Wszystkie zwierzęta EKOSTRAŻY

fot. Alicja Berny fot. Alicja Berny

Trafiają tu dzikie i domowe zwierzęta z całego Dolnego Śląska – porzucone, wychłodzone, zagłodzone, maltretowane, sieroty, po wypadkach. Cały sztab wolontariuszy i współpracowników EKOSTRAŻY zapewnia im opiekę i leczenie, pomaga powrócić do naturalnego środowiska czy znaleźć domy. Azyl przy ulicy Miłoszyckiej 67 jest jedynym miejscem we Wrocławiu, które przygarnia zarówno piwniczne kocięta, jak i lisy w opałach, wydry czy nietoperze, troszcząc się o ich dalszy los. 

Fazi to średniej wielkości psiak, który prawie 9 lat swojego życia spędził na łańcuchu. Jednak nie to jest najgorsze w jego historii. Stodoła, do której był przywiązany, stanęła w płomieniach. Drugi pies – towarzysz Faziego – przegrał walkę z ogniem. On sam cudem został uratowany przez strażaków. Poparzony i cierpiący trafił do EKOSTRAŻY. Jego stan był zły, ale opiekujący się nim wolontariusze i weterynarze podjęli długą i kosztowną walkę o jego zdrowie. I tu zaczyna się druga – szczęśliwa- część jego historii. Uwolniony z łańcucha i płomieni pies szybko zaczął przejawiać dużą ciekawość życia i pogodną naturę, mimo że poparzenia jeszcze przez wiele miesięcy nie pozwalały mu stanąć na łapach. –  Bez wahania zdecydowałam się na adopcję, choć początki były trudne – mówi Patrycja Puka, obecna opiekunka Faziego. – Początkowo psiak wymagał noszenia, zwłaszcza po schodach. Miał jednak w sobie dużo determinacji – wspomina. Fazi już piąty rok mieszka z Patrycją. Dzisiaj długie spacery to ich codzienność, tylko po kamieniach nadal trudniej mu się chodzi.  Był już nad morzem, na wycieczkach za granicą, a nawet spał pod namiotem. – Właśnie wtedy po raz drugi usłyszałam, jak Fazi szczeka, kiedy w nocy pod namiot zakradł się lis – śmieje się Patrycja. Na co dzień jest spokojny i radosny.  Nie przeszkadza mu, że niedawno dołączył do nich Erni – siedmioletni pies adoptowany przez Patrycję. Teraz ma najlepszy czas, bo jego pani pracuje zdalnie, a on, leżąc u jej stóp, może co chwilę zerkać na nią swoim jedynym sprawnym po pożarze okiem z wyrazem bezgranicznej miłości i wdzięczności.

    Tym właśnie zajmuje się EKOSTRAŻ – żeby historie takie, jak ta, miały swój happy end.  A do tego potrzeba wielu chętnych do pomocy ludzi – wolontariuszy, weterynarzy i osób dobrej woli. Stowarzyszenie działa całodobowo. Cały czas odbywają się interwencje, do azylu trafiają zwierzęta nieraz w bardzo ciężkim stanie. Pod opieką są tutaj zarówno psy i koty, jak i wiele dzikich zwierząt: lisy, jeże, nietoperze, kuny, jenoty, borsuki, wydry, różne ptaki. Fazi to jeden z wielu psów uwolnionych z łańcucha i od złej doli. – Niestety w Polsce nadal nie ma oficjalnego zakazu trzymania zwierząt na łańcuchu, dlatego nie zawsze są podstawy, żeby odbierać je właścicielom – mówi  Honorata Kołodziejska-Karaś, członek zarządu EKOSTRAŻY.  – Chyba że zwierzę jest naprawdę w tragicznym stanie, wtedy interweniujemy. Takie zgłoszenie najlepiej wysłać nam przez sms – załączając zdjęcia i opis sytuacji – dodaje.

Fazi z Patrycją, swoją obecną panią
Fazi z Patrycją, swoją obecną panią

Jeżyk zwany Skórką

     Od marca zawsze przybywa w EKOSTRAŻY wielu nowych podopiecznych. Wiosna jest niełatwym czasem choćby dla jeży. Zbyt wcześnie rozpoczynane porządki w ogrodach wybudzają je ze snu zimowego i utrudniają przeżycie. Koszmarem jest wypalanie i koszenie traw – w płomieniach i pod ostrzem kosiarki ginie wiele zwierząt. Ciężkie życie mają też osierocone  maluszki. Jesienią do EKOSTRAŻY trafiła Skórka, poparzony jeżowy osesek, którym zaopiekowała się wolontariuszka, Marta Zienkiewicz.  – Od poparzenia zeszła jej cała skóra i wypadły kolce – mówi Marta. –  Miała też anemię. Po tygodniach opieki i leczenia udało mi się ją uratować. Kolce odrosły i teraz jest zdrowym, pięknym jeżem. Czeka na pełnię wiosny, żeby móc powrócić na wolność. W naszym azylu zwykle znajduje się ok. 200 jeży, w tym rocznie odkarmianych jest blisko 100 maluchów – mówi Marta. – Oseski karmi się co 3-4 godziny, także w nocy. Są z wolontariuszami przez cały czas – zabieramy je do domu i do pracy. Ja naraz miałam pod opieką nawet 7 jeży, ale były w różnym wieku. Jeśli znajdziemy rannego, poparzonego albo pozbawionego matczynej opieki jeża czy też inne zwierzę – umieśćmy je w kartonie, najlepiej nie dotykając go, tylko owijając w bluzę czy szalik. Warto też włożyć butelkę z ciepłą wodą owiniętą w ręcznik, żeby się nie wyziębił. Z takim zabezpieczonym zwierzakiem można przyjechać do azylu EKOSTRAŻY  albo zadzwonić na numer interwencyjny. Lepiej nie podejmować opieki nad dzikim zwierzęciem samodzielnie. Małego jeżyka trzeba karmić preparatem mlekozastępczym, który my sprowadzamy aż z USA. Absolutnie nie wolno mu podawać mleka czy jabłek. Gdy waży więcej niż 120 g, stopniowo przestawiamy go na pokarm stały. Skórka początkowo nie chciała jeść i musiała być karmiona strzykawką – dodaje. Wolontariusze EKOSTRAŻY przestrzegają, żeby zabierać z naturalnego środowiska tylko te zwierzaki, które wyraźnie potrzebują pomocy. Teraz – wiosną- gdy jeże budzą się z hibernacji, możemy wystawiać w miejscach ich bytowania miseczki z wodą.

     Skórka ma się dobrze. Waży już 900 gramów. Niedługo znajdzie się w wolierze – to takie przejściowe miejsce, gdzie dzikie zwierzęta mogą przystosować się do swojego środowiska. Są tam pod obserwacją wolontariuszy, którzy sprawdzają, czy sobie poradzą. – Najpiękniejszym momentem jest ten, kiedy możemy zwrócić naszemu podopiecznemu wolność – mówi Marta. – Wtedy wolontariusz wie, że zrobił dobrą robotę.

 Biegnij Foksik, biegnij!

      Nie zawsze jest łatwo rozstać się ze zwierzakiem, którym opiekowało się od oseska. – To naturalne, że przywiązujemy się do zwierząt – mówi Eliza Owedyk, która w EKOSTRAŻY zajmuje się głównie kotami, ale też pomaga przy lisach, jeżach, jenotach i ptakach. – Moje serce skradł pewien uroczy lisek – Foksik. Trafił do nas, kiedy był maluchem, bo błąkał się sam  po poboczu drogi, bez mamy. Najpierw, jak wszystkie zwierzaki, był na kwarantannie i pod obserwacją. Odwiedził też klinikę specjalizującą się w leczeniu dzikich zwierząt, bo taką mamy procedurę. Na szczęście oprócz pasożytów nic mu nie doskwierało. Za to miał w sobie mnóstwo uroku. Wtedy w azylu przebywało aż 15 lisów, z Foksikiem połączyła mnie jednak szczególna więź. Przyszedł jednak czas, że zmężniał i musiał powrócić na wolność. Trafił najpierw do woliery, a potem do rezerwatu przyrody – daleko za Wrocławiem, ale mieliśmy pewność, że tam nikt nie będzie do niego strzelał. Kiedy w lesie otworzyliśmy klatkę, lis wyszedł, ale zaraz się zatrzymał i popatrzył na mnie, jakby nie był pewny, czy może odejść. Wtedy zaczęłam go zachęcać: no biegnij Foksik, biegnij! Przez moment biegłam razem z nim, wołając: leć na wolność, powodzenia! Jeszcze kilka razy się obejrzał, aż w końcu zniknął w zaroślach. Tak mocno zapadł mi w serce, że zrobiłam sobie tatuaż z jego wizerunkiem. I cały czas trzymam za niego kciuki – dodaje Eliza. 

Foksik trafił do EKOSTRAŻY jako maluch. Dziś już jest na wolności.  Fot. Eliza Owedyk
Foksik trafił do EKOSTRAŻY jako maluch. Dziś już jest na wolności. Fot. Eliza Owedyk

Wolontariat daje radość

     Kilkudziesięciu wolontariuszy EKOSTRAŻY ma też inne zajęcia: pracę, naukę, rodziny. Do azylu przychodzą na dyżury. Część z nich zabiera zwierzaki do domu, żeby się nimi opiekować. Niektórzy wspierają też stowarzyszenie zdalnie: szukają opiekunów tymczasowych, zajmują się grafiką, redagowaniem ogłoszeń. Najtrudniejsza i wymagająca wielkiego hartu ducha jest praca przy samych zwierzętach. – Żeby zostać wolontariuszem w azylu, nie trzeba mieć kierunkowego wykształcenia czy doświadczenia, bo tu wszystkiego się uczymy – mówi Honorata Kołodziejska-Karaś z zarządu EKOSTRAŻY. – Trzeba natomiast być osobą odpowiedzialną, odporną psychicznie i stabilną emocjonalnie. Trafiają tu cierpiące zwierzęta, nieraz w ciężkim stanie. To niełatwa praca. Poza tym azyl mieści się na Kowalach. Trzeba tu dojechać, a dyżury trwają co najmniej 3 godziny. Dobrze, żeby była to osoba zdecydowana, która z góry określi, ile czasu będzie mogła poświęcić na wolontariat. Kto chce się sprawdzić, może przyjść na organizowaną przez nas w wybraną sobotę miesiąca akcję, którą nazywam wielkim sprzątaniem. Jest wtedy wielu naszych wolontariuszy i na żywo można zobaczyć, jak wygląda ich praca. Jeszcze jedno – zachęcamy panów do wstępowania w nasze szeregi. Mamy ich niewielu, a męskiej roboty nie brakuje – dodaje.

    Eliza Owedyk przyznaje, że łatwo nie jest, ale radość, jaką daje odratowanie zwierzaka czy znalezienie mu domu, trudno porównać z czymś innym. – Kiedy przyjmujesz kota w fatalnym stanie, z biegunką i prawie ślepego od kociego kataru, a po dwóch tygodniach widzisz, jak się radośnie bawi, nie ma lepszej nagrody – mówi. –  Z reguły mam nocne dyżury. Wtedy też są interwencje, przyjmujemy poturbowane czy wycieńczone zwierzęta. Najpierw robimy oględziny – mierzymy temperaturę, sprawdzamy wysięk z oczu, stan skóry. Jak zwierzę jest po wypadku, natychmiast przewozimy je do jednej ze współpracujących z nami klinik weterynaryjnych. Dla kotów, którymi z reguły się zajmuję, mamy dwa pomieszczenia – do kwarantanny i drugie, gdzie dochodzą do siebie i czekają na dom tymczasowy.  Niektóre szybko taki dom znajdują, ale inne mają mniejsze szanse, jak Pieszczoch, który trafił do nas postrzelony i przez to ma problemy z załatwianiem potrzeb fizjologicznych – dodaje Eliza.

       Zabranie zwierzaka do domu tymczasowego nic nie kosztuje – karmę, lekarstwa i opiekę weterynaryjną finansuje EKOSTRAŻ. Trzeba natomiast zapewnić mu dach nad głową i opiekę. – Tymczasowych opiekunów ciągle mamy za mało, a to dla nas ogromne wsparcie – przekonuje Honorata Kołodziejska-Karaś.  – Z tych domów zwierzęta trafiają do adopcji. Przyszły opiekun musi spełnić stawiane przez nas warunki. Musimy mieć pewność, że oddajemy podopiecznych w dobre ręce – dodaje.

Do azylu trafiają też borsuki, tu jeden z nich – Szopen.  Fot. Eliza Owedyk
Do azylu trafiają też borsuki, tu jeden z nich – Szopen. Fot. Eliza Owedyk

      Nie każdy ma warunki, żeby przygarnąć zwierzę. Jednak działalność EKOSTRAŻY można wesprzeć na wiele innych sposobów. Stowarzyszenie utrzymuje się wyłącznie z 1% podatku i darowizn  – z tych środków finansowane jest wszystko: wyżywienie, leki, leczenie, rehabilitacja. – Pomagać nam można też na wiele innych sposobów, np. rozdając ulotki czy stawiając naszą puszkę do zbiórki publicznej  – mówi Honorata Kołodziejska-Karaś.  – Zawsze potrzebni nam są też wolontariusze do pracy przy komputerze, do rozpowszechniania naszych ogłoszeń adopcyjnych, graficy do projektowania materiałów edukacyjnych, ludzie do transportu nie tylko zwierząt, ale też różnych rzeczy między azylem a domami tymczasowymi. I jak zawsze potrzebujemy wolontariuszy do opieki nad zwierzętami – dodaje. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*