Nowości

Rausz

Na językach / autor:jk

„Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie”, śpiewała kiedyś Kora i choć to tekst ponadczasowy, bo dotykający egzystencji per se, dziś możemy, z pewną dozą ironii, odnieść go bezpośrednio do naszej aktualnej pandemicznej sytuacji. Rzuceni gdzieś między trzecią a czwartą falą koronawirusa cieszymy się z chwilowego poluzowania obostrzeń: otwarcia restauracji, muzeów i kin, a wraz z kinami – z dostępu do kilku fenomenalnych wręcz filmów. Jednym z nich jest „Na rauszu” Thomasa Vinterberga, z kongenialną rolą Madsa Mikkelsena (znanemu polskiemu widzowi choćby ze wstrząsającego dramatu „Polowanie”, też w reżyserii Vinterberga zresztą).

„Na rauszu” to opowieść o grupie nauczycieli po czterdziestce, sfrustrowanych, zmęczonych i znudzonych życiem, którzy próbują tę utraconą radość życia odnaleźć – dzięki procentom. Posiłkują się przy tym teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda (no!, gwoli ścisłości nie jest to teoria, a jedynie zdanie z jednego z esejów, wyrwane z kontekstu), że człowiek rodzi się z niedoborem pół procenta alkoholu we krwi, a uzupełnienie tego niedoboru skutkuje wzrostem kreatywności, błyskotliwości, otwartości i pewności siebie. Słowem: przywraca człowieka do stanu sprzed smutnego czasu zaskorupiałej, zrezygnowanej starości – gdy jeszcze wszystko wydawało się możliwe.

Nie. Nie jest to bajeczka dla niegrzecznych dzieci ani tym bardziej gloryfikacja alkoholizmu. Bynajmniej! Ani fabuły, ani puenty filmu zdradzać nie zamierzam, wspomnę tylko o tym, że poprzedza go cytat z filozofa Kierkegaard . Cytat ten pochodzi z dziełka „Albo-albo” i warto go zacytować w pełnym brzmieniu: „I przypominam sobie młodość moją i moją pierwszą miłość, kiedy tak tęskniłem. A teraz tęsknię tylko do tej pierwszej tęsknoty. Czym jest młodość? Snem. Czym jest miłość? Treścią snu”.

Polski tytuł bardzo ładnie koresponduje z powyższym. Być „na rauszu” (od niemieckiego Rausch, rauschen’ – szumieć) to być lekko odurzonym, czuć szum w głowie. Kojarzymy go głównie z alkoholowym upojeniem, ale czy nie jest to stan, który opisuje również rodzaj umysłowego odlotu zwanego zakochaniem? A stąd już tylko krok (no, może dwa, trzy albo cztery) do miłości.

„Miłość” to bardzo ciekawy wyraz. Odziedziczony z prasłowiańszczyzny, oznaczał upodobanie do czegoś, co uznaje się za doskonałe, serdeczną przychylność, łaskę i litość. Jak tłumaczą językoznawcy, jest spokrewniony z ogólnosłowiańskim rzeczownikiem mir, występującym w polszczyźnie od XIV wieku, a oznaczającym „pokój, harmonię, zgodę”. Stąd – przymierze, sprzymierzyć się z kimś, ale też mitygować (uspokajać, łagodzić). Z kolei „kochać” (którego etymologia nie jest taka znów pewna, choć z prasłowiańszczyzną na pewno związana) znaczyło pierwotnie „dotknąć, poruszyć, dogadzać, pielęgnować”, a także „ hodować, rozwijać się i mnożyć”. To dlatego jeszcze w XVI wieku pisano o roślinach, że „kochają się (czyli dobrze się przyjmują, rozwijają) bardziej na błoniu, niźli w cieniu”.

Na idei miłości rozumianej jako rozwój, dbałość i pielęgnacja (także samego siebie) bazuje wiele dzisiejszych poradników, treningów i terapii samorozwojowych. Wszak już święty Augustyn pisał, że kto nie umie kochać siebie, nie nauczy się naprawdę kochać bliźniego. Bohaterowie Vinterberga mają z tym kłopot, dlatego szukają po omacku. Czy znajdą coś, poza kacem? Odpowiedź w kinach.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 125)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*