Nowości

Zagadka Wunderwaffe

W grudniowym numerze „Gazety Południowej” w artykule „Dolnośląskie tajemnice” Wacław Dominik zachęca władze niemieckie do odtajnienia archiwów i ujawnienia, do czego służyły gigantyczne hale wydrążone między innymi w Górach Sowich. Sprawa nie jest taka prosta. Zwycięskie mocarstwa zrobiły bowiem wszystko, aby wywieźć z III Rzeszy wszelką dokumentację obiektów i urządzeń wojskowych, a także projekty „wunderwaffe”, czyli cudownej broni, która zdaniem Hitlera miała odwrócić losy wojny.

Obraz domyślny wpisu fot. r.nial.bradshaw / CC BY-NC-SA 2.0

W grudniowym numerze „Gazety Południowej” w artykule „Dolnośląskie tajemnice” Wacław Dominik zachęca władze niemieckie do odtajnienia archiwów i ujawnienia, do czego służyły gigantyczne hale wydrążone między innymi w Górach Sowich. Sprawa nie jest taka prosta. Zwycięskie mocarstwa zrobiły bowiem wszystko, aby wywieźć z III Rzeszy wszelką dokumentację obiektów i urządzeń wojskowych, a także projekty „wunderwaffe”, czyli cudownej broni, która zdaniem Hitlera miała odwrócić losy wojny.

Poszukiwania „cudownej broni”

hitlerowcy rozpoczęli od Tybetu. A zachęcili ich do tego Anglicy. Otóż brytyjscy uczeni odkryli w jednym z tybetańskich klasztorów starożytne dzieło Vimaanika Shastra. Przetłumaczyli je oczywiście na język angielski i zaklasyfikowali jako dzieło religijne.  Rzecz jednak w tym, że nie był to modlitewnik czy buddyjska biblia, ale dosyć szczegółowy opis budowy maszyn latających – viman o napędzie antygrawitacyjnym. Co więcej, znajdowały się tam również fragmenty poruszające na przykład kwestie przygotowania posiłków na czas lotu, a także kwestie techniczne związane z podróżami na Księżyc.

W latach 1934–43 angielskimi rewelacjami zainteresowali się członkowie mistycznego niemieckiego towarzystwa Thule. Zorganizowali kilkanaście ekspedycji naukowych do Tybetu, a najważniejszym obszarem ich penetracji były nie Himalaje, ale biblioteki tybetańskich klasztorów. Zabierali, kupowali lub po prostu kradli wszelkie publikacje informujące o niezwykłych pojazdach i przybyszach z kosmosu.
Poszukiwali również legendarnego Shangri-La znanego także jako Shambala. Miało być ono legendarnym podziemnym miastem stworzonym przez „bogów” przybyłych z nieba, aby przekazać mieszkańcom Ziemi część swojej wiedzy. Większością niemieckich wypraw kierował dr Ernst Schaeffer z Deutsches Ahnenerbe, z powołania „mistyk”, a z zawodu wysokiej rangi oficer SS.

Co niemieccy „mistycy” znaleźli w Tybecie? O to trzeba zapytać Amerykanów. Dokumentacja zgromadzona przez kolejne ekspedycje towarzystwa Thule trafiła bowiem po wojnie do National Archives w Waszyngtonie. Czy uzyskamy odpowiedź na to pytanie? Nie, gdyż spora część „akt towarzystwa Thule” jest do dzisiaj utajniona, a część zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
I jeszcze jeden fakt potwierdzający dosyć ścisłą współpracę „mistyków” z tybetańskimi mnichami. W czasie walk o Berlin w jednym ze schronów Rosjanie odkryli ciała sześciu buddyjskich mnichów. Wszystko wskazywało na to, że mnisi popełnili zbiorowe samobójstwo. Rosjanie dowiedzieli się od ocalałej załogi schronu, że najważniejszy z mnichów (w dziwnych zielonych okularach) nazywany był „Strażnikiem klucza”. Jakiego klucza i do czego, tego żołnierze Armii Czerwonej nie próbowali dociekać.

Dowodem na to, że hitlerowskie ekspedycje

nie wróciły z Tybetu z pustymi rękami, ale z konkretnymi projektami niezwykłych maszyn latających, był projekt „Chronos”. Innowacyjność konstrukcji powstałych zgodnie z założeniami tego projektu polegała na tym, że miały wykorzystywać one napędy antygrawitacyjne. Zaś prawdziwą rewelacją były pojazdy z serii Haunebu, które pod koniec wojny miały wejść już do seryjnej produkcji. Wśród tych pojazdów znajdował się m.in. wehikuł znany pod nazwą Haunebu III, który według dokumentów projektowych, mógł zabrać na swój pokład 32 osoby i poruszać się z prędkością sięgającą 12 tysięcy kilometrów na godzinę. Ponoć Haunebu III wykonał aż 19 lotów próbnych, ale pojazdem, który miał trafić do produkcji seryjnej był Haunebu II – 30-metrowy spodek wyposażony w cztery napędy elektrograwitacyjne, który poruszał się z prędkością nawet 6 tysięcy kilometrów na godzinę.

 We wrześniu 1941 r. z pokładu polskiego statku pasażerskiego SS „Pułaski” zauważono świetliste obiekty przemieszczające się w trudnej do określenia odległości. Z relacji świadków wynikało, że emitowały one zielone światło, a ich rozmiar stanowił połowę wielkości widocznej wówczas ze statku tarczy Księżyca.
W maju 1943 r. piloci samolotu bombowego Królewskich Sił Lotniczych dostrzegli rozwijający olbrzymią prędkość obiekt, który miał kształt walca z wieloma wypustkami w środku. Zdaniem lotników przemieszczał się on z prędkością nawet kilku tysięcy kilometrów na godzinę.
W sierpniu 1944 r. brytyjscy piloci po raz kolejny byli świadkami zjawiska. Zbiór widzianych przez nich kul znalazł się tuż przed eskadrą samolotów.
Eksperci od spraw lotnictwa twierdzą, że obiekty latające typu Haunebu II (zakładając, że w ogóle były wyprodukowane) nie miały jednak żadnego znaczenia militarnego. Po prostu były za szybkie na to, aby mogły skutecznie zwalczać maszyny bojowe przeciwnika lub też służyć jako bombowce.
 
Jednak najbardziej tajemniczym urządzeniem

skonstruowanym przez nazistów była maszyna „Die Glocke” (dzwon). Miało ono faktycznie kształt dzwonu o szerokości ponad 2,7 metra, wysokości 4,5 metra i zawierało dwa pojemniki wypełnione substancją nazwaną Xerum 525, która przypominała rtęć. Na trop „Die Glocke” wpadł polski dziennikarz Igor Witkowski. Dotarł on do dokumentów, w których pojawiły się wzmianki o tajemniczym projekcie, i opisał „Dzwon” w książce pt.: „Prawda o Wunderwaffe”. Igor Witkowski sprawił, że wkrótce zagadnieniem tym zaczęli się też interesować zagraniczni badacze, a temat nazistowskiego „Dzwonu” został spopularyzowany w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych.

Nad czym tak naprawdę pracowali nazistowscy inżynierowie i do czego miała służyć przygotowywana przez nich machina? Na to pytanie nikt nie znalazł jeszcze sensownej odpowiedzi. Upowszechniana często przez organizacje badające zjawiska nadprzyrodzone, zakłada, że „Dzwon” miał być prototypem maszyny służącej do… podróży w czasie. Sam Witkowski uważa, że obiekt przypominający ceramiczną pokrywę, w której znajdowały się pojemniki wypełnione wspomnianym Xerum 525, miał stanowić rozwiązanie służące do zapanowania nad siłą grawitacji.

W latach 1938–1939

pod protektoratem Hermana Goeringa zorganizowano „naukową” wyprawę na Antarktydę. Ekspedycja liczyła 82 osoby. Większość ekipy faktycznie stanowili eksperci z różnych dziedzin, jednak nikt nie miał żadnych wątpliwości, co do wojskowych celów wyprawy. Ląd, do którego zawinęli członkowie ekspedycji badawczej, znany był jako Ziemia Królowej Maud, a prawa do niego do dziś rości sobie Norwegia. Wkrótce po dotarciu ekspedycji do tego obszaru i zaznaczeniu swojej obecności poprzez ustawienie licznych flag i znaków podkreślających przynależność tych terenów do III Rzeszy, nazwa terytorium została zmieniona z Ziemi Królowej Maud na Nową Szwabię.
Wprawdzie sfotografowano 600 tysięcy kilometrów kwadratowych tego terenu, ale do dzisiaj naukowcy w swoich opracowaniach zawężają ten obszar do niewiele ponad 300 tysięcy kilometrów. Co chcą w ten sposób ukryć?

W Nowej Szwabii znajdowała się baza o kodowej nazwie 211. Nie jest wykluczone, że istniała jeszcze druga – usytuowana w głębi lądu, pod ziemią. Z zaplecza tego musiały korzystać niemieckie okręty podwodne U-booty. Jak inaczej można bowiem wyjaśnić możliwość operowania tych jednostek w odległości ponad 20 000 kilometrów od Niemiec? Poza tym pod koniec wojny 100 niemieckich U-bootów zniknęło w tajemniczy sposób. Przy czym sporą ich część stanowiły najnowocześniejsze okręty podwodne typu XXI, technicznie wyprzedzające swoją epokę o kilkanaście lat.
Tajne bazy zaopatrzeniowe były zakładane przez Niemców na wybrzeżu Argentyny, jednak przypadek Nowej Szwabii jest o tyle ważny, że miejsce to znajdowało się daleko od szlaków komunikacyjnych, było bardzo trudno dostępne i nie interesowali się nim alianci. Nie bez znaczenia jest także fakt, że panujący na tym obszarze klimat sprzyja przechowywaniu żywności oraz paliwa. Teren ten w znacznej mierze pozbawiony jest pokrywy lodowej, a to ze względu na przebiegający tam łańcuch wulkaniczny stanowiący naturalne źródło ciepła. W tym kontekście interesująco przedstawia się wypowiedź admirała Karla Doenitza z 1943 roku, w której podkreślił, że niemiecka flota podwodna jest dumna ze zbudowania dla wodza w innej części świata Shangri-La na lądzie, niezwyciężonej fortecy.
Niektórzy historycy twierdzą, że to właśnie do tajnej bazy na Antarktydzie miały trafić elementy „Die Glocke” oraz licznych wehikułów, które udało się stworzyć nazistowskim inżynierom przed wojną oraz w jej trakcie.

Czy ktoś może potwierdzić lub zdementować te rewelacje? Owszem – Amerykanie. Tuż po przegraniu przez Niemców wojny, Amerykanie w ramach „szeroko zakrojonych badań naukowych” wysłali w rejon Nowej Szwabii lotniskowce, okręty podwodne, samoloty oraz tysiące żołnierzy. Działania prowadzone przez Amerykanów w strefie polarnej są do dzisiaj określane jako „ściśle tajne”, a jeden z dowódców, który próbował w tej sprawie kontaktować się z dziennikarzami, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym.

Trzeba przyznać, że oficer został potraktowany wyjątkowo łagodnie, no bo przecież mógł „bez śladu” zaginąć w lodach Antarktydy. Jednak jego los jest wyraźnym sygnałem dla opinii publicznej, że nie będzie żadnego „naukowego raportu” z badań, jakie armia amerykańska przeprowadzała i przeprowadza na Nowej Szwabii.

Wielu historyków wręcz twierdzi, że nigdy nie uda się sporządzić pełnego bilansu dokonań niemieckich inżynierów w III Rzeszy, zarówno jeżeli chodzi o niedokończone podziemne budowle, jak i o skonstruowane obiekty latające. Po prostu nie są tym zainteresowane zwycięskie mocarstwa, a to właśnie one, a nie Niemcy, mają w swoich archiwach większość pohitlerowskich dokumentów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*