Spór prawników i polityków o znaczenie słowa „wobec” rozgrzewają emocje tych czytających coś więcej, niż komunikaty na Tik-Toku, X czy Facebooku. Większość zaś tej części społeczeństwa w ogóle interesującej się polityką, po prostu przyjmuje za oczywistą oczywistość, że prezydent musi albo nie musi przyjmować ślubowania wybranych sędziów.
Spór ten mógłby rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, ale że akurat dotyczy wyboru sędziów do tego gremium i jego reanimacji – to nie może. A warto przypomnieć, że unicestwienie TK też zaczęło się od sporu o słowo: a mianowicie, czy „niezwłocznie” oznacza natychmiastowe opublikowanie orzeczenia Trybunału (tego z 2025 roku, uznającego za legalny wybór 3 sędziów przez poprzednią większość sejmową), czy słowo „niezwłocznie” jest opisowe i pozwala prezydentowi Dudzie, aby ten przerwał wypoczynek na nartach, w nocy przyjął ślubowanie od sędziów wybranych przez następną większość sejmową i w ten sposób, zdaniem różnych międzynarodowych i polskich trybunałów wprowadził do tego gremium nielegalnych sędziów. Przez to nie mamy Trybunału.
W liberalnych demokracjach funkcjonują złożone z najwybitniejszych prawników sądy, które autorytatywnie interpretują konstytucyjne zapisy i chronią obywateli przed zakusami władzy, która, jaka by nie była, ze swej natury lubi ograniczać gwarantowane konstytucyjnie prawa obywatelskie. Dlatego też warunkiem absolutnie koniecznym pełnienia tej funkcji kontrolnej rządu w imieniu obywateli przez sądy konstytucyjne jest ich pełna niezależność od władzy. A my od dekady widzimy, jak relatywizowanie zapisów konstytucji jest dla funkcjonowania państwa i społeczeństwa niebezpieczne.
W naszej Konstytucji jest napisane, że Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Co oznacza, że władza jest wybierana przez wszystkich obywateli, nikt nie jest uprzywilejowany i władza działa tylko w granicach prawa. To w historii świata jest trwającym ledwie nieco ponad 100 lat eksperymentem; od ponad 4 tysięcy lat władza, nawet ta dziedziczona, była oparta na sile, a pomysł równości praw czy praw obywatelskich nikomu nawet nie przechodził do głowy. Ten koncept, pamiętajmy, pojawił się w oświeconych umysłach dopiero w XVII wieku: Thomas Hobbes uważał, że ludzie zgadzają się na istnienie państwa i władzy, żeby się wszyscy nawzajem nie pozabijali, John Locke dodał do hobbesowskiej konieczności prawo ludzi do życia, wolności i własności (egzotyczne wówczas twierdzenie), a później Jean-Jacques’a Rousseau postawił rewolucyjną tezę, że suwerenność należy do ludu, celem państwa jest realizacja wspólnego dobra i to jest przedmiotem umowy społecznej.
Żeby się ta światła idea umowy społecznej dokonała, musiała się zdarzyć pełna niebywałych zbrodni Rewolucja Francuska, rozpaść się monarchie (również te konstytucyjne, będące tylko ucywilizowanym absolutyzmem), aby mógł rozpocząć się, tak naprawdę dopiero po Wielkiej Wojnie, trwający eksperyment: demokratyczne państwa prawa. Ale historia najnowsza pokazuje, jak bardzo niepewne są konstrukcje, na jak kruchym fundamencie posadowione – to tylko umowa. Pacta sunt servanda, umów należy dotrzymywać, to fundamentalna zasada prawa rzymskiego. Postulat, życzenie. Prawda codziennego życia jest natomiast taka, że umowy, traktaty, konwencje i porozumienia, prawa wszelkie są po to, aby je – jeśli tylko się da – omijać, naginać, podważać, kiedy tylko ma się w tym interes.
Zapisana w Kodeksie drogowym umowa, że jeździmy w Polsce prawą stroną jest przestrzegana, bo każdy, kto ją złamie, ryzykuje życiem. Słuszności umowy, że nie kradniemy i nie zabijamy się też w zasadzie nie kwestionujemy, bo nie chcemy, aby nas okradano albo zabijano, więc zgadzamy się, żeby za jej złamanie była solidna kara. Mówiąc prosto i brutalnie: postulat pacta sunt servanda akceptujemy, dopóki mamy w tym interes albo ze strachu przed karą. A przecież konstytucje – jak wszystkie prawa – też są tylko umową. Umową między władzą i społeczeństwem. I tylko, jeśli obie umawiające się strony jednakowo rozumieją słowa w niej zapisane – na przykład „niezwłocznie” i „wobec” – i kontekst, w którym je zapisano (czyli po co je zapisano) i będą w ich przestrzeganiu widzieć swój interes – konstytucja pełni swoją rolę.
Jeśli jest inaczej, to konstytucyjne gwarantujące prawa zapisy tyle znaczą w stosunkach władzy i społeczeństwa, co umowa szatniarza klientem u Barei: „Nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobisz?”.
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis