Powoli

Na językach / autor:jk

Po moim ostatnim felietonie, poświęconym życzliwości i dobrej woli, zadzwoniła do mnie jedna z naszych stałych Czytelniczek. Przyznam, że uwielbiam takie rozmowy, bo biegną niespiesznie, lekko, z wdziękiem, a przy okazji, mimochodem, bywają wyjątkowo inspirujące. Otóż Czytelniczka – należąca do mocno już starszego pokolenia i pamiętająca dawne czasy – zwróciła moją uwagę na jedną arcyciekawą rzecz: zależność między słowem „wola” a słowem „powolny”, oznaczającym niegdyś kogoś posłusznego, ulegającego innym, a często też pozbawionego własnego zdania. „Od dawna nie słyszałam, by ktokolwiek użył tego słowa w tym znaczeniu, ale pamiętam je z dzieciństwa i pamiętam, że nie było zbyt pochlebne”, mówiła. 

Zajrzałam do słowników. Doroszewski w swoim Słowniku poprawnej polszczyzny z 1973 nie poświęca nawet jednego słowa słowu „powolny”. Za to słowo „wolny” definiuje jako „niezależny, swobodny, uwolniony od czegoś, bezpłatny, niespieszny”.  W Słowniku Języka Polskiego PWN słowo „powolny” występuje i opisywane jest jako: „przebiegający powoli, ociężały w ruchu”, ale też, uwaga!, jako „dający sobą kierować”. A zatem mamy już pewien trop. 

Zacznijmy jednak od początku. Słowo „wola” jest tak stare, jak stary jest świat i starania człowieka, by nagiąć go do własnego widzimisię. Pojawiło się już w języku praindoeuropejskim – jako postanowienie, decyzja, wybór, postępowanie według chęci. W językach słowiańskich przyjęło formę „wola, volja, velet”, w zachodnich „Wahl, volonte, voluntas, volere”. Wola to jednak nie tylko możliwość swobodnego wyboru i decydowania o sobie, to też żądanie wymuszające określone postępowanie innej osoby, to polecenie, życzenie i pragnienie, a więc narzucenie swojej woli drugiemu człowiekowi.

Powiedzmy sobie szczerze, w tym wyścigu przez tysiąclecia wygrywał zawsze ten, kto miał silniejszą wolę. Co ciekawe, człowiek „powolny”, czyli działający „po woli” – a więc wedle czyjejś woli, na jego życzenie i w zgodzie z jego oczekiwaniami – traktowany był przez wieki raczej pozytywnie.

Dziś taka postawa nie budzi entuzjazmu. Z czasem (tak tłumaczą to językoznawcy) cecha posłuszeństwa i poddawania się woli innego człowieka przestała być postrzegana pozytywnie – przeciwnie, stała się czymś, co należało piętnować. Stąd frazeologizm „być powolnym narzędziem w czyichś rękach”, to jest wykonywać ślepo i bez sprzeciwu czyjeś (w domyśle: na ogół niegodziwe) polecenia. Kto zna historię XX wieku i słuchał tłumaczeń zbrodniarzy, ten czuje dreszcz na plecach, słysząc „nie jestem winny, ja tylko wykonywałem rozkazy”. A przecież takie tłumaczenia pojawiały się zawsze i pojawiają wszędzie.

W jaki sposób słowo „powolny” zbiegło się znaczeniowo ze ślamazarnością? Ano tak, że układność i skłonność do posłuszeństwa skojarzono ostatecznie z brakiem życiowej energii i opieszałością.

Tymczasem i tu zaszła zmiana. Świat, zmęczony już najwyraźniej pośpiechem, wiecznym wyścigiem, ruchem, gonitwą, zaczął nagle niespieszność doceniać. Tysiące psychologów, trenerów osobistego rozwoju i bardziej lub mniej wykwalifikowanych doradców uczą zmęczonych życiem, jak odpoczywać, wyciszyć się, jak znaleźć spokój. Na brak klientów nie narzekają, bo przybywa ludzi, którzy chcą zwolnić tempo.

I to w zasadzie świetny pomysł. Nie tylko od święta.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 146)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*