Gust

Na językach / autor:jk

Profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski, satyryk utalentowany i niedościgły w swym umiłowaniu absurdu, prowadził swego czasu w Polskim Radiu cykl wykładów „O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia”. „Swego czasu” to znaczy bardzo dawno temu – w latach świetności polskiego kabaretu, który inteligentne i subtelne nuty ironii nie zawsze oczywistej przedkładał nad oczywisty rechot z nieociosanych żartów. No ale czasy były wówczas inne i inna, mam wrażenie, była też publiczność.

De gustibus non disputandum est – o gustach się nie dyskutuje. Z łaciny przejęliśmy nie tylko tę maksymę, ale i samo słowo (od gustus – smak). Dawniej oznaczało zamiłowanie do czegoś, dziś już raczej tylko poczucie piękna, elegancji lub, w znaczeniu potocznym, po prostu modę czy styl. O gustach, choć nie powinno się, dyskutowano od zawsze. Josef Brodski radził: „aby wyrobić sobie gust literacki, trzeba czytać poezję”. Borys Pasternak ostrzegał: „przeciętny gust to większa klęska, niż zupełny brak gustu”. Największy ponurak wszech czasów, Emil Cioran, tak opisywał egzystencję: „Życie – zły gust materii”. Nicolas Gomez twierdził, że „względność gustów to wymówka, wymyślona przez epoki o zepsutym smaku”, a Winston Churchill mawiał przekornie: „mam prosty gust, łatwo zadowolić mnie tym, co najlepsze”.

To, co najlepsze, może być różnie postrzegane i równie względne, jak względność gustów. By rafy tej względności ominąć, warto przyjrzeć się słowu „niewybredny”, określającemu na ogół gust niewyszukany, pospolity, trywialny. Jest ono zaprzeczeniem przymiotnika „wybredny”, który początkowo był imiesłowem nieistniejącego już czasownika „wybredzać” (współcześnie: wybrzydzać) – grymasić przy wybieraniu czegoś, przebierać w czymś.  Wybredny (dziś: grymaśnik, ktoś, komu trudno dogodzić) oznaczał dawniej kogoś wykwintnego, eleganckiego, wytwornego. „Niewybredny” był jego przeciwieństwem – nie grymasił, nie wybrzydzał i zadowalał się byle czym.

Czy gust można kształtować? I czy można go zepsuć? Socjolodzy twierdzą, że tak. Gust jest dla nich konstrukcją kulturową. Nie rodzimy się z nim, ale nabywamy, to znaczy jesteśmy przez innych wychowywani albo uczymy się go sami. To tłumaczyłoby, dlaczego jeszcze trzydzieści lat temu rozśmieszał nas Kabaret Dudek, Kabaret Olgi Lipińskiej, Zembaty, Młynarski, Poniedzielski – o melancholijnych Starszych Panach nie wspominając – a dziś taki ładunek liryki i poezji jest nie do pomyślenia. W żadnej, nie tylko państwowej telewizji. Bo kto miałby uczyć tych staroświeckich smaczków? Kogo? I po co?

W epoce tabloidów, mediów społecznościowych, tweetów błyskawicznych jak światło nie ma już miejsca na satyrę w poetyckiej otoczce, na liryczne wahanie ani mrugnięcie okiem. Ma być dosadnie, szybko i rubasznie. Liczy się klikalność.

Mówimy jeszcze co prawda czasem – tak po staroświecku – „nie w moim guście”, „w złym guście” „ w dobrym guście”, ale cienką granicą oddzielającą jedno od drugiego jest jedynie nasz własny subiektywny osąd.

I tak satyryk okazał się prorokiem. Jego mniemanologia, ta wyimaginowana dziedzina nauki, charakteryzująca się wyrażaniem sądów wyłącznie na podstawie subiektywnych opinii, ten kabaretowy żart, ta ściema, zgrywa i ta kupa śmiechu, weszła nam na salony i rozgościła się w najlepsze.

Kto nie wierzy, niech zajrzy na Facebook.

Joanna Kaliszuk (Artykułów: 136)
Joanna Kaliszuk jest dziennikarką, redaktorką naczelną Gazety Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*