Nowości

Dwa oblicza miasta

Zamieszczony w styczniowym numerze „Gazety Południowej” tekst „Biedronka atakuje” wzbudził wśród Czytelników spore kontrowersje. Że dlaczego atakujemy tak przyjazną ludziom sieć sklepów i że w ogóle to dobrze, że sklepów jest więcej, bo ceny są niższe i łatwiej jest i wygodniej. Wyjaśnijmy więc: to nieporozumienie. „Biedronka” niech żyje!

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Zamieszczony w styczniowym numerze „Gazety Południowej” tekst „Biedronka atakuje” wzbudził wśród Czytelników spore kontrowersje. Że dlaczego atakujemy tak przyjazną ludziom sieć sklepów i że w ogóle to dobrze, że sklepów jest więcej, bo ceny są niższe i łatwiej jest i wygodniej. Wyjaśnijmy więc: to nieporozumienie. „Biedronka” niech żyje!

Bo Portugalczyków i polskich szefów sieci trzeba podziwiać, naprawdę. Kiedy w 2007 roku Jeronimo Martens kupowało „Biedronkę” od firmy „Elektromis” Mariusza Świtalskiego – który tę markę wymyślił – sieć miała niespełna tysiąc sklepów. Dzisiaj ma ich około 2 tysięcy, ma najbardziej rozpoznawane w Polsce logo i niech rychło otwiera swój trzytysięczny sklep. I nich przybywa też salonów „Lidla”, „Tesco”, „Carrefoura”, „Żabki” i „Almy” też.

W tekście chodziło przecież nie o „Biedronkę” ani o żadną inną sieć sklepów, ale o to, co się dzieje w miejskiej przestrzeni społecznej. To miało być zaproszenie do dyskusji o naszym mieście: jakie są strategie czy wizje urbanistyczne Wrocławia, czy ktoś myśli o funkcjach miasta w sferze organizacji życia kulturalnego, oświatowego, o organizacji życia jego mieszkańców itd, itp.
Czy chodzi tylko o brak pieniędzy w miejskiej kasie, czy o sposób myślenia miejskich włodarzy. Bo nie jest żadną tajemnicą, że Wrocław ma wielkie kłopoty finansowe. Szuka się więc wszędzie pieniędzy, tnąc gdzie tylko można wydatki (planowane na 3,4 mld) i maksymalizując przychody (na przykład z wynajmowania lokali albo wprowadzając podatek od deszczu).
Ale to przecież żadna nowina, że brak jest pieniędzy.

Nie ma takiego budżetu domowego, gminnego, państwowego,
który nie byłby – w stosunku do potrzeb – za mały.

I gospodyni domowa, i prezes obracającej miliardami korporacji, i skarbnik gminy – wszyscy mają taki sam dylemat: z czego zrezygnować mogę, a z czego nie mogę. Pytanie zaś, które zadać sobie muszą i na nie odpowiedzieć władze miasta i jego mieszkańcy brzmi: czy mimo wszystko, nawet za cenę rezygnacji z różnych niesłychanie ambitnych przedsięwzięć – należy chronić wspólne dobro, jakim jest społeczna przestrzeń miejska (czyli jakość życia wszystkich mieszkańców).

I można, niestety, odnieść wrażenie, że we Wrocławiu o tym, co gdzie będzie i jak będzie wyglądać, decydują wyłącznie inwestorzy, a miasto tworzy techniczną infrastrukturę i się nie wtrąca. Infrastruktura społeczna – świetlice, boiska, baseny, żłobki, przedszkola, komunikacja publiczna itp. – jest na dalekim planie. Z wyjątkiem wiekopomnych przedsięwzięć, jak Stadion czy budowane właśnie Centrum Muzyczne. Byle pięknie i bogato było w centrum miasta i na drukowanych folderach, to reszta się sama ułoży. Bo jak twierdzą ideolodzy neoliberalizmu: jeśli bogaci się bogacą, to biedni razem z nimi. I nie da się wykluczyć, że ludzie decydujący o miejskiej polityce nadal w to wierzą!

Chociaż już wiadomo, że ta ideologia się skompromitowała i nie stało się tak, jak obiecywali światu Ronald Reagan i Margaret Thatcher – że jak bogatsi będą się bogacić, to biedni wraz z nimi. Stało się przeciwnie – bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni biedniejsi, rozwarstwienia społeczne w ostatnich 20 latach dramatycznie się powiększyły, a w miastach przybyło ogrodzonych osiedli i rezydencji z jednej, a slumsów z drugiej strony. Jak we Wrocławiu.

Wrocław jest coraz bardziej miastem przyjaznym głównie dla ludzi sukcesu (finansowego przede wszystkim)
i chce być  miastem sukcesu, najlepiej międzynarodowego,

Na te ambicje miasto nie szczędzi grosza. Nie jest to przypadek, chociaż nie twierdzę, że Rafał Dutkiewicz podziela pogląd, iż kiedy będzie więcej apartamentowców to automatycznie lepiej będzie się żyło ludziom na Kozanowie czy w przedwojennych kamienicach na Nowowiejskiej.
Ale tak jakoś to wychodzi, że jest, jak jest: od ulicy Grodzkiej na północy do placu Kościuszki, a bardziej do Kazimierza Wielkiego na południu, i od Placu Jana Pawła II na zachodzie do Nowego Targu na wschodzie jest Wrocław prawdziwie europejską stolicą, jest piękny, zadbany, czysty, kolorowy i tętniący życiem. Poza tymi granicami troski – jest smutny, zaniedbany i prawie martwy.

Poza tymi granicami nie ma restauracji, barów, klubów, pasaży i eleganckich traktów pieszych. Nic nie ma – poza sklepami dla ubogich, poza bankami i sprzedażą telefonów komórkowych oraz podstawowymi usługami gastronomicznymi, czyli pizzeriami, budami z hot-dogami i zapiekankami. I od czasu do czasu w tej przestrzeni, niczym obiekty z innego świata, niczym zielone oazy na pustyni, wyrastają wielkie, piękne, kolorowe i tętniące życiem centra handlowe – świątynie konsumpcji.

Na pewno nie tak ma wyglądać nowoczesne europejskie miasto. Owszem, jest jak najbardziej normalne i naturalne, że ścisłe centrum jest piękniejsze, zasobniejsze w eleganckie restauracje, salony, butiki i muzea niż dzielnice peryferyjne. Ale nie jest normalne, że poza historycznym Starym Miastem można we Wrocławiu kilometrami wędrować najważniejszymi i najgłówniejszymi śródmiejskimi ulicami i nie znaleźć – poza fast-foodami – żadnego przyzwoitego lokalu gastronomicznego, eleganckiego salonu handlowego czy usługowego, kina, klubu. Każdy może to sprawdzić na Powstańców Śląskich, Piłsudskiego, Grabiszyńskiej, Hallera, Nowowiejskiej, Piastowskiej, Curie-Skłodowskiej…

Martwe są reprezentacyjne niegdyś ulice miasta,
ale co gorsza –  martwe są od urodzenia nowe osiedla!

Kiedy blisko 800 lat temu planowano od nowa Wrocław, wytyczano Rynek i dodatkowy Plac Solny, wytyczano prostopadłe ulice, a przy nich działki budowlane, wyznaczano miejsce na Ratusz, Sukiennice, miejską wagę, więzienie, wytyczano fosy, mury i bramy – działano świadomie, celowo. Realizowano jasną koncepcję – planistyczną, architektoniczną oraz prawną (bo lokacji dokonano na prawie niemieckim) – czyli projekt urbanistyczny.

Od zawsze kształt miasta, ład przestrzenny, architektura i jego funkcje społeczne są pod kontrolą, są planowane, są więc realizacją politycznych decyzji. Nie tylko żywiołowych procesów rynkowych, prywatnych interesów i gier kapitałowych, które – i to jest właśnie zadaniem urbanistów – muszą iść na kompromisy z funkcjami społecznymi miasta.

We Wrocławiu tę wiedzę upowszechniają na Wydziale Architektury Politechniki, a przy Urzędzie Miasta jest też liczne, zatrudniające dziesiątki wybitnych specjalistów Biuro Planowania Przestrzennego. Czyli jest komu myśleć i dbać o to, aby miasto rozwijało się harmonijnie.
Ale dopuszczono do tego, że w centrum miasta w miejsce przybytku kultury powstał dyskont; ale dopuszczono do tego, że salę sportową zamieniono na sklep chociaż w promieniu 500 metrów od obu nowych „Biedronek” są dziesiątki sklepów, małych i dużych. Są tylko sklepy i…banki. To nienormalne:

mamy we Wrocławiu (czerpię tę wiedzę z Internetu) znacznie ponad 200 (!) placówek bankowych (nie licząc ajencji)
i mniej niż 100 sal gimnastycznych.

Te sale są zresztą prawie wszystkie przy szkołach i są wynajmowane za pieniądze, najczęściej na różne fitnessy czy inne kung-fu, a nie są dostępne dla włóczącej się po osiedlach młodzieży (dlatego się włóczy). W ponad 600-tysięcznym mieście jest 20 basenów, tyleż kortów tenisowych (dostępnych tylko dla zamożnych), niespełna 30 klubów i domów kultury i nawet nie 60 bibliotek publicznych (w większości kantorków). Są dwa eleganckie kluby bilardowe (godzina gry kosztuje więcej niż bilet do kina, więc to nie dla młodych), a w ogóle w tym wielkim mieście dostępnych stołów bilardowych jest mniej, niż stacji benzynowych. To niepojęte!

Czy tej patologii nie widzi prezydent Dutkiewicz, dyrektor Ossowicz z Biura Rozwoju Wrocławia, nie widzą co bardziej inteligentni radni miejscy? Oczywiście, że widzą, muszą widzieć. Czy nie widzą, co wyprawiają developerzy, którzy stawiając coraz piękniejsze domy, ciasno, jeden przy drugim, czynią życie na nowych osiedlach koszmarem? Oczywiście, że widzą i oczywiście, że wiedzą, jak powinno być zaplanowane osiedle i jak drzewiej je planowano: z miejscem na żłobek, przedszkole, ośrodek zdrowia, pawilon handlowy, teren rekreacyjny itd.

Więc wszyscy, jak sądzę, to wiedzą i widzą, ale jest problem: to bank ma kasę na wynajem lokalu, to developer ma kapitał na zakup działki, a „Biedronka” na nowy sklep. I miasto rozkłada ręce: to nie nasza sprawa, my zapewniamy drogi, rury i kable…
I dlatego jest tak, jak jest. I oby nie było gorzej…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*