Polityka to „czynienie rzeczy możliwych”, powiedział Otto von Bismarck, w naszej historiografii polakożerca, a w światowej – wybitny mąż stanu. Ale dokonał rzeczy wówczas niewyobrażalnych: zjednoczył skłócone niemieckie państewka, wprowadził – niczym jakiś lewak – powszechną bezpłatną edukację i system emerytalny. Bo on uznał, że to możliwe.
Dlatego kiedy prezydent Nawrocki zażądał od prezydenta Zełenskiego podziękowań i przeprosin – to była polityka. Kanclerz Bismarck byłby zachwycony. Ukraiński prezydent, bombardowany przez Putina i zdany na naszą i Europy pomoc, musiał się zgodzić na wszystko. Ale czy kiedy Karol Nawrocki po wystąpieniu ministra Sikorskiego powiedział, że pominiętym przez ministra celem polityki zagranicznej RP jest wypłata przez Niemców reparacji – to uprawiał politykę? W myśl bismarckowskiej definicji – nie, bo nie ma Polska żadnych możliwości egzekwowania tej należności, a Niemcy chęci jej zapłacenia. Ale w XXI wieku to już jest polityka i, co najciekawsze, jest skuteczna.
W historii świata przez tysiące lat o sukcesie w walce o władzę decydowało świadectwo urodzenia i personalne sojusze, więc, można powiedzieć, historią rządził przypadek. Prawem sukcesji władzę obejmował mędrzec lub idiota, a zazwyczaj jakiś ktoś nijaki. I gdyby tylko przypadkiem, prawem statystyki, od czasu do czasu u władzy nie znajdowali się ludzie rozumni, ze zrozumieniem czytający dzieła uczonych, głoszących nowe idee i mający wizję lepszego świata, do dzisiaj w Europie płonęłyby stosy z czarownicami, przestępców łamano by publicznie kołem, a wrogów władzy wieszano i wybebeszano.
Na szczęście splot historycznych konieczności (heglowski „duch dziejów”) i przypadkowa obecność u władzy ludzi rozumnych sprawiły, że pojawiła się nadzieja rządów obejmowanych w demokratycznych procedurach przez ludzi kompetentnych, doświadczonych, oferujących program działania. I jakkolwiek kulawa, podatna na manipulacje i niekonsekwentna jest ta demokracja, to jednak przez jakieś 150 lat w naszej części świata taką nadzieję dawała. I dlatego Winston Churchill mógł wygłosić słynną opinię, że to najgorsza forma rządów, ale nic lepszego nie wymyślono.
Otóż wymyślono, panie Winstonie! Dziejąca się na naszych oczach rewolucja cybernetyczno-informatyczna, dająca wszechwładzę mediom społecznościowym, tę liberalną demokrację przeobraża w uprawianą na Tik-Toku parodię.
Istotą demokracji jest możliwość wyboru do władzy ludzi, którzy oferują najlepszy – zdaniem większości – program społecznego i gospodarczego rozwoju. Wyborcy mogli wybrać socjalistów, faszystów, komunistów, liberałów, konserwatystów czy chadeków – ale wybierali jakiś program (czy świadomi konsekwencji, to inna sprawa). Warto przypomnieć, że w ogóle partie polityczne to organizacje ludzi połączonych wspólną ideą i konkretnym programem jej realizacji, czemu służyć miało zdobycie władzy.
I ten świat konkurujących idei i programów, do których słuszności i atrakcyjności trzeba było przekonać wyborców, właśnie się kończy. Bo dzisiaj partie zatrudniają sztaby uczonych ekspertów nie do napisania możliwych do realizacji programów, ale do badania opinii społecznej, aby politycy na wiecach mówili tylko to, co wyborcy chcą usłyszeć. Dzisiaj to lud – nie gremia autorytetów prawa, ekonomii, medycyny itp. – kształtuje partyjne programy, co brzmi i pięknie i demokratycznie, ale jest zaprzeczeniem demokratycznej idei.
Bo wyborcy chcą usłyszeć to, co im podpowiadają algorytmy X, Tik-Toka, Facebooka, Instagrama i rzesze influencerów. Więc jeśli znacząca część wyborców zacznie wierzyć, że szczepionki szkodzą dzieciom, smog sprzyja drzewom, bezpłatne lecznictwo to wymysł komuny, a Niemcy zapłacą na bilion euro reparacji – to takie postulaty głosić będą kandydaci do władzy bez cienia wstydu czy zażenowania. I może wrócimy do palenia czarownic, jeśli tylko komuś pomoże to w zdobyciu władzy.
Tego Bismarck nie przewidział: czasów, kiedy dla polityków wszystko będzie możliwe…
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis