REPARACJE SIĘ NAM NALEŻĄ

W Traktacie Wersalskim wyznaczono reparacje

Najświeższy temat naszej narodowej debaty publicznej to reparacje. Które Niemcy mają zapłacić Polsce za straty w II wojnie. My, we Wrocławiu, powinniśmy być szczególnie zainteresowani tą nową międzynarodową inicjatywą rządu polskiego, pilnie śledzić doniesienia z frontu i trzymać kciuki za sukces w tych polsko-niemieckich zmaganiach o wielki szmal.

Dlaczego? Otóż wystarczy skręcić z ulicy Curie Skłodowskiej, dawniej  Tiergarten Strasse, w ulicę Chałubińskiego, niegdyś Robert Koch Strasse, aby podziwiać wspaniałe neogotyckie gmachy uniwersyteckich klinik zbudowanych w Breslau za reperacje francuskie przyznane Prusom po wojnie 1870-71. W niektórych z tych zbudowanych blisko półtora wieku obiektach do dzisiaj leczy się pacjentów!

Albo Dworzec Świebodzki. Powstał 180 lat temu jako zwieńczenie części wielkiego programu rozwoju kolejnictwa w Prusach finansowanego w dużej mierze za miliony złotych franków wypłaconych Cesarstwu Niemieckiemu w ramach reperacji po wojnach napoleońskich. Gdyby nam Niemcy choćby w ratach zapłaciły te blisko półtora biliona euro reparacji, odbudowalibyśmy nie tylko ten piękny dworzec, ale może i teraz już podziemną linię kolejową do Świdnicy.

Tak, tak, powiedzmy sobie uczciwie, że o ile wojna jest, jak orzekł Clausewitz, kontynuacją polityki innymi środkami, o tyle reparacje są kontynuacją wojny środkami finansowymi.

A te  były zawsze, chociaż nie nazywały się reparacjami (to pojęcie pochodzi z XIX wieku). W odległych czasach właściwie prawie wszystkie wojny wybuchały z chęci zysku: dla wojennych łupów, zdobycia zyskodajnych ziem (podatki, kopalnie) albo dla kasy za pokój. Przegrany zawsze płacił: kontrybucje, okup, daninę, trybut, haracz, jak zwał, tak zwał, ale zawsze chodziło o kasę.

Ściślej mówiąc, chodziło o to, żeby zapłacić mniej, niż oceniało się ryzyko strat w razie niezapłacenia. Nasi władcy piastowscy nieustannie płacili trybuty niemieckim cesarzom, żeby ci zajęli się sprawami włoskimi choćby, a nie szli z wojskiem za Odrę. A Kazimierz Wielki zapłacił Janowi Luksemburskiemu 20 tysięcy kóp groszy praskich (około 4,5 tony srebra), za którą to kwotę można było wówczas kupić jakieś 100 porządnych kamienic w Krakowie. W sumie niewiele za zrzeczenie się przez Jana praw do polskiej korony, czyli uniknięcie pewnej wojny z bitnym królem Czech (to legenda rycerstwa, zginął w bitwie pod Crécy, idąc do boju niewidomy, przywiązany do dwóch rycerzy!). Może gdyby Kazimierz miał więcej, znacznie więcej srebra, nie musiałby zrzec się swoich królewskich praw do Śląska i dzieje Wrocławia potoczyłyby się inaczej.

Ale co tam nasz Kazimierz z prowincjonalnej wtedy jeszcze Polski. Cesarze wspaniałego, bogatego Konstantynopola płacili przez blisko trzysta lat trybut barbarzyńcom, Połowcom, Węgrom, Normanom, Bułgarom za pokój na granicach! I gdyby nie wydawali pieniędzy na zbytki – sławny bizantyjski przepych – może by im starczyło na zapłacenie krzyżowcom w 1204 roku odpowiedniej ceny, miasto nie zostałoby zdobyte i splądrowane (słynne konie z weneckiej bazyliki ukradziono wtedy z Konstantynopola) i cesarstwo przetrwałoby potężne i albo miałoby na wojsko i wygrało z Turkami, albo odpowiednio opłaciłoby się sułtanowi Mahmedowi II. Kto wie?

Na marginesie – kupowanie sobie pokoju i spokoju było naprawdę bardzo głęboko zakorzenione w prawnej tradycji, nie tylko przecież europejskiej. W zamierzchłych czasach (a tu i ówdzie nie tak zamierzchłych) popularna była główszczyzna ( u Germanów – wergeld). Za zabicie człowieka można była otóż zapłacić jego krewnym i w ten sposób uniknąć zemsty (u nas to wróżda, gdzie indziej – wendetta). Krewni zabitego musieli ukarać śmiercią zabójcę albo, jeśli to było niemożliwe, jego krewnego. Inaczej hańba spadała na ród. W odróżnieniu od trybutów i danin, które zwycięzca narzucał słabszemu, główszczyzna zazwyczaj była przez pośredników negocjowana, a kiedy władze państwowe okrzepły, ustalana prawnie. W średniowiecznej Polsce za zabicie chłopa płaciło się grzywnę (ok. 50 groszy), a za szlachcica – 10 grzywien.

Reasumując – opłacanie się zwycięzcy, te wszystkie okupy, kontrybucje i reperacje są w historii świata praktyką, rzec można, codzienną, zwyczajną.

O jednym wszak trzeba koniecznie pamiętać, a mianowicie, że płacił zawsze słabszy silniejszemu. Nigdy odwrotnie. Gdyby Francuzi w 1815 czy w 1871 roku nie obawiali się, że obce wojska siłą odbiorą od nich należność, nie zapłaciliby przecież ani centyma.  Ale byli słabi i płacili. Chociaż zdarzało się, że pokonany władca zobowiązywał się do płacenia, ale odzyskał siły i nie płacił. Jak Polska, która w 1672 roku w Buczaczu zobowiązała się do płacenia Turkom 22 tysięcy talarów rocznie haraczu, ale nie zapłaciła, bo jednak szlachta się opamiętała i zebrawszy siły rok później rozgromiła Turków pod Chocimiem.

Nawiasem mówiąc,  akurat nasi Piastowie, od pierwszych począwszy, byli w takich grach wręcz mistrzami. Nic nie ujmując obrońcom Niemczy czy Głogowa trzeba jednak powiedzieć, że prawie każda wojna z Niemcami kończyła się jakimś lennym zobowiązaniem płatniczym. Najczęściej niedotrzymanym. Chociaż sił nam nie przybywało, to sprytu nie brakowało.

W tym miejscu warto przypomnieć ponury przypadek z najnowszej historii. W Traktacie Wersalskim ustalono, że Niemcy mają za krzywdy i straty wojenne zapłacić zwycięskim państwom Ententy 132 mld marek w złocie (blisko 50 ton złota!). Pod groźbą użycia siły Berlin się zgodził i płacił. I chociaż w 1924 roku obciążenia zostały zmniejszone, to gospodarka się załamała, inflacja oszalała, społeczeństwo popadło w nędzę. Wybawicielem okazał się Adolf Hitler, który kazał Niemcom wstać z kolan i traktaty wyrzucić do kosza. Jak się to skończyło, wiadomo: wybuchła II wojna, Niemcy znów przegrali, a Wrocław po 700 latach wrócił do państwa polskiego.

Czy Hitler przestał płacić, bo już był silniejszy od Francji i Anglii, czy też obu tym mocarstwom (wówczas takimi jeszcze były) zabrakło chęci i wyobraźni, choć militarnych mocy miały dość – to przedmiot wielkich historycznych sporów. W każdym razie po tej kolejnej wojnie zwycięzcy sojusznicy, nauczeni doświadczeniem wojny poprzedniej, nie chcieli reparacji, zadawalając się grabieżą wyposażenia niemieckich fabryk i nie tylko. Co więcej, zamiast żądać od Niemców reparacji, zachodni sojusznicy wrzucili Niemcom górę kasy (plan Marshalla), żeby nie byli głodni, biedni i żeby im znowu jakiś Hitler nie przyszedł do głowy.

No właśnie. Te wszystkie historyczne doświadczenia musimy wziąć pod uwagę, kiedy oficjalnie, pisemnie zażądamy od Niemiec obliczonych przez posła Mularczyka kwot wojennych odszkodowań. 6,2 biliona złotych to jakieś 1,4 biliona euro, co stanowi mniej więcej czwartą część produktu krajowego brutto Niemiec (i ponad dwukrotne PKB Polski). To chyba więcej, niż alianci zażądali od Niemiec w Wersalu. Czy Europa zgodzi się na to, aby Niemcy popadły, jak niegdyś, w ruinę, a wraz z nimi pół świata dotknął kryzys gospodarczy? Oto jest pytanie.

I pytanie dodatkowe: czy nasz Wrocław, a też Szczecin, Pomorze, Górny Śląsk i różne inne ziemie i miasta, które w Poczdamie alianci dali Polsce – będą czy nie będą liczone jako część odszkodowań?

Jeśli wszak uznamy, że komunistyczne władze bezprawnie – bo nie były polskie – zrzekły się reparacji, to Niemcy powiedzą, że równie bezprawnie i bezskutecznie podpisały układ o nienaruszalności granic. I Wrocław, jak powiadali przesławny Hupka i Czaja, o Adenauerze nie wspominając – jest nadal niemiecki pod polską tymczasową administracją. Niemiecka skrajna nacjonalistyczna prawica już zaciera ręce z uciechy.

No i pamiętajmy o najważniejszym: chociaż reparacje się nam należą, to jak długa i bogata jest historia, zawsze płacił słabszy silniejszemu. Nigdy odwrotnie. Fakt, minister Błaszczak kupuje teraz bez liku samolotów, czołgów, armat i innych różności, ale czy to wystarczy? Czy jesteśmy dość zwarci i gotowi? Do czynu, nie do wyborczej kampanii…

P.S.

Oczywiście, moglibyśmy twierdzić, że Ziemie Odzyskane nie są częścią reparacji, lecz są łupem wojennym, należnym zwycięzcy. Ale te łupy zdobywały I i II Armia Wojska Polskiego, a wojsko to według obowiązującej obecnie doktryny  nie było polskie. Ot, kłopot…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*