwsze lata życia spędziła w komunie, Ameryka była ziemią obiecaną. Karmiony prawie całe życie przez kulturę masową obrazami luksusowych rezydencji, apartamentami na ostatnim piętrze drapacza na Manhattanie czy pięknymi biurami renomowanych kancelarii prawniczych, oczekiwałem, że zobaczę taki świat. Oczekiwałem, że będzie to coś na miarę Tokio, które widziałem rok wcześniej. Niestety, już na samym początku, jadąc z lotniska do hotelu, miałem poczucie deja vu – tyle, że przed oczami stanęły mi obrazy nie z filmów i seriali, tylko z Indii, które odwiedziłem dekadę temu.
Jak zapewne się Państwo domyślają, pierwszy kontakt miał miejsce na lotnisku. I już ono samo zrobiło kiepskie wrażenie – słynne JFK, jak mawiają Polacy, pamięta czasy Gierka. Oczywiście, nie mówię o dacie budowy, tylko o stanie technicznym. Mówię o takich prozaicznych rzeczach, jak odpadające kafelki w sanitariatach. No ale może dawno nie było tam remontu. Pewnie jest w planach. Niestety potem było już tylko gorzej. Na drodze z lotniska w kierunku Manhattanu, przez prawie całe Long Island, też można było zaobserwować wieloletnie zaniedbania – dziurawe drogi i chodniki, nadszarpnięte zębem czasu czy wręcz zniszczone przedmioty użyteczności publicznej: latarnie, ławki czy wiaty na przystankach. Oprócz tego ogromna liczba pustostanów, niedokończonych budynków. A w tym wszystkim ogromna liczba bezdomnych.
Zazwyczaj zatrzymujemy się z dala od centrów dużych miast, atrakcji turystycznych. Ot przekładając na nasze, wrocławskie realia, wolimy zatrzymać się na Kozanowie czy Karłowicach, niż w okolicach Rynku. Raz, że wychodzi dużo taniej, dwa, lubię obserwować, jak wygląda życie zwykłych ludzi. Z natury jestem śpiochem, ale zwiedzając nowe miejsce, poznając nową kulturę, budzę się przed 6 lokalnego czasu i idę na spacer. Ot, lubię oglądać budzącą się ze snu miejscowość, pójść na poranną kawę do lokalnej kawiarni, a jeżeli mieszkamy w apartamencie, to w lokalnej piekarni kupić pieczywo na śniadanie. Oczywiście, zawsze przed wyjazdem szukam informacji o ewentualnych zagrożeniach i miejsca pokroju nowojorskiego Bronksu omijamy. Tym razem nie było inaczej. Hotel w Queens – przyzwoity standard, atrakcyjna cena, niedaleko East River, z widokiem na Manhattan, blisko stacji metra. A jednak tym razem poranne spacery odpuściłem. O ile droga z hotelu w kierunku metra była znośna, tak próba zwiedzania okolic szybko zakończyła się odwrotem do hotelu. Nie to, że byłem zaczepiany czy atakowany – zwyczajnie instynkt samozachowawczy podpowiedział mi, że nie ma co kusić losu, zwłaszcza gdy poczułem na sobie wzrok lokalnej „śmietanki towarzyskiej”. Ostatni raz takie uczucie miałem, gdy wieczorem wyszedłem z hotelu w Nowym Delhi, żeby kupić jakieś czipsy i picie.
No ale Nowy Jork to przede wszystkim Manhattan. I tutaj też widać ogromny kryzys, z którym zmagają się Stany Zjednoczone. O ile Centrum Finansowe wraz Wall Street oraz okolice znanych atrakcji turystycznych i szlaki komunikacyjne prowadzące do nich są utrzymane w miarę dobrze, tak wystarczy wejść w pierwszą boczną uliczkę, żeby zobaczyć to samo co na Long Island – dziurawe drogi i chodniki, pozamykane sklepy. Również samo 5th Avenue mocno rozczarowuje. Najbardziej znana ulica z luksusowymi sklepami i butikami wcale nie jest już tak luksusowa. Dzisiaj to nic więcej, jak sieciówki, które możemy znaleźć w dowolnej wrocławskiej galerii handlowej. Tak naprawdę jedną z niewielu oznak luksus i bogactwa jest salon Rolexa. Nijak ma się to do tokijskiej Ginzy (dzielnica znana z luksusowych sklepów i galerii handlowych – przyp. Red.).
Nowy Jork nie wytrzymuje również porównania z japońską stolicą, gdy porównujemy metro. Z pozoru wyglądają podobnie, tylko że japoński tabor ma stylizację retro, a nowojorski jest zwyczajnie stary. A same stacje… Cóż, przy większości z nich JFK wygląda jak świeżo oddany do użytku. Gdy jechałem metrem, jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy – tak źle ubranych ludzi już dawno nie widziałem. I nie mówię tutaj o modzie czy gustach. Mówię o stanie ich odzieży. Ogromna liczba Nowojorczyków nosi stare ubrania. Owszem, są one czyste, wyprasowane, ale mocno zużyte. Takie, jak my byśmy wkładali po domu lub do ogródka.
Apocaliptic City
Kolejnym etapem podróży po USA była wycieczka wschodnim wybrzeżem. Po odebraniu auta z wypożyczalni, ruszyliśmy wybrzeżem na południe, w kierunku Atlantic City. Pierwszym przystankiem na trasie był nadmorski kurort Ashbury Park. I tutaj nastąpiło kolejne zderzenie z rzeczywistością – kurort świecił pustkami. W samym środku sezonu wakacyjnego, przy pięknej pogodzie, spora turystyczna miejscowość była pusta. Na plaży pojedynczy plażowicze, pozamykane całe ciągi handlowo-gastronomiczne. Szukając miejsca na lunch, znaleźliśmy J-E-D-N-Ą czynną restauracje. Taki widok uświadczymy nad Bałtykiem w październiku lub listopadzie, a nie na przełomie lipca i sierpnia!
Dalej nie było wcale lepiej, a to, co zobaczyliśmy po dojechaniu do Atlantic City, już w ogóle nas przytłoczyło. Po wielkich szerokich ulicach poruszały się pojedyncze samochody, pozabijane płytami OSB i deskami okna w pustych hotelach… Idealna sceneria do kręcenia filmu postapokaliptycznego. W sumie tylko jedna rzecz mogła zastany widok uczynić bardziej przygnębiającym – pustynne biegacze. Tak, te znane z westernów, nieposiadające korzeni krzewy, które w formie kulek, poruszane wiatrem przemierzają Arizonę czy Nevadę, idealnie by tam pasowały. Okolice plaży i promenady wcale nie wyglądały lepiej. Pusta plaża, pojedyncze osoby spacerujące promenadą, pozamykane restauracje i bary. Te otwarte świeciły pustkami – w tym, w którym zatrzymaliśmy się z żoną na drinka, była jeszcze tylko jedna para. Wyobrażają sobie Państwo taki widok w Międzyzdrojach w środku sezonu? Jedynie w kasynach było dość tłoczno, ale wbrew pozorom Atlantic City to nie hazard, tylko kurort, który był zbudowany do obsługi znajdującej się godzinę drogi stąd Filadelfii. Dane jednoznacznie pokazują, że w USA siadła turystyka, że coraz większej części społeczeństwa nie stać na wakacyjne wojaże.
Najdłuższe schody Ameryki
Wracając do Nowego Jorku, zboczyliśmy zobaczyć jeszcze Filadelfię i o ile samo centrum zrobiło ciut lepsze wrażenie niż to nowojorskie, tak obrzeża wpisały się w to, co do tej pory zobaczyliśmy. Ale Stany miały plan, żeby nas odpowiednio pożegnać – międzystanowa autostrada z Florydy, przez Waszyngton i Filadelfię, do Nowego Jorku. Stan techniczny tej autostrady przypominał naszą A4 z lat dziewięćdziesiątych, złośliwie nazywaną najdłuższymi schodami w Europie. Wiele osób komentowało moje opowieści, że to jest problem krajów, które budowały infrastrukturę w poprzednim wieku, że analogiczny problem mają dzisiaj Niemcy. Nie, to nie jest to samo. Od kilkunastu lat przejeżdżam przez nie przynajmniej raz tranzytem i zgadzam się, że ich infrastruktura wymaga remontów, modernizacji, ale tam jednak coś się cały czas remontuje i, co najważniejsze, bez obaw o zniszczenie samochodu da się tamtędy jechać.
Jak żyje się przeciętnemu Amerykanowi?
Obserwacje, jakich dokonałem podczas ostatnich wakacji, skłoniły mnie do zastanowienia, jak naprawdę żyje się przeciętnemu Amerykaninowi. Zrobiłem to na przykładzie Nowojorczyka, ale wydaje mi się, że nie będzie to dużym nadużyciem, jeżeli przyjmiemy, że podobnie żyje się w Chicago, Filadelfii czy Seattle. Wg statystyk, po odrzuceniu wysokopłatnych zawodów, jak prawnik czy lekarz, typowy Kowalski zarabia 3500-5000$. Na starcie trzeba wydać 2500-5000$ za wynajem mieszkania poza centrum. Przy czym 2500$ to za kawalarkę, a mieszkanie z sypialnią to już minimum 3500$. Średnie, miesięczne wydatki na życie to ok. 1600$. Czyli na starcie typowy Amerykanin ma problem, żeby starczyło mu do pierwszego!
Podsumowując, standard życia typowego Smitha uległ w ostatnich latach pogorszeniu. I to był główny powód, przez który Harris przegrała wybory. Tak, to nie Trump wygrał, to wyborcy pokazali lewico-liberalnemu salonowi czerwoną kartkę. A w zasadzie pomarańczową. Tak, problemem nie był rzekomy populizm Trumpa. Problemem było odklejenie się od rzeczywistości „salonu”, który jedyne co miał do zaoferowania na problemy zwykłych ludzi, to dyskusję o ilości płci. I ten lud zwrócił się w kierunku tego, kto dał im nadzieję na zmiany. A czy podjęte działania będą miały realny wpływ na ich rzeczywistość, to już jest temat na inne rozważania.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis