Nowości

Gra w pozory

Groźba milionowych kar za niewdrożenie unijnych dyrektyw równościowych sprawiła, że rząd i parlament w kilka miesięcy poradził sobie z uchwaleniem ustawy, której przez lata ani przygotować, ani wdrożyć się nie dało. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że ustawę krytykują niemal wszyscy, no może za wyjątkiem minister Radziszewskiej, która jest jej autorką.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

Groźba milionowych kar za niewdrożenie unijnych dyrektyw równościowych sprawiła, że rząd i parlament w kilka miesięcy poradził sobie z uchwaleniem ustawy, której przez lata ani przygotować, ani wdrożyć się nie dało. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że ustawę krytykują niemal wszyscy, no może za wyjątkiem minister Radziszewskiej, która jest jej autorką.

Niechęć do ustaw równościowych towarzyszyła polskim politykom od zawsze.
Pierwszy projekt ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn, wprowadzający między innymi zakaz dyskryminacji bezpośredniej i pośredniej, instytucję rzecznika oraz system kwotowy w organach kolegialnych, przygotowany został przez prof. Eleonorę Zielińską oraz Małgorzatę Fuszarę  już w połowie lat 90. Choć obligowały nas do tego międzynarodowe konwencje, nie udało się go jednak przegłosować – ani w 1997 roku, ani rok później. Ówczesny pełnomocnik do spraw rodziny, Kazimierz Kapera, w oficjalnym stanowisku rządowym ostrzegał parlamentarzystów najpoważniej, że jego wprowadzenie może skutkować daleko idącymi zmianami obyczajowymi, ba, może nawet – kto wie – doprowadzić do „utraty identyfikacji płciowej dziewcząt i chłopców”. Projekt przepadł w sejmie wśród niewybrednych żartów – głosowała za nim wówczas ledwie jedna trzecia posłów.

Wejście do UE właściwie niewiele w tym względzie zmieniło. Przeciwnicy prawnych regulacji wciąż powoływali się na konstytucyjną  gwarancję równości, przekonując że  jest ona wystarczającym zabezpieczeniem przed dyskryminacją,  mimo iż doświadczenia innych krajów wyraźnie wykazały, że nie wystarczy samo uznanie podstawowych praw i wartości – aby były one przestrzegane, niezbędne jest także wprowadzenie odpowiednich  mechanizmów prawnych.

W 2005 roku kolejny projekt – poszerzony zgodnie z prawem wspólnotowym o zakaz wszelkiej dyskryminacji także ze względu na rasę, pochodzenie etniczne, religię, przekonania, wiek oraz orientację seksualną – został przez posłów odrzucony.

Komisja Europejska wielokrotnie
upominała Polskę za opóźnienia
we wdrażaniu unijnych dyrektyw,

z nijakim skutkiem. Do czasu. Przeciwko Polsce zostało wszczętych pięć postępowań o naruszenie zobowiązań wspólnotowych w zakresie implementacji wspólnotowego prawa antydyskryminacyjnego –  dwie sprawy trafiły do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Pierwsza skarga dotyczy niewdrożenia dyrektywy 2004/113/WE, wprowadzającej w życie zasadę równego traktowania mężczyzn i kobiet w zakresie dostępu do towarów i usług, druga – nieprawidłowego wdrożenie przepisów dyrektywy o równym traktowaniu bez względu na pochodzenie rasowe lub etniczne 2000/43/WE.

– Perspektywa nałożenia na Polskę bardzo wysokiej kary jest realna. Jeżeli Trybunał uzna, że Polska nie wdrożyła tych dyrektyw i nakaże ich zastosowanie, a Polska nie wykona tego w określonym czasie, Komisja Europejska automatycznie zawnioskuje o nałożenie kary pieniężnej. W tym przypadku kara będzie dość wysoka, bo będzie sumą ryczałtu w wysokości co najmniej 3,6 mln euro oraz okresowej kary w wysokości od 4,3 tys. do 260 tys. euro za każdy dzień niewdrożenia przepisów dyrektywy. W uzasadnieniu rządowego projektu ustawy jest o tym mowa – mówiła Elżbieta Radziszewska w październiku ubiegłego roku na posiedzeniu komisji sejmowej, na której debatowano o kształcie ustawy równościowej.
Obecna na tym samym posiedzeniu Joanna Kluzik-Rostkowska przypominała, że już w 2006 r. musiała prosić Unię Europejską o to, by dała Polsce trochę więcej czasu na uchwalenie ustawy przez sejm. I że już wtedy groziły Polsce poważne konsekwencje finansowe.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej
„pracowało” nad projektem ponad  5 lat

– w tym czasie przygotowano co najmniej kilkanaście jego wersji. Wczesne wprowadzały – zgodnie z unijnymi zaleceniami – niezależny urząd ds. równego traktowania, uzbrojony w szereg kompetencji, m.in. opiniowanie rządowych projektów, przygotowywanie własnych aktów prawnych, wnioskowanie o zmianę już istniejących. W późniejszych wersjach projektu znikł pomysł powołania niezależnego urzędu – jego obowiązki przejąć miał minister właściwy ds. rodziny i równego traktowania. Później i te kompetencje ograniczono – w kolejnej wersji już nie minister, a podległy mu generalny inspektor ds. równego traktowania (pozbawiony znacznej części prerogatyw, w tym najważniejszej: inicjatywy ustawodawczej) miał stać na straży polityki równościowej. Wtedy też zmieniono nazwę ustawy z „ustawy o równym traktowaniu” na „ustawę o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania”.

– Stało się jasne, że ustawodawcy przyświeca myśl, by stworzyć ustawę równościową, skoro jej od nas wymagają – mówiła dwa lata temu na naszych łamach Elżbieta Woźniakowa, wiceprzewodnicząca Polskiego Lobby Kobiet, –ale jednocześnie stworzyć ją tak, by w gruncie rzeczy niewiele mogła zmienić w naszym życiu publicznym.

Prace przyspieszyły, gdy na początku ubiegłego roku projekt trafił spod kurateli ministerstwa do pełnomocniczki Elżbiety Radziszewskiej. Błyskawicznie  go opracowano i – mimo negatywnych opinii kilkudziesięciu organizacji pozarządowych – zatwierdzono, błyskawicznie przesłano do sejmu, gdzie błyskawicznie przeszedł wszystkie trzy czytania i –  po uwzględnieniu kilku kosmetycznych korekt senatu –  został uchwalony na początku grudnia ubiegłego roku. 22 grudnia prezydent Komorowski podpisał ustawę.

Organizacje równościowe liczyły nie tylko na to,
że ustawa antydyskryminacyjna
zapewni ochronę grupom słabszym,
marginalizowanym i wykluczanym

ale że również da im do ręki konkretne narzędzia prawne. By przekonać się, jak bardzo są one potrzebne, wystarczy zajrzeć choćby na forum niepełniosprawni.pl: „Co z tego, że mamy konstytucyjną wolność na papierku, prawo do pracy na papierku, prawo do bezpłatnego leczenia na papierku, prawo do swobodnego poruszania się – na papierku … W praktyce jest inaczej niż to przewiduje konstytucja. Potrzebna nam ustawa, konkretna, wprowadzona w życie i przestrzegana przez wszystkie instytucje państwowe, prywatne czy społeczne”.

Tymczasem ustawa „o wdrożeniu niektórych przepisów UE”, ograniczając się tylko do literalnej implementacji pięciu dość starych unijnych dyrektyw, mocno różnicuje poziom ochrony przed dyskryminacją, przyznając ją różnym grupom w różnych obszarach. Dopuszcza m.in. odmienne traktowanie ze względu na płeć w usługach edukacyjnych czy innych, o ile jest to „obiektywnie i racjonalnie uzasadnione”, wyłącza też spod swojej kurateli treści zawarte w reklamach, ogłoszeniach i środkach masowego przekazu. Ochronę najszerszą, bo obejmującą zakaz dyskryminacji z powodu płci, rasy, narodowości, religii, wyznania, światopoglądu, niepełnosprawności, wieku i orientacji seksualnej, gwarantuje jedynie w zakresie kształcenia zawodowego, podejmowania działalności gospodarczej czy przystępowania do związków zawodowych. Już jednak w takich sferach jak oświata, szkolnictwo i opieka zdrowotna znacznie ochronę  ogranicza – tu zabrania się dyskryminacji wyłącznie ze względu na rasę i pochodzenie etniczne. W zakresie dostępu do usług, rzeczy i zabezpieczenia społecznego – także ze względu na płeć.

Nawet Rada Legislacyjna przy Prezesie Rady Ministrów, która opiniowała projekt ustawy, wydawała się zdziwiona takim regulacjami: „wdrażając prawo unijne po raz kolejny posłużono się metodą polegającą na przenoszeniu do krajowego porządku prawnego tekstu dyrektyw przetłumaczonych nieraz dosłownie na język polski. Nie wydaje się to właściwe (…). W odróżnieniu od prawa unijnego, które nie tworzy systemu o charakterze kompleksowym, lecz koncentruje się jedynie na wybranych zagadnieniach społecznych, prawo krajowe zawsze stanowi w założeniu zwarty i spójny system norm prawnych. Dlatego różnicowanie zakazów w dostępie do określonych dóbr czy usług wedle odmiennych kryteriów jest trudne do zrozumienia”. Co więcej, rodzi się pytanie – pisano –  czy różnicowanie to „nie stanowi naruszenia konstytucyjnej zasady równości”.
Wątpliwości konstytucyjne wzbudza także powierzenie Rzecznikowi Praw Obywatelskich (wespół z pełnomocnikiem ds. równego statusu) funkcji urzędu antydyskryminacyjnego.
– Konstytucja jasno określa zadania rzecznika – mówi  Dorota Seweryn-Stawarz, radca prawny, prezeska wrocławskiej Fundacji na Rzecz Równości. – Art. 80  stwierdza wyraźnie, że stoi on straży wolności i praw człowieka w relacji organy władzy publicznej -obywatel. Tymczasem większość przypadków dyskryminacji wykracza poza tę sferę.  Ustawa rozszerza więc kompetencje rzecznika, idzie dalej niż konstytucja zakłada, a to już rodzi domniemanie niekonstytucyjności przepisu.

Zastrzeżenia budzi też kwestia dochodzenia roszczeń w przypadku naruszenia zasady równego traktowania, czyli zapisane w ustawie „prawo do odszkodowania”.
– W myśl tego zapisu, jeśli ktoś dozna szkody materialnej, będzie miał możliwość dochodzenia roszczeń – tłumaczy Dorota Seweryn-Stawarz – ale już  w przypadku zaistnienia krzywdy – nie, bo ustawa nie daje prawa do zadośćuczynienia, tak jak jest np. przy mobbingu, gdzie przysługują oba roszczenia zależnie od charakteru szkody.
Ponieważ w sprawach o dyskryminację „wycenienie” szkody bywa nieraz trudne, sądy mogą oddalać pozwy. Będzie to więc kolejny papierowy zapis.

„Losy dwóch ustaw:
obywatelskiego projektu ustawy parytetowej
i ustawy antydyskryminacyjnej,

o którą od wielu lat upominały się środowiska równościowe, kobiece i walczące o prawa mniejszości, są świetnym przykładem strategii PO – pisała na łamach Krytyki Politycznej Magdalena Błędowska. –  Otóż strategia ta polega przede wszystkim na grze na zwłokę: najpierw tak długo, jak to możliwe, ignoruje się społeczne postulaty. Jeśli już są sformułowane w postaci konkretnego projektu – przetrzymuje się go w sejmowej zamrażarce. Aż wreszcie, gdy już nie ma wyjścia, bo grożą nam na przykład kary, przyjmuje się ustawę w postaci tzw. ogryzkowej: parytety stają się kwotami i to bez gwarancji miejsc dla kobiet w pierwszej trójce na liście wyborczej, a ustawa antydyskryminacyjna, niedająca żadnych konkretnych narzędzi prawnych osobom poszkodowanym, stanowi regres w stosunku do wcześniejszych projektów, nawet tego opracowanego w jawnie konserwatywnym PiS-owskim rządzie”.

– To wstyd, że Polska będzie w Unii krajem o najniższym poziomie ochrony przed dyskryminacją – mówią przedstawiciele Koalicji na Recz Równych Szans i już zapowiadają kontrolę zgodności ustawy z konstytucją. Liczą zresztą w tym względzie na poparcie niektórych posłów.
Elżbieta Radziszewska dumna jest jednak, że projekt udało się wcielić w życie tak sprawnie. A oponentom tłumaczy:
– Ustawa nie jest żadnym kodeksem równościowym, jak się niestety wielu organizacjom błędnie wydaje, ma jedynie charakter uzupełniający – i skarży się, że zarzuty stawiają jej dziś głównie lewicowe organizacje, którym brak rzetelności i obiektywnego spojrzenia na prace rządu.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 104)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*