Edukacja bez szkoły

fot. UH fot. UH

Obecnie na Dolnym Śląsku w trybie edukacji domowej uczy się oficjalnie 1842 uczniów – o 400 więcej, niż jeszcze w marcu poprzedniego roku. Nie chodzi tu o naukę zdalną z powodu pandemii koronawirusa, lecz o świadomy wybór rodziców i dzieci, którzy chcą odejść od tradycyjnej szkoły. Tzw. „odszkolnianie”  („unschooling”) to coraz bardziej popularna forma edukacji. Każdy uczeń może przejść na naukę w domu, bo formalności nie są skomplikowane. Najtrudniejsza jest zmiana w myśleniu o nauczaniu, którą najpierw muszą przejść rodzice.

Dane z ubiegłego roku mówią o 19 966 uczniach na domowej edukacji w całej Polsce. Jeszcze rok wcześniej było ich 12 060. Widać więc, że zdalna nauka w czasie COVID-19 sporo osób przekonała, że można się uczyć poza szkołą. To jednak nie tylko pokłosie pandemii, bo ruch „odszkolniania” zaczął się rozwijać w Polsce już wcześniej,  pod wpływem podobnych trendów na świecie. W Stanach Zjednoczonych, uważanych za ojczyznę „unschoolingu”, w ubiegłym roku w domu uczyło się ponad 1,7 mln dzieci.

Żeby rozpocząć edukację domową, wystarczy wniosek o wydanie zezwolenia złożony przez rodziców do dyrekcji placówki publicznej lub niepublicznej, do której uczeń został przyjęty lub już uczęszcza.  Do niego muszą oni dołączyć oświadczenie o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających realizację podstawy programowej oraz zobowiązanie  do przystępowania w każdym roku szkolnym przez dziecko do rocznych egzaminów. Taki wniosek można złożyć na każdym etapie edukacji do końca szkoły średniej. Po pozytywnej decyzji dyrekcji uczeń może przejść na domowe nauczanie.

 – Rodzic oświadcza, że dopilnuje, aby dziecko było przygotowane do egzaminów z przedmiotów programowych, ale jak to zrobi: czy sam będzie nauczał, czy zatrudni korepetytorów, czy zapewni odpowiednie pomoce dydaktyczne do samodzielnej nauki, to jest tylko jego sprawa – wyjaśnia Alina Ziewiec-Chlebosz z Kuratorium Oświaty we Wrocławiu. – Szkoła też nie ingeruje w to, ile czasu taki uczeń będzie poświęcał na naukę, jak i gdzie będzie się uczył. Są rodziny, które wyjeżdżają za granicę lub dużo podróżują i dlatego przenoszą dziecko na edukację domową, żeby nie było przywiązane do szkoły. Wracają tylko na egzaminy i po świadectwo. Motywy zabrania dzieci ze szkoły są różne. W każdym przypadku uczniowie muszą jednak podejść do egzaminów klasyfikacyjnych i otrzymać z nich oceny, które pozwolą na promocję do kolejnej klasy. Rodzic każdorazowo ustala z dyrekcją, jak będą przebiegały egzaminy – czy odbędą się raz w roku, czy np. co 3 miesiące, czy będą miały charakter ustny, czy pisemny. W przypadku niezaliczenia któregoś z przedmiotów, uczeń musi wrócić do nauki w trybie szkolnym i powtórzyć rok. Szkoły z reguły nie wymagają zdawania takich przedmiotów jak plastyka, muzyka, technika czy wuef – dodaje.

Szkoły przyjazne edukacji domowej

     Rola szkoły nie kończy się tylko na zorganizowaniu i przeprowadzeniu egzaminów.  Według przepisów prawa rodzice i uczeń mogą korzystać z różnego rodzaju wsparcia ze strony swojej placówki. Dziecko ma możliwość uczestniczenia w zajęciach rozwijających zainteresowania i uzdolnienia, w zajęciach prowadzonych w ramach pomocy psychologiczno-pedagogicznej czy z doradztwa zawodowego. Szkoła ma też mu zapewnić podręczniki, materiały edukacyjne i pomoce dydaktyczne oraz konsultacje przygotowujące do egzaminów klasyfikacyjnych. Nie wszystkie placówki w jednakowym stopniu wspierają uczniów zdobywających wiedzę poza jej murami. Wśród rodziców za szkoły otwarte na edukację domową uchodzą przede wszystkim placówki prywatne, a wśród nich kilka zyskało miano szczególnie przyjaznych względem tego modelu kształcenia. Na Dolnym Śląsku aż 1706 spośród 1842 uczniów uczących się w domu związanych jest ze szkołami niepublicznymi. Najwięcej, bo 335 dzieci kształcących się własnym trybem, zapisanych jest do Niepublicznej Szkoły Podstawowej Fundacji Królowej Świętej Jadwigi we Wrocławiu. Na drugim miejscu uplasowała się Szkoła Podstawowa Fundacji „Clever” z Wałbrzycha z 229 uczniami na edukacji domowej. Potem jest Niepubliczna Szkoła Podstawowa z Oddziałami Integracyjnymi w Rękowie ze 194 dziećmi z pozwoleniem na domową naukę, a zaraz po niej Niepubliczne Liceum Ogólnokształcące Fundacji Królowej Świętej Jadwigi, gdzie w ten sposób uczy się 170 nastolatków. Z wrocławskich szkół przyjazne edukacji domowej są również: Niepubliczna Szkoła Podstawowa „Inspiracja” (125 osób), Autorska Szkoła Podstawowa „Navigo” (85 osób), Szkoła Podstawowa „Ekola” (74 uczniów), Chrześcijańska Szkoła Podstawowa „Arka” (43 osoby),  Społeczne Integracyjne Liceum Ogólnokształcące „Amigo” (38 osób), Niepubliczna Szkoła Podstawowa „Ente” (30 osób) oraz kilka mniejszych placówek. Jeśli chodzi o dolnośląskie szkoły publiczne, w trybie domowym uczą się w nich tylko jednostki, z reguły 1-3 uczniów.

„Odszkolnianie” jako styl życia

 W domu pani Katarzyny nie używa się budzika. Nauka zaczyna się, gdy wszyscy są do niej gotowi – gdy się wyśpią, zjedzą śniadanie i wyskoczą z piżam, choć ten ostatni warunek nie jest konieczny. Z trójki dzieci dwoje uczy się w domu – córka w drugiej klasie i najstarszy syn w klasie ósmej. Oboje zapisani są do Niepublicznej Szkoły Podstawowej Fundacji Królowej Świętej Jadwigi we Wrocławiu. Najmłodszy syn ma sześć lat i od przyszłego roku dołączy do rodzeństwa uczącego się w domu.

 – Znów będziemy musieli przeorganizować nasze życie, które ciągle się zmienia, gdy dzieci nie chodzą do szkoły – mówi pani Katarzyna. – To nie jest stały rytm wyznaczany przez szkolne dzwonki i odrabianie lekcji. Myślę, że to, jak wygląda edukacja domowa, zależy od specyfiki każdej rodziny. Ja zrezygnowałam z pracy zawodowej, żeby móc pokierować kształceniem dzieci czy może raczej współuczestniczyć w nim. Bo teraz wielu rzeczy uczę się na nowo – nadrabiam te braki, jakie wyniosłam ze szkoły. My z mężem kończyliśmy tradycyjne szkoły, ze wszystkimi tego konsekwencjami, przed którymi chcieliśmy uchronić nasze dzieci. Muszę jednak to pokreślić, że dla rodzica edukacja domowa to nie jest łatwe wyzwanie. Obracamy się w takim środowisku, gdzie jest wielu ludzi związanych z różnymi formami edukacji alternatywnej, ale nie wszyscy oni decydują się na naukę domową, choćby z względu na aktywność zawodową. Ja czerpię ogromną frajdę z uczenia się z dziećmi. Mogę nawet powiedzieć, że stało się to moją pasją. Nasze życie jest ciekawe, pełne wyzwań, wycieczek do miejsc, o których się uczymy. Żyjemy wiedzą. Mnóstwo czytamy, robimy eksperymenty, podejmujemy się twórczych zadań. Nie tylko dzieci, ale my również systematyzujemy naszą wiedzę o świecie.  W szkole wszystko jest osobno: biologia, historia, geografia. My staramy się, żeby dzieci miały bardziej całościowe pojęcie, a nie wyrwane z kontekstu wiadomości. Łączymy wiedzę z różnych dziedzin w bloki tematyczne. Szczególnie cenimy sobie wolność tego, czego i jak się uczymy. Zamiast siedzieć nad podręcznikiem, np. robimy wycieczkę. To wymaga od rodzica czasu i zaangażowania. Jednak myślę, że ta wspólna nauka jest najpiękniejszym prezentem, jaki możemy podarować dzieciom. To nasz styl życia – podsumowuje.

    Dzieci pani Katarzyny dodatkowo uczestniczą w zajęciach rozwijających uzdolnienia – chodzą do szkoły muzycznej, na ognisko plastyczne. Wraz z innymi uczniami z edukacji domowej biorą udział w spotkaniach kooperatyw edukacyjnych – polonistycznych, matematycznych, przyrodniczych. Są chwalone za uważność, skupienie, zdolność analizy, bo te umiejętności ćwiczą codziennie. Nie mają dodatkowych zajęć sportowych, bo wolą wycieczkę w góry, spacer po lesie albo wyprawę rowerową.  Takie pojęcia jak wakacje czy ferie w ujęciu szkolnym w ich rodzinie nie funkcjonują. Przez kilka lat starszy syn zdawał egzaminy klasyfikacyjne na początku maja, a do nauki wracał dopiero w październiku. Podstawę programową z reguły zaliczał w podziale na kilka bloków przedmiotowych. W ósmej klasie musi zmierzyć się aż z 14 egzaminami, ale część już ma za sobą. Teraz całą rodziną „siedzą” w temacie kosmosu – obserwują księżyc i gwiazdy, oglądają ciekawe filmy. – Ważne, żeby pozwolić dzieciom uczyć się w takim środowisku, jakie najbardziej im sprzyja – mówi pani Katarzyna. – Nasze akurat nie wykazują chęci do szerszych kontaktów społecznych i lubią wyciszyć się w domu. Syn przez dwa pierwsze lata edukacji chodził do szkoły systemowej, ale nie czuł się w niej najlepiej. Teraz świetnie sobie radzi i naukę praktycznie już sam sobie organizuje, a my tylko go wspomagamy. Właśnie tej samodzielności i poczucia własnej sprawczości chcemy dzieci nauczyć.

Dwie godziny nauki dziennie

     Nie zawsze edukacja domowa wymaga, aby któryś z rodziców rezygnował z aktywności zawodowej czy mocno angażował się w proces nauki.  Córka Jana Karolewskiego przez całą szkołę podstawową uczyła się w domu. Jej tato prowadzi własną działalność gospodarczą, więc miał możliwość zapewnienia jej opieki. Wraz z żoną pozwolili córce samodzielnie organizować zdobywanie wiedzy.  – Mocno poszliśmy w stronę radykalnego „unschoolingu”, czyli totalnego luzu – mówi Jan Karolewski. – Pozwoliliśmy córce zajmować się głównie tym, co ją interesuje, a przedmioty programowe opanować tylko na tyle, na ile jest to konieczne, żeby zdać egzaminy. Choć i tak w większości pozdawała je całkiem dobrze. Mamy jeszcze starszego syna, który uczył się od początku w szkole systemowej i widząc różne jej niedoskonałości, córkę chcieliśmy już poprowadzić innym trybem. Osiem lat temu temat edukacji domowej był jeszcze bardzo niszowy. Czytaliśmy głównie o doświadczeniach amerykańskich. Córkę zapisaliśmy do małej, wiejskiej szkoły, otwartej na edukację domową. Od początku nie mieliśmy jakiegoś stałego rytmu. Córka wiedziała, że pewnych rzeczy musi się nauczyć. Gdy z czymś miała problem, przychodziła do nas. Jej dzienny czas nauki oscylował między jedną a dwiema godzinami. Czasem robiła sobie wolny dzień, żeby poczytać, porysować, a kolejnego dnia nadrabiała. Ze wsparcia nauczyciela korzystaliśmy tylko przy angielskim. Matematykę ogarniała żona, ja pomagałem z fizyką. Co roku pytaliśmy córkę, czy chce pójść do szkoły, czy kontynuować naukę w domu. Wybierała dom. Nie miała problemów z motywacją do nauki – wiedziała, że jeśli chce dalej być w tym nietypowym modelu i mieć luz, musi zdać egzaminy. Po ósmej klasie zdecydowała się na normlane liceum, żeby mieć więcej koleżanek. Posłaliśmy ją jednak do prywatnej szkoły. Weszła w ten tryb bez problemu – dodaje.

    Kiedy rodzina Jana Karolewskiego zaczynała przygodę z edukacją domową, szkoły jeszcze niewiele miały do zaoferowania w tym zakresie, oprócz pewnej elastyczności w podejściu do egzaminów. Jego córka rozkładała je na kilka etapów – na przełomie listopada i grudnia zdawała biologię, geografię i historię. W lutym – przedmioty ścisłe, a w maju – języki. W pierwszych latach nauki nie dostała jeszcze podręczników ze szkoły. Potem to już była norma. Mimo pewnych niedogodności, Jan Karolewski uważa, że wydłużyli córce dzieciństwo.  – Społeczności szkolne nie są dla nas naturalne, bo w późniejszym życiu zawodowym musimy obcować z ludźmi o różnym przekroju wiekowym – mówi Jan Karolewski. –  W szkole jest zamknięcie w grupie rówieśniczej i równanie do pewnego poziomu. Nie jestem pewien, czy dobrze to wpływa na rozwój relacji społecznych. Córka spotykała się, z kim chciała i kiedy chciała. Pewnym wyzwaniem dla rodziny jest natomiast stała obecność dziecka w domu i konieczność zapewnienia mu opieki, zwłaszcza gdy rodzice pracują – podsumowuje.

Opcja nie dla wszystkich

   Grupa facebookowa „Edukacja domowa” liczy ponad 30 tys. członków. Większość z nich to rodzice, których dzieci już uczą się tym trybem lub osoby rozważające tę możliwość. Oferują sobie wzajemnie wsparcie w nauce określonych przedmiotów, umawiają się na wspólne wycieczki czy projekty edukacyjne.  Wymieniają się materiałami dydaktycznymi. Można tam znaleźć wiele refleksji nad „odszkolnianiem”. Znaczna część osób nie wyobraża sobie powrotu do tradycyjnego modelu nauczania. Są jednak tacy, którzy szczerze przyznają, że edukacja domowa ich przerosła.  „Nie wyrabiam z synem w 7 klasie. Nie chce się uczyć. Można w tej chwili wrócić do szkoły systemowej?” – pisze jedna z forumowiczek. Pod jej postem pojawia się wiele komentarzy, w których rodzice przyznają się do podobnych problemów z motywacją u dzieci, zwłaszcza 12-, 13-letnich. Ci bardziej doświadczeni prześcigają się w poradach: „Poszukajcie fajnych kanałów do nauki na You Tube”, „A może spróbować w Szkole w Chmurze? Tam są gotowe karty do pracy, co ułatwia naukę i działa zachęcająco.” Szkoła w Chmurze to podstawa programowa „spakowana” do platformy internetowej – narzędzie wspierające edukację domową. Takich pomocy dla rodziców i dzieci decydujących się na naukę w domu powstaje coraz więcej. Na pewno przed podjęciem decyzji o zmianie modelu edukacji trzeba dobrze rozważyć wszystkie za i przeciw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*