Wierszyk

Na językach / autor:jk

W podręczniku wczesnoszkolnej edukacji zdjęcie dziewczynki – promiennej, roześmianej, biegnącej w kusej białej sukience wśród idyllicznych pól. Pogodny aniołeczek z kolorowym wiatraczkiem w ręku. Obok wierszyk:

„To rzecz wspaniała. Chyba się jednak dobrze starałam./Chciałam, by lubić zaczął mnie ktoś, więc byłam miła, mówiłam wciąż:/proszę, przepraszam, bardzo dziękuję i uśmiechałam się i w ogóle./Teraz mnie lubią wszyscy, więc w górę/ skaczę z radości – /do samych chmurek!”.

Rok szkolny nie rozpoczął się jeszcze na dobre, a o wierszyku Ewy Skarżyńskiej (poetki, pisarki, autorki takich książek dla dzieci jak „Odlotowa winda do nieba ” czy „Droga Krzyżowa dla malucha”) już zrobiło się głośno. Ktoś pstryknął fotkę kartki z podręcznika, ktoś udostępnił ją w mediach społecznościowych, posypały się oburzone komentarze. Że wychowanie w przekonaniu „wszyscy mają mnie lubić” jest w gruncie rzeczy niepedagogiczne. Że ta pochwała grzeczności i posłuszeństwa uczy niestawiania granic, niesłuchania własnych potrzeb i podporządkowywania się innym, byle tylko sprawić im przyjemność. I że takich postaw oczekuje się, a jakże, wyłącznie od dziewczynek.

Czy na napisany przed niemal półwieczem wierszyk „Wszyscy mnie lubią!” ktokolwiek zwróciłby uwagę jeszcze parę lat temu? Nie mam pewności. Być może utonąłby w morzu anachronicznych tekstów, którymi ciągle jeszcze przesycona jest polska szkoła. Ale wierszyk uwagę zwrócił, i to właśnie teraz, bo idealnie rezonuje z deklarowanymi przez ekipę ministra Czarnka nowymi kierunkami edukacji –  przeciwdziałaniem „duchowemu zepsuciu kobiety” i „ugruntowaniem cnót niewieścich”.

Na czym miałoby polegać to „ugruntowanie”, zastanawiano się powszechnie jeszcze przed wakacjami. Cóż, biorąc pod uwagę język, jakim posługują się doradcy ministra, odpowiedzi należałoby szukać chyba w szesnastowiecznych poradnikach dobrego wychowania dla panien. Weźmy choćby instrukcję niejakiego Sebastiana Petrycego, rocznik 1554. Do dziś możemy oglądać jego nobliwą podobiznę, zdobiącą berło wydziału lekarskiego Akademii Krakowskiej, na sporządzonej przez Jana Styfiego rycinie. Petrycy ma wielce poważny wyraz twarzy, długą brodę i grubą księgę w rękach. Ot, postać strapionego światem patriarchy. Był lekarzem, pisarzem i tłumaczem  Arystotelesa. Nigdy nie napisał osobnego poradnika o wychowaniu, ale swoje poglądy przedstawił w komentarzach do dzieł greckiego filozofa. Te poświęcone dziewczynkom nie były skomplikowane i można je streścić w kilku słowach. Po pierwsze, niewypuszczanie córek z domu, chyba że ze stróżem, aby nie nabrały śmiałości do rozmowy i spojrzeń. Po drugie, zakaz kontaktów z młodzieńcami, żartów, podarków oraz listów, bo to może zamącić im w głowie, a młode kobiety muszą mieć czyste ciało i czyste umysły. Po trzecie, znalezienie córkom dobrego zajęcia, jak przędzenie, haftowanie, wyszywanie, bo w ten sposób staną się bardziej przydatne w gospodarstwie domowym, a jednocześnie nie będą miały czasu myśleć (myślenie bywa niebezpieczne). Po czwarte, mają milczeć, zwłaszcza przy mężczyznach, bo milczenie jest złotem.

Urodzony pół wieku później Aaron Aleksander Olizarowski, również lekarz, a z upodobania moralista, wtórował: „zajęcia i praca, niewyszukany strój, surowy tryb życia, samotność i uwaga wciąż na coś skierowana, a do tego drogi sercu i obyczajny opiekun, częste upomnienia, łagodne przestrogi, a jeśliby kiedyś rzecz tego wymagała – groźby”.

Jedynie Andrzej Glaber z Kobylina (też lekarz, w dodatku ksiądz) wpadł na koncept, czemu zapędza się kobiety do kądzieli i paciorków, a odmawia im prawa do gruntownej edukacji, i pisał o tym dość uczciwie: „mężowie tak ustawili i pilno tego strzegą, aby białogłowy pisma się nie uczyły i ksiąg żadnych nie czytały – to czynią z niejakiej zazdrości – przeto oni boją się swej sławy utracić, aby białogłowy ich rozumem nie przechodziły”. Żyjący w XVI wieku Glaber z pewnością jednak nie był dzieckiem swoich czasów.

Czy w naszych czasach powrót do myślowych wzorców z epoki Petrycego ma szansę powodzenia? Tym, którzy mieliby ochotę się roześmiać, przypomnę ku przestrodze, że nasza rzeczywistość już dawno przerosła kabaret. Oto na wojewódzkim etapie  konkursu języka polskiego, w województwie podkarpackim, pojawiło się zadanie: „Wyobraź sobie, że wysyłasz wiadomość SMS do Jana Pawła II. Wpisz pytanie, które cię nurtuje. Napisz odpowiedź, uwzględniającą przesłanie prawdy i nadziei. Użyj poprawnie przynajmniej pięć różnych znaków interpunkcyjnych”. Nie będę się pastwić nad jego wartością merytoryczną, zrobili to już inni. Przyznam tylko, że ideologiczna gorliwość autorów polonistycznej olimpiady mniej mnie dziwi niż fakt, iż nie wiedzą, że „używać” łączy się z dopełniaczem, nie biernikiem. Poprawne zdanie powinno zatem brzmieć: „Użyj poprawnie przynajmniej pięciu różnych znaków”.  Cóż, tam gdzie zaczyna się moralizatorstwo, kończy się edukacja.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 126)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*