Banał

Pewien pan, powiedzmy pan Piotr, przyniósł do pewnego urzędu dokument dwa dni po wymaganym terminie. Ale tak przekonująco się usprawiedliwiał i prosił, że wzbudził współczucie u pewnej urzędniczki, nazwijmy ją panią Krysią, i cofnęła datę w datowniku.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Pewien pan, powiedzmy pan Piotr, przyniósł do pewnego urzędu dokument dwa dni po wymaganym terminie. Ale tak przekonująco się usprawiedliwiał i prosił, że wzbudził współczucie u pewnej urzędniczki, nazwijmy ją panią Krysią, i cofnęła datę w datowniku. „Robię dla pana rzecz absolutnie niedopuszczalną, ale trzeba być od czasu do czasu człowiekiem” – powiedziała pani Krysia.

 
I stało się nieszczęście. Otóż na innym dokumencie pana Piotra jednak widniała data uniemożliwiająca sprawy tej pomyślne i szybkie załatwienie. Petent dowiedział się, że – niestety – będzie musiał podanie złożyć ponownie, dostarczyć też będzie musiał ponownie załączniki, bo muszą być aktualne, i poczekać będzie musiał na sprawy załatwienie przepisową ilość dni. No straszne!

Zapewne Czytelniku zorientowałeś się już, co było dalej. Oczywiście – pan Piotr wpadł w furię i postanowił z urzędem wygrać. I przedstawił urzędową pieczęć z właściwą datą  na jednym z dokumentów; niezgodność tej daty z datą widniejącą na innym dokumencie była dla zdenerwowanego obywatela dowodem bałaganu w urzędzie. O tym zaś, że tę pieczątkę z właściwą datą uzyskał dzięki złamaniu przez litościwą urzędniczkę procedur – pan Piotr zapomniał. Lub też nie chciał pamiętać, bo co mu tam…

No i się porobiło! Sprawa stała się przedmiotem surowego wewnątrzurzędowego dochodzenia. Wykazało ono, że pewna urzędniczka uległa odruchowi współczucia i uczyniła rzecz absolutnie niedopuszczalną: sfałszowała urzędowy dokument. Naczelnik wnioskował o dyscyplinarne zwolnienie, ale dotychczasowa nienaganna służba i godziwe intencje (żadnego pani Krysia nie miała w tym interesu)sprawiły, że dyrektor urzędu zastosował prawo łaski: skończyło się naganą wpisaną do akt i zabraniem premii.
Dla pana Piotra skończyło się niczym. Udowodniono mu przekroczenie terminów i napisano, że może się skarżyć do sądu, ale procedurę składania dokumentów musi zacząć od nowa.

Zdarzenie to było w urzędzie bardzo głośne. Wszyscy pracownicy – jak jedna kobieta i jeden mąż – zapewniali siebie i wszystkich dookoła, że coś takiego już nigdy, przenigdy się nie powtórzy. Żadnej litości, żadnego współczucia, żadnego wysłuchiwania usprawiedliwień i uprzejmości – tylko procedury!

W urzędzie tym przestrzega się teraz przepisów i procedur absolutnie rygorystycznie i bezlitośnie. Uprzejmie odmawia się uczynienia czegokolwiek, czego przepis wyraźnie uczynić nie nakazuje. I jest dla pracowników bezpiecznie. Dla petentów jest zaś koszmarnie. A wściekłość na bezduszną biurokrację prezentowaną przez koleżanki i kolegów pani Krysi wyładowują na swoich klientach, petentach, podwładnych, bo przecież wszyscy gdzieś pracują, jakichś ludzi przyjmują, obsługują, jakieś podania przyjmują i pieczątki stawiają…

A że w każdym urzędzie, w każdej przychodni, każdym sklepie był już jakiś pan Piotr i doświadczona pani Krysia – to jest, jak jest. Bo nic nie dzieje się bez przyczyny, jak mawiał Heraklit, czyli sami sobie urządzamy nasz świat.
Taka to banalna opowieść…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*