Wrocławska bieda

Gnieździ się w starych czynszowych kamienicach i spółdzielczych blokowiskach. Tuż obok reprezentacyjnego centrum i na rubieżach miasta. Rośnie wraz z bezrobociem i pogłębiającą się społeczną frustracją. I według wszelkich prognoz będzie nadal wzrastać.

(30-01-2002 r.)

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Gnieździ się w starych czynszowych kamienicach i spółdzielczych blokowiskach. Tuż obok reprezentacyjnego centrum i na rubieżach miasta. Rośnie wraz z bezrobociem i pogłębiającą się społeczną frustracją. I według wszelkich prognoz będzie nadal wzrastać.

(30-01-2002 r.)

W języku polskim słowo „bieda” ma podwójne znaczenie. Oznacza nie tylko niedostatek materialny i brak środków do życia, ale także zmartwienie, tarapaty i kłopoty.  Wiedzą o tym najlepiej sami potrzebujący, którzy szukają pomocy instytucjonalnej. Nie chodzi tu jednak  o prostą  i logiczną współzależność między nędzną płacą  i wynikającą stąd  troską o zapewnienie materialnego bytu rodzinie, ale o zespół problemów, z których choć jeden musi zaistnieć, by móc się o taką pomoc ubiegać.  Należą do nich bezrobocie, bezdomność, sieroctwo, niepełnosprawność, długotrwała choroba, wielodzietność, alkoholizm oraz kłopoty wychowawcze.

-Bardzo często w rodzinie występuje szereg różnych sprzężonych z sobą problemów – przyznają  pracownicy wrocławskiego MOPS-u. – Można powiedzieć, ze jedne problemy pociągają za sobą inne. Tam gdzie wystąpiło bezrobocie często pojawiają się kłopoty z alkoholem, a, co za tym idzie, także problemy wychowawcze. O takich rodzinach mówimy, że są wieloproblemowe.  

Raport o rodzinie
Ze sporządzonego na zlecenie Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej raportu Pentora  dotyczącego  rodzin z dziećmi w wieku szkolnym („Wrocławska rodzina 2000/2001”) wynika, że aż w 26 proc. takich rodzin średni miesięczny dochód na osobę nie przekracza 400 zł. W rodzinach najuboższych wynosi on 296 zł.  30 proc. ankietowanych stwierdziło, że żyje im się skromnie i muszą bardzo oszczędzać, a prawie 6,5 proc. –  że nie starcza im na zaspokojenie podstawowych potrzeb. 7 proc. rodzin przyznało, że dość często brakuje im pieniędzy na żywność.   „Co dziesiąta ankietowana rodzina twierdzi, że często zdarza się, iż mają problemy z dokonaniem opłat czynszowych. Podobny odsetek musi regularnie rezygnować z zakupów odzieży, obuwia itp. W pierwszej jednak kolejności rezygnuje się z wydatków na rozrywkę i kulturę, co zdarza się 57 proc. rodzin” – piszą autorzy raportu. W większość rodzin głównym źródłem dochodów jest praca zawodowa. Ale 6 proc. respondentów korzysta z pomocy socjalnej a 3,3 proc. z zasiłku dla bezrobotnych.
„Mimo, że oficjalne wskaźniki bezrobocia we Wrocławiu są niższe niż ogólnopolskie, brak pracy stanowi poważny problem….Bezrobocie występuje w 19,8 proc. rodzin, czyli w co piątej wrocławskiej rodzinie jest przynajmniej jedna osoba bezrobotna”, czytamy w raporcie.

Jestem samotny…
Pan Tadeusz jest z zawodu kierowcą. Przepracował 26 lat i wiodło mu się nawet całkiem nieźle, ale dobra passa skończyła się kilka lat temu. Już kilkakrotnie korzystał z pomocy społecznej. Pierwszy raz w maju 2000r., kiedy stracił prawo do zasiłku dla bezrobotnych, a pracy ciągle nie mógł znaleźć. Wtedy prosił o pomoc w zakupie żywności i biletów MPK. Później kilka razy zatrudniał się u prywatnych przewoźników, zawsze jednak na umowę–zlecenie i na krótki okres czasu. Od listopada ubiegłego roku nie pracuje.

-Zrobiłem nawet świadectwo kwalifikacyjne dla kierowców ciężarowych. Może znajdę jakąś pracę. Wziąłbym wszystko, obojętnie co – nerwowo zaciera dłonie. – Chodzę do prywaciarzy, ale u nich też bieda, samochody stoją, zleceń nie ma. Raz powiedzieli mi, że może by i wzięli, gdybym miał grupę inwalidzką. Chciałem się nawet przyjąć do zieleni miejskiej, tu, do parku, ale się nie załapałem. Do miasta jeżdżę na gapę, mandatów mam już tyle, że głowa boli. Czasem udaje się, jak pokażę książeczkę z pośredniaka, wtedy machają ręką…

Utrzymuje się teraz dzięki pomocy sąsiadów:
-Trochę im się ręka trzęsie, ale pożyczają – mówi.
Ostatnio złożył wniosek do MOPS o pomoc w zakupie opału. We wniosku napisał: „żyję w stresie i nędzy, nie mogę liczyć na żadną pomoc, jestem samotny”.

Skupiska biedy
Na mapie miasta da się wyróżnić rejony szczególnie dotknięte bezrobociem: Brochów, Swojczyce, Strachocin, Osobowice, okolice śródmieścia i centrum (Ołbin, pl. Grunwaldzki, Kleczków, ulice Kościuszki i Traugutta), Fabryczna. Miejsca te w znacznym stopniu pokrywają się z obszarami największej wrocławskiej biedy. Nic w tym dziwnego:

– Bezrobocie staje się jednym z najważniejszych  powodów ubiegania się o pomoc społeczną – tłumaczą w MOPS-ie. – W 2001 r. z tego właśnie  powodu z wnioskami o pomoc wystąpiło  prawie 8 tys. osób. Dla porównania, w roku 2000 było to niewiele ponad 6 tys. osób, a w 1999 r. – 4,8 tys.

-Zdecydowana większość korzystających z pomocy społecznej to osoby z podstawowym wykształceniem – dodaje Krzysztof Ruszczyk, pracownik socjalny MOPS. –  Dużo mniej jest ze średnim, a z ludźmi posiadającymi wyższe wykształcenie jeszcze się tutaj nie spotkałem. To nie znaczy, że nie potrzebują pomocy, ale -być może- bardziej się tego wstydzą.

Stanąć na nogi
Krzysztof Ruszczyk pracuje w Leśnicy. Ma pod opieką 55 rodzin dość regularnie korzystających z pomocy MOPS. Prócz niego pracują tu jeszcze cztery osoby, każda  z kilkudziesięcioma podopiecznymi.
-Pewna cześć z nich to rodziny wielodzietne – mówi Krzysztof Ruszczyk. – Naszą rekordzistką jest rodzina  z ośmiorgiem dzieci. W dodatku jedno z rodziców jest bezrobotne. Nasza pomoc nakierowana jest więc głównie na dzieci: dożywianie w szkole,  pomoc w zakupie szkolnych podręczników. Ważnym elementem naszej działalności jest motywowanie dzieci do dalszej  nauki i starania, by nie powielały wzorców rodziców. Do postawy roszczeniowej łatwo się przyzwyczaić.

Dlatego  MOPS stara się „aktywizować” ludzi pozostających bez pracy. Z jakim rezultatem? Spośród podopiecznych Krzysztofa Ruszczyka dwóm osobom udało się uniezależnić.
-Trudno wyrokować, czy dużo to, czy mało – mówi. – Sytuacja jest skomplikowana. Trzeba pamiętać, że mówimy tu  bardzo często o  osobach z podstawowym wykształceniem, a więc niechcianych na rynku pracy. Czasem mogą liczyć wyłącznie na prace interwencyjne. Zbierają truskawki, kopią ogródki. W Urzędzie Pracy nie ma dla nich żadnych, ale to żadnych szkoleń. Jeśli więc znajdą pracę, to wyłącznie za sprawą  własnej aktywności i uporu.

Ciepły posiłek
Wraz z nadejściem zimy zwiększa się liczba osób korzystających z pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża. 100 osób dziennie przychodzi na ciepły posiłek. W dni wydawania odzieży (wtorki i piątki) zgłasza się po nie do 40 osób.
-To wszystko liczby szacunkowe. Nie prowadzimy statystyki, bo nie mamy stałych podopiecznych – tłumaczy dyrektor Andrzej Wydro. – Po prostu pomagamy, gdy jest to konieczne. Nie stosujemy przy tym żadnych ścisłych kryteriów.  MOPS ma swoje przepisy, a u nas granica ubóstwa jest bardzo luźna. Nie sugerujemy się dyrektywami, ale zwracamy uwagę na to, by ubiegająca się o pomoc osoba mogła udowodnić, że rzeczywiście jej potrzebuje.

W Caritasie łatwiej o dane statystyczne. Centrum socjalne przy ul. Słowiańskiej wydaje codziennie 520 posiłków. Do łaźni przy ul. Katedralnej – czynnej od poniedziałku do piątku – przychodzi każdego  dnia ponad 55 osób. Średnio 40 osób zjawia się w dniu wydawania odzieży. Biuro pierwszego kontaktu, zbierające podania od osób szukających pomocy,  przyjmuje 50 do 70 osób dziennie. Z poradni psychologicznej i pedagogicznej korzysta jednorazowo niemal 30 osób. To uśrednione dane za 2001 rok.

-To zdecydowanie więcej niż w latach minionych – mówi Marek Francuz. – Można powiedzieć, ze liczba osób potrzebujących zwiększyła się o około 20-30%.
To samo potwierdzają pracownicy WROS czyli Wspólnoty Roboczej Organizacji Socjalnych, gdzie mieści się również Centrum Informacji Socjalnej.

– Posiadamy bazę danych organizacji i stowarzyszeń zajmujących się pomocą społeczną. Od niedawna mamy własną infolinię – mówi pracownik WROS. – Z prośbą o pomoc i informację dzwoni do nas od kilku do kilkunastu osób dziennie. Problemy są rozmaite – chore dziecko, brak pieniędzy na węgiel, kłopoty z znalezieniem pracy.

Dawać? Nie dawać?
Czy pojawiające się od kilku lat na ulicach miasta, proszące o wsparcie osoby można traktować jako swoisty miernik systematycznego ubożenia części społeczeństwa? Organizacje pomocowe odnoszą się do tego z dużym dystansem. Nie tak dawno temu władze miasta (wspólnie z Caritasem i innymi organizacjami) zainicjowały akcję  „Nie dawaj na ulicy” .

– Chodzi nam o to, aby kierować środki bezpośrednio do odpowiednich placówek – tłumaczy Marek Francuz. –  Pomoc instytucjonalna w zupełności wystarcza, a przy tym ma się pewność, że trafia do tych, którzy jej naprawdę potrzebują. Ludzie proszący o datki na ulicy najczęściej przeznaczają je na alkohol. Zdarza się, że są to zwykłe wyłudzenia, dokonywane przez podstawione a wzbudzające litość osoby.

-Jesteśmy raczej przeciwni datkom na ulicy- mówią pracownicy MPOS-u. – Większość żebrzących  albo ma własne dochody, albo też nie wyraża woli zmiany swojej sytuacji, bo jest to dla nich sposób na życie. Choć oczywiście trudno tu generalizować. Nie można przecież wykluczyć, że są wśród nich osoby naprawdę zdesperowane albo takie, które  korzystają z naszej pomocy, ale jest ona dla nich niewystarczająca.

(GP nr 2/66)

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 146)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*