Państwo wybaczą, ale zacznę od przydługiego cytatu. Jego autorem jest znany scenarzysta, reżyser, dramaturg. Oraz – jak się okazuje – także tropiciel językowych błędów i obrońca poprawnej polszczyzny. Nazwiska nie wymienię, bo, jak pisał niemal trzy wieki temu Ignacy Krasicki, śmiać się należy z przywar, a nie z osób.
Wpis w mediach społecznościowych brzmi niemal dramatycznie: „Nie mam już wielkich złudzeń co do przyszłości poprawnej polszczyzny. Brak troski władz państwa i elit kulturalnych powoduje, że tzw. zwykli Polacy kaleczą swój własny język totalnie. Co mnie boli, choć boli mnie jeszcze bardziej, kiedy polszczyznę dewastują dziennikarze. Kto wytłumaczy dziennikarkom TVN24, że nie mówi się zestrzelić drona, tylko zestrzelić dron? Mylenie dopełniacza z biernikiem jest dziś nagminne: zjeść kebaba zamiast zjeść kebab, zamówić steka zamiast zamówić stek. Zdaję sobie sprawę, że jest to trend najprawdopodobniej nieodwracalny, ale dla mnie jest to naprawdę ….. polszczyzna”.
Wykropkowałam wulgaryzm, z którego autor tłumaczy się tak: „Napisałem ….. celowo, albowiem – wbrew licznym językowym kabotynom – uważam, że wulgaryzmy znacznie mniej psują język niż żałosny mechanizm zastępowania polszczyzny ludzi światłych polszczyzną pozornie wyedukowanego motłochu”.
Wulgaryzmy mnie nie szokują, szokuje mnie natomiast pogarda, która płynie z tego wpisu.
Gdyby jeszcze autor, który, jak mniemam, zalicza siebie do światłych, był nieskalanym purystą językowym. To znaczy: purystą nieskalanym błędem. Ale gdy zajrzyjmy w głąb, w komentarze, okazuje się, że ma problemy ze swoim własnym ogródkiem, choć to z innych ogródków chce wyrywać chwasty. Tak to zresztą bywa na ogół z purystami.
Pisze jeden z internautów: „Niepotrzebne biadolenie nad językiem, który żyje i jest plastyczną masą, a nie dogmatem zapisanym w kamieniu. Kiedy chodziłem do podstawówki, radio było nieodmienne, obecnie jest to słowo podlegające normalnej deklinacji”.
Na to autor: „Słowa takie jak dron czy kebab są już dawno zaadoptowane, ale ich fleksja jest nieprawidłowa”.
I tu mój mały wtręt: adopcja i adaptacja wyjątkowo często są mylone. Nie tyle zresztą rzeczowniki, ale czasownikowe ich formy. Zaadoptować możemy dziecko, ewentualnie kota albo psa, czyli przysposobić je i przyjąć pod opiekę. Przestrzenie, lokale, idee, utwory, a nawet słowa – adaptujemy. To jest: dobieramy, przystosowujemy, dostosowujemy i przekształcamy na nowo. Czyżby autor, znany reżyser, który adaptować musiał niejedną sztukę (swoją czy cudzą) tego nie wiedział?
Wróćmy do odmiany, bo wpis o myleniu dopełniacza z biernikiem też jest odrobinę bałamutny. W teorii rzeczowniki rodzaju męskiego przybierają w bierniku dwojaką formę – u żywotnych jest ona równa dopełniaczowi, u nieżywotnych mianownikowi. Mówimy więc: widzę słonia, widzę stół. I to jest jasne. Problemy pojawiają się choćby przy produktach żywnościowych. W polszczyźnie istnieje tzw. dopełniacz cząstkowy, którego używa się, gdy rzeczownik rozumiany jest jako część całości. Możemy zatem powiedzieć: daj mi chleba (w znaczeniu: kromkę chleba, trochę chleba) albo daj mi chleb (w znaczeniu: cały bochenek). Pączka, zwłaszcza gdy jest mały, nie tak łatwo już podzielić, a jednak mówimy: zjadłem pączka. To samo dotyczy hamburgera, gołąbka, banana, pomidora. Nie sądzę, by autor – purysta używał tu form mianownikowych.
Jaki morał płynie z tej opowieści? Wszyscy popełniamy błędy, także językowe. Od korygowania ich są słowniki, nie reżyserzy. No chyba że ktoś czuje się językowym guru, ale tę drogę zdecydowanie odradzam. Łatwo się przy tym ośmieszyć, a przy okazji obnażyć własną małość. Po co?
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis